Zatrzymało się powietrze. Najpierw powoli, jakby w zwolnionym tempie, potem gwałtownie, całkowicie. A potem… wszystko. Ciało, ta nam znana, uwięziona w grawitacji rzeczywistość, nagle przestało mieć znaczenie. Cassandra poczuła, jakby była wyrwana z delikatnej huśtawki wizji, która poprzedzała ten moment. Nieświadoma, że jej oddech ustał, unosiła się, zastanawiając się, dokąd ją to zaprowadzi.
Gdzie ściany się rozpływają
Nie było bólu, nie było strachu, tylko zdumienie. Płynęła, nie wiedząc dokąd, aż znalazła się w… miejscu. Trudno to nazwać pokojem, bo nie miał ścian, żadnych granic. Była po prostu „tam”. Cała nieskończoność mnie objęła. Powietrze, jeśli można to nazwać powietrzem, było nasycone czymś, co Cassandra opisała jako „najpiękniejsze, złote światło”. Nie było ono oślepiające, raczej otulające, ciepłe jak nigdy dotąd.
Czula obecność innych, choć nie mieli twarzy. Mieli za to aury, emanujące miłością tak potężną, że mogła ją niemal dotknąć. Wiedziała, że to przewodnicy wszechświata, że to oni wszystko stworzyli. W tej chwili ogarnął ją spokój tak głęboki, że poczuła, jakby wreszcie wróciła do domu, którego szukała całe życie.
„Czułem miłość i spokój, jakich nigdy wcześniej nie doświadczyłem. Wszystko było najpiękniejszym, złotym światłem.”
Gniew i przebaczenie w otchłani światła
Nagle jednak, w tym idealnym spokoju, pojawiło się coś innego – gniew. Miał swoje korzenie w bólu, który Cassandra nosiła w sobie od narodzin, od matki, która jej nie chciała. „Dlaczego sprowadziliście mnie na ten świat, tylko po to, bym cierpiała?” – pytała, czując, jak jej wewnętrzny żal narasta. Oskarżała ich o to, że musi przeżywać niezliczone traumy, że jest zmuszona przetrwać to, co wydawało się niekończącym się koszmarem.
Przewodnicy nie zareagowali gniewem. Byli cierpliwi. Trzymali dla niej przestrzeń, wysłuchując jej wyrzutów z empatią, która ją zaskoczyła. „Rozumiemy cię” – usłyszała, a potem dostali propozycję, której się nie spodziewała. Mogła zostać. Z radością, z entuzjazmem przyjęła zaproszenie. Ale wtedy usłyszała, że musi poznać konsekwencje, gdyby umarła.
Wir przyszłości i gwałtowny powrót
W jednej chwili nieskończoność wokół niej zaczęła się kurczyć. Znalazła się w pozycji embrionalnej, otoczona czymś, co przypominało tornado, ale utkane z ludzi. To byli ci, którzy ją kochali, którzy jej potrzebowali. W tym wirze zobaczyła swój pogrzeb, ból męża, kiedy odnajdzie jej ciało, cierpienie jej córki, która nigdy nie przyjdzie na świat. Każda wizja, każda emocja, każdy smutek były tak realne, tak namacalne.
Zobaczyła swoją przyszłość, która nigdy się nie wydarzy, i żal, jaki pozostawi. Spojrzała w górę, na przewodników, i wiedziała. Nie mogła zostać. W tym momencie, z siłą, która zdawała się wyrwać ją z samej esencji bytu, została wyrzucona z powrotem do swojego ciała. Życie wróciło z prędkością miliona mil na godzinę, chaotyczne, brutalne, realne.
„Nie mogłem zostać. Spojrzałem za tymi wizjami tego, co się stanie, i spojrzałem z powrotem do przewodników, mówiąc im, że nie mogę zostać.”
Błękit i odnalezione serce
Poczuła ciężar materaca, na którym leżała. Z trudem podniosła się na rękach i wzięła ogromny, drżący oddech. To nie było zwykłe przebudzenie po medytacji. Jej ciało było zimne, niebieskawe. Nie czuła bicia serca. W panice zadzwoniła do męża, prosząc, by przyjechał. Czuła, jakby popełniła straszliwy błąd, naraziła siebie na śmiertelne niebezpieczeństwo. Gdy mąż przybył, również miał problem ze znalezieniem słabego, nieregularnego pulsu.
Dopiero po dwudziestu minutach poczuła się na tyle bezpiecznie, by wizja pod wpływem grzybów powróciła – tym razem była jednak zupełnie inna. Pozbawiona ciepła i miłości, kliniczna, zimna, zniekształcona. To był brutalny powrót do świadomości, który trwał kilka godzin.
Ziarno zgody zasiane w bólu
Następne tygodnie przyniosły bóle ciała i wyczerpanie. Cassandra doszła do wniosku, że w trakcie medytacji, na wpół napompowanym materacu, zapadła się w jego szczelinę i przestała prawidłowo oddychać. To był ten moment, kiedy zatrzymało się powietrze i rozpoczęło jej doświadczenie bliskie śmierci. Mimo wszystko, nie żałowała. To doświadczenie dało jej coś bezcennego – poczucie, że w końcu dała swojemu życiu, swojemu ciału, zgodę na istnienie.
Zgodę, której nigdy wcześniej, z powodu bolesnych doświadczeń z dzieciństwa, nie czuła, że może dać. To nie był koniec drogi. Zrozumiała, że nawet w najgłębszym bólu, nawet w obliczu śmierci, istnieje światło. I że powrót do niego, choć gwałtowny i bolesny, jest tylko dowodem na to, że życie, w całej swojej złożoności, zasługuje na bycie przeżywanym. Cassandra wróciła z tamtego miejsca, ale tamto miejsce nigdy nie opuściło jej.
Komentarze
Brak komentarzy. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz