Pamiętam, że był rok 1996, lato, a ja miałam ledwie dwadzieścia lat. Wieczór zdawał się kusić do tańca – ciepły, pachnący, z obietnicą festynu nad jeziorem. Szłam tam z moim ówczesnym chłopakiem i przyjaciółmi. Zanim dotarliśmy, jedliśmy kolację w restauracji. W świetle lamp, mój chłopak nagle zapytał, co to za dziwne czerwone kropki na mojej szyi. Alergie towarzyszyły mi od dzieciństwa, ale nigdy nie objawiały się na skórze. Zbagatelizowałam.
Przeszliśmy może dwieście metrów, gdy poczułam, że ziemia kołysze mi się pod stopami. Lekkość. Niepokojąca. Potem tylko czarna kurtyna zapadła mi przed oczami, a nogi odmówiły posłuszeństwa. Instynktownie chwyciłam kurtkę mojego chłopaka, próbując utrzymać pion. Odwrócił się. Moje oczy… czy widział, jak wywracają się do tyłu? Przyjaciel, który szedł za nami, zdołał mnie złapać, nim runęłam na ziemię.
Wyniesiono mnie na ulicę, ułożono na twardym asfalcie. Dzwonili po karetkę. Tego już nie zarejestrowałam. Wszystko pogrążyło się w ciemności, a potem… potem usłyszałam bzyczenie. Niskie, mechaniczne, narastające. A zaraz za nim cichy, ale wyraźny dźwięk, jakby zatyczka wyskoczyła z butelki – pstryk. I wtedy poczułam, jak wychodzę. Przez otwór w głowie. Działo się to automatycznie, bez mojej woli, bez jakiegokolwiek wysiłku.
Czarna przystań
Znalazłam się w czarnej, nieskończonej pustce. Początkowo dziwnej, może nawet odrobinę niekomfortowej, ale szybko zdałam sobie sprawę, że mimo braku ciała – to wciąż byłam ja. Z wszystkimi moimi uczuciami, cechami charakteru, myślami. Ciało? Nieważne. Byłam lekka, czułam się dobrze, swobodnie. Byłam czystą świadomością. Mój umysł był klarowny, wola silna, percepcja krystalicznie czysta.
Posiadałam umiejętności, o których na Ziemi można tylko pomarzyć. Ta czerń wokół mnie nigdy nie była przerażająca ani pusta. Wręcz przeciwnie, z każdą chwilą czułam się coraz lepiej. Byłam bardziej sobą niż kiedykolwiek. Wiedziałam, że moje ciało leży tam na dole, na Ziemi, a ja oddalałam się od niego, unosząc coraz wyżej. Nie potrafiłam wyjaśnić, skąd ta wiedza. Czułam, jakby zrzuciłam ziemskie ciało niczym stary sweter przed snem.
Zostawiłam za sobą rolę, którą odgrywałam w tym życiu, jak postać z filmu, z której wychodzisz po spektaklu. Teraz byłam znowu sobą, a to uczucie… to była bezgraniczna, wyzwalająca swoboda. Pustka była po prostu nieskończona. Nie istniał czas ani przestrzeń, takie, jakie znamy. A jednak wszystko było całkowicie normalne i niewiarygodnie znajome.
Taniec w pustce
Zaczęłam poruszać się przez tę nieskończoną, czarną przestrzeń. Mogłam dosłownie promieniować się myślami przez nieskończoność. Wystarczyło pomyśleć: chcę tam być, i już tam byłam. Latałam tu i tam przez czarny wszechświat. Mogłam też zmieniać swój rozmiar. Czasem stawałam się malutka, czasem rozszerzałam się niemal do nieskończoności. To było fantastyczne uczucie, próbowałam coraz to nowych rzeczy.
Cieszyłam się tą ogromną przestrzenią, jej bezmiarem. Czułam się niewyobrażalnie dobrze, bezpiecznie i nieskończenie wolna. To była czysta wolność, coś najbardziej naturalnego na świecie, jakbym nigdy nie robiła nic innego. I wiedziałam, to jest mój dom. Moja pierwotna istota. Pierwotna egzystencja nas wszystkich. Dom wszystkich naszych dusz. Stąd pochodzę i tu należę. Wszyscy stąd pochodzimy i wszyscy tu wrócimy.
Głęboko zakorzenione uczucie domu i przynależności przeniknęło mnie całkowicie. Byłam jednością ze wszystkim. Nie ma ziemskich słów, które mogłyby opisać tę głęboko zakotwiczoną wiedzę, to wspomnienie i to ukochane uczucie domu. To promieniowanie się tam i z powrotem, z lekkością moich myśli, to rozszerzanie się, ale także spoczywanie w miejscu i napawanie się komfortowym doznaniem, trwało dość długo.
Przez cały ten czas wiedziałam, że ciągle unoszę się w górę, jakby pod kątem 45 stopni. Mogłam bawić się swoimi ruchami w tej nieskończonej przestrzeni, ale jednocześnie byłam kierowana i ciągle ciągnięta w górę, niczym na autopilocie. Mniej więcej w połowie tej podróży, z głębi czarnego wszechświata zaczęła dochodzić delikatna muzyka. Na początku była daleka, ledwo słyszalna, ale wzbudziła moje zainteresowanie.
Dźwięki zbliżały się szybko, stawały się głośniejsze, aż w końcu mnie dosięgły i przeniknęły.
Nigdy wcześniej nie słyszałam takiej muzyki. Była bardzo rytmiczna, melodyjna i eteryczna. Początkowo wydała mi się dziwna, ale im bardziej dźwięki i rytm mnie przenikały, tym bardziej stawałam się częścią muzyki i zlewałam się z nią. Zaczęłam poruszać się w jej rytmie. Tańczyłam w sposób, w jaki nigdy wcześniej nie tańczyłam do muzyki. Czułam się wspaniale i ten stan mógłby trwać wiecznie. Byłam jednością z muzyką i tańczyłam przez wszechświat.
Ta faza trwała dłuższą chwilę, aż muzyka powoli zaczęła zanikać. To było tak, jakby muzyka znajdowała się tylko w pewnej warstwie, a ja właśnie opuszczałam tę sferę, unosząc się dalej w górę. Nie mogłam już wpływać na sposób mojego poruszania się. Nie mogłam decydować o prędkości, nadal leciałam na autopilocie. Czułam olbrzymie wyczekiwanie, że zbliżam się do celu. To było uczucie podobne do tego tuż przed metą.
Ale im bardziej oddalałam się od ciała, tym bardziej zdawała się zanikać pamięć o moim obecnym życiu. Podróż zwolniła i nagle… zatrzymała się. Poczułam frustrację, chciałam iść dalej. Wiedziałam, że poza tą granicą jest spełnienie. To był dom naszej duszy, mój ukochany dom, moje źródło, wszystko, czym jestem, miejsce czystej błogości, po prostu wszystko. Kilka razy próbowałam promieniować się poza tę barierę, ale na próżno.
Głos z bezkresu
Kiedy tak walczyłam, z głębi wszechświata dobiegł głos. Początkowo stłumiony i daleki, ale zbliżał się bardzo szybko, stawał się głośniejszy, aż był blisko i rozbrzmiewał ze wszystkich stron, wokół mnie i przeze mnie. To był męski głos, czysty i wyraźny, potężny i stanowczy.
„B, tutaj nie możesz iść dalej. To jest twój przystanek.”
Zastanawiałam się, kto do mnie mówi, ale nie pomyślałam, żeby zapytać. Zdziwiło mnie też, skąd ten głos zna moje zdrobnienie. Zamiast pytać, odpowiedziałam: „Ale ja chcę!” Byłam zdumiona, że ośmielam się stawiać na swoim przed tak potężną obecnością. Głos powtórzył: „Nie możesz zostać.
Musisz wrócić.” Byłam głęboko zszokowana, a jednak słowa wypłynęły ze mnie z hukiem: „Dzikie konie by mnie tam nie zaciągnęły!” I przestraszyłam się własnych słów, ale w tamtej chwili naprawdę tak czułam. Myśl o powrocie, o wejściu z powrotem w moje stare życie, gdy dom był tak blisko, była druzgocąca. Nie potrafię powiedzieć, że widziałam to, co nastąpiło później, w taki sam sposób, w jaki widzimy ziemskimi oczami.
To był raczej wewnętrzny wzrok. Zobaczyłam mojego chłopaka, który trzymał moje nogi i wołał moje imię: „B, B!” Nagle znalazłam się w nim, w jego klatce piersiowej, i poczułam jego rozpacz, ale też całą miłość, jaką do mnie żywił. To uczucie było niewiarygodne i obezwładniające. Nigdy wcześniej ani później nie doświadczyłam czegoś takiego. To była miłość, cała jego miłość przez wieki i totalna miłość wszechświata, stopione w jednym uczuciu.
Głos powiedział mi: „On cię kocha i czeka na ciebie.” Ja jednak zdecydowałam: „On to przeżyje i będzie mógł kontynuować życie beze mnie.” Znowu przestraszyłam się surowości mojej decyzji.
Potem mojemu wewnętrznemu wzrokowi ukazali się moi rodzice, a głos powiedział: „Twoi rodzice cię potrzebują i musisz się nimi zająć.” Pomyślałam o mamie i poczułam, że potrzebowałaby czasu, aby pogodzić się z moją stratą, ale byłam też optymistyczna, że zrozumiałaby moją decyzję. Więc odpowiedziałam: „Z czasem i ona to przezwycięży, oboje poradzą sobie beze mnie.” Moja decyzja była jasna. Chciałam przekroczyć granicę i wrócić do domu.
Głos odpowiedział spokojnie i stanowczo: „Nie, musisz wrócić. Wciąż masz do wykonania swoją pracę.” Tego już nie mogłam zrozumieć. Jaka praca? Co to za dziwne gadanie? Jakie obowiązki? Przepraszam za rozczarowanie. Nie stajemy się oświeceni, gdy opuszczamy ciało, wciąż mamy wszystkie aspekty naszej tożsamości. Moje myśli z pewnością zostały usłyszane, ale niestety nie doczekałam się odpowiedzi.
Zdanie: „Wciąż masz do wykonania swoją pracę” wciąż rozbrzmiewało przez chwilę, a ja zastanawiałam się, co to znaczy. To było jak misja, którą mi powierzono.
Powrót do ciała
Ponieważ nie otrzymałam odpowiedzi i wciąż kilka razy próbowałam przejść przez niewidzialną barierę, ale na próżno, poczułam nagłe uderzenie. Jakby sprężone powietrze odepchnęło mnie i wtedy pomknęłam prosto w dół, w kierunku Ziemi i mojego ciała. Przeszyło mnie głębokie, przejmujące uczucie rozbicia. Poczułam się odrzucona i zagubiona.
Mniej więcej w połowie wysokości, tam gdzie wcześniej rozbrzmiewała piękna muzyka, gorąco pragnęłam, żeby znowu się pojawiła. Oddałabym wszystko, żeby znowu zlać się z tymi dźwiękami, ale gwałtownie pędziłam w dół. Powoli docierało do mnie, że naprawdę muszę wrócić do mojego starego życia. Podróż gwałtownie zwolniła, a ja wiedziałam, że jestem tuż nad moim ciałem. Nagle zanurkowałam z powrotem w nie.
Było ciemno, ale to była inna ciemność niż w nieskończoności wszechświata. Było ciemno i czułam się mała i zagubiona. Jednocześnie było niezwykle ciasno. Czułam się jak wciśnięta w kiełbasę i pomyślałam: „Czy jest tak ciasno, bo jestem za chuda?” Odpowiedziałam sobie: „Zawsze jest ciasno, nawet jeśli masz metr szerokości.” Czułam ten ucisk jak silny, fizyczny ból.
Miałam też najokropniejsze uczucie tęsknoty za domem, jakie można sobie wyobrazić, i totalną rozpacz. Teraz będę musiała kontynuować to życie aż do jego końca. Ta myśl pogrążyła mnie w głębokiej depresji. Nie znałam wcześniej takich uczuć w moim życiu i nigdy później nie doświadczyłam ich w takim stopniu.
Ale w tamtym momencie było bardzo źle, i wiedziałam, że jeśli nie zmuszę się, aby przeciwdziałać temu depresyjnemu uczuciu pozytywnymi myślami, to mogę pozostać w depresji przez resztę życia. To wydawało się okropnym, mentalnym obrazem. Co za emocjonalna kolejka górska! Krótko wcześniej dom był na wyciągnięcie ręki, oczekiwałam raju, a teraz byłam tak zdepresjonowana i smutna jak nigdy. Potrzebne było rozwiązanie. Nie mogłam tak dłużej.
Czystość i spokój
Więc próbowałam zebrać się na odwagę. Naprawdę przeszukiwałam swoje uczucia w poszukiwaniu pozytywnych myśli, aż je znalazłam. Pojawiły się wspomnienia z mojego obecnego życia, które generowały optymizm. Dotychczas moje życie było całkiem w porządku. Było nawet piękne. I wtedy pomyślałam o moim chłopaku, jego miłości i jego strachu, które czułam tam na górze, i zaczęłam się o niego martwić. Chciałam mu powiedzieć: „Hej, nie martw się o mnie.
Jestem tutaj i czuję się cudownie.” To uczucie mnie zmotywowało. Nagle uczucie depresji ustąpiło. Byłam szczęśliwa z tego powodu i byłam teraz gotowa, by się obudzić. Nastąpił moment ciszy. Kompletna cisza. Potem usłyszałam szum w uszach, jakby świst. To było pierwsze prawdziwe fizyczne doznanie w ziemskim sensie. Wiedziałam już, że moja dusza ponownie jest całkowicie połączona z moim ciałem. Czułam dosłownie, kiedy nastąpiła ta fuzja.
Szum w uszach stawał się głośniejszy. Czułam, że mój biologiczny obwód wrócił do normy. Potem hałas ucichł i wyraźnie usłyszałam odgłosy festynu. Pamięć o tym wydarzeniu wciąż była obecna. I teraz wróciła pamięć o poprzedniej sytuacji – o tym, że zemdlałam. Moje oczy wciąż były zamknięte, ale wiedziałam, kto siedzi obok mnie. To była moja przyjaciółka, S. Trzymała moją rękę.
Zapytałam: „S, czy dziwnie mówiłam albo się ruszałam?” Ponieważ podczas mojego doświadczenia mówiłam i tańczyłam. Bałam się, że mogłam zachować się dziwnie podczas mojej utraty przytomności. Odpowiedziała: „Nie, po prostu leżałaś.” To mnie uspokoiło. Powiedziałam: „Miałam właśnie jakiś dziwny sen. Mówił do mnie jakiś głos i grała muzyka, która bardzo mnie poruszyła.” Ona odparła: „Tak, tak.
Daj sobie spokojnie do końca się obudzić.” Mój chłopak, widząc, że się obudziłam, puścił moje nogi. Opadły z hukiem na twardą ziemię. Wyglądało na to, że był w szoku, a jego przyjaciele odprowadzili go. Ogólnie, zapanowała wielka ulga, że się obudziłam. Wiedziałam, że karetka już tam jest i że ratownicy medyczni idą w moją stronę. Chciałam tego uniknąć. Czułam się dobrze. Całe to zamieszanie wokół mnie uważałam za nieprzyjemne. Więc usiadłam.
Zauważyłam, że czuję się całkowicie klarownie, bardziej klarownie niż kiedykolwiek, jakby nastąpiło jakieś oczyszczenie, rozjaśnienie. Moi przyjaciele nie byli zadowoleni, że siedzę, ale nic mnie to nie obchodziło. Wstałam całkowicie, co spowodowało, że inni zaczęli panikować. Teraz mój chłopak też wrócił i chciał mnie ustabilizować. Ledwo udało mi się go przekonać, że naprawdę czuję się dobrze. Nawet wspaniale.
Chciałam iść na festyn i bawić się, celebrować swój wspaniały stan, swoją nowo nabytą klarowność, moje doświadczenie, ale to się nie miało wydarzyć. „Lepiej ją zabierz do domu” – doradzili przyjaciele mojego chłopaka. Więc zawiózł mnie do domu. W drodze patrzyłam przez otwarte okno samochodu w nocne niebo i powiedziałam: „Właśnie stamtąd wróciłam.” Te słowa wypłynęły ze mnie z taką naturalnością, z taką pewnością.
Wiedziałam, że tam, w tej nieskończonej czerni, otoczonej muzyką i przepełnionej miłością, jest mój prawdziwy Dom. Powrót był bolesny, ale przyniósł mi też misję, której sensu wciąż szukam, ale która nadaje mojemu życiu nowy, głęboki wymiar. Od tamtej pory każdy dzień jest cudem, a światło, które widziałam, świeci we mnie bez przerwy, przypominając, gdzie naprawdę należymy.
Komentarze
Brak komentarzy. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz