Pamiętam ten krzyk. Przeszywał mury osiedlowych bloków, docierał do mnie, zanim jeszcze przekroczyłam próg. Wiedziałam, co mnie czeka. Wejść do środka i opanować ból tak potworny, że pacjent nie ma siły, by oddychać. To nie jest lada zadanie. W takich chwilach liczy się szybkość, precyzja, a przede wszystkim świadomość, że nie ma czasu na nic. Liczy się tylko ulga. Tylko ona.
Krzyk ciała, szept duszy
To my, pielęgniarki paliatywne, stajemy się ostatnim bastionem. Kiedy onkologia wyczerpuje możliwości, gdy rokowania są złe, a przerzuty opanowują ciało – wtedy wkraczamy. Nie obiecujemy cudów, nie sprzedajemy nadziei na wyzdrowienie. Mówimy prawdę. Szczerze. Choć ta prawda bywa brutalna i rozrywa serce na strzępy. Pamiętam, jak pacjent, któremu siniały stopy i dłonie, z gorzkim humorem powiedział do żony: „Zobacz, ja nawet nie potrafię umrzeć”. Godziny zmieniały się w dni, a on wciąż tkwił na granicy, w agonii, o której trwaniu nikt nie potrafi powiedzieć, jak długo potrwa.
„Kiedy pacjent pyta mnie, jak to będzie wyglądało, mówię, że to będzie narastające osłabienie. Nie będzie apetytu, będzie dużo snu, wyniszczenie. Rozmawiam szczerze, bo jestem zobowiązana do udzielenia szczerej odpowiedzi. A samo odchodzenie? Pragniemy, żeby był to po prostu spokój, żeby jak najmniej cierpieć.”
Agonia to ostatni odcinek umierania. Organizm powoli się wycofuje. Zmienia się wygląd pacjenta: bladość, wydłużone rysy twarzy. Ciśnienie spada dramatycznie, do rzędu pięćdziesiąt na trzydzieści. Pojawiają się charakterystyczne rzężenia, bezdechy stają się coraz dłuższe, a oddechy pojedyncze. Uspokajam wtedy rodziny: „To naturalne. Pacjent się nie dusi. To po prostu umieranie.” Tłumaczę, by nie walczyli. Nie męczyli pacjenta niepotrzebnymi zabiegami. Proszę, aby pozwolili mu odejść godnie, bez cierpienia. Czasami zabieram rękę z jedzeniem, mówiąc: „Pani Zosiu, nie ma potrzeby. Dajmy spokój, dajmy spokojnie umrzeć.”
Walka, która męczy
Rodziny. One walczą najdłużej. Rozumiem to. To strach, rozpacz, pragnienie utrzymania bliskiej osoby przy życiu za wszelką cenę. Nawet, gdy wiem, że to już bez sensu, że to tylko umęczenie. Widziałam, jak stosowano leczenie mające „wyleczyć” pacjenta w dniu jego śmierci. To jest straszne. Walczyli, bo nie dopuszczali do siebie myśli o końcu. Moja praca to często rozmowa. Pięćdziesiąt procent to zabiegi medyczne: pomiary, kroplówki, opatrunki. Drugie pięćdziesiąt to słowa. Rozmowa o tym, że czasami trzeba odpuścić. Że to nie porażka, a akt miłości.
Że zrobiliśmy już wszystko, a teraz liczy się tylko komfort. Zdarzają się pacjenci, którzy nie wiedzą, na co chorują. Rodziny potrafią spreparować dokumentację medyczną, by ich chronić. Ale prawda ma swoją drogę. Pacjenci to czują. Nawet jeśli nie znają diagnozy, to w pewnym momencie czują, że coś się dzieje, że nie ma już ratunku. Że będą umierać. I wtedy jestem ja. By rozmawiać.
Hospicjum to nie umieralnia
Nadal wielu uważa hospicjum za „umieralnię”. Nie zgadzam się. Protestuję. Ludzie po prostu nie wiedzą. Nie mają pojęcia, że hospicjum to całodobowa, wspaniała opieka. To możliwość bycia leczonym paliatywnie i jednocześnie kontynuowania leczenia onkologicznego. To walka z bólem, a nie walka o życie za wszelką cenę, gdy jego koniec jest nieunikniony. To jest dbanie o to, żeby w domu pacjent miał się dobrze, żeby nie cierpiał, nawet gdy skutki uboczne chemioterapii czy naświetlań są koszmarne. Z bolącym sercem myślę o tym, jak trudny jest dostęp do hospicjów. Kolejki.
Tydzień to minimum, ale słyszałam o kilkumiesięcznych. To okrucieństwo. Gdy pacjent dostaje skierowanie, bo stan jest poważny, każdy dzień jest na wagę złota. Dzwonię, by umówić pierwszą wizytę, a rodzina mówi, że pogrzeb już dawno się odbył. Co wtedy czuję? Bezsilność, ból, złość. Bo przecież można było pomóc, ulżyć, dopilnować godnego odejścia.
„Pacjenci planują, jak ma wyglądać pogrzeb, w co mają być ubrani, czy mają być skremowani. Niektórzy organizują stypy, zamawiają pomniki. Pacjent ma prawo decydować o tych ostatnich momentach. Musimy zadbać, aby jego wola została zrealizowana.”
Góry, urna i Beatka
Beatka. Bardzo się z nią zżyłam. Prawie rówieśniczka. Bała się cierpienia, wspominała o eutanazji, o Holandii. Rozmawiałyśmy. Zapewniałam ją: „Beatko, będziesz odchodziła w spokoju. Dostaniesz leki uspokajające, zadbamy, żeby nie bolało.” Te zapewnienia dawały jej tak wiele. Czuła się pewniej, wiedziała, że ktoś zadba o ostatnie chwile. Odeszła spokojnie, przy mężu. Ale Beatka zadbała o coś więcej. Była za słaba na podróż, ale przekazała mężowi: gdy umrze i zostanie skremowana, ma zabrać urnę z jej prochami i pojechać z dziećmi w góry. Chciała być z nimi. To był wspaniały pomysł!
Później spotkałam się z jej rodziną. Mąż stanął na głowie, by zrealizować jej wolę. Pojechali. To było tournee po Polsce. Taki testament. Zauważyłam, że gdy pacjent zadba o to, jak wszystko ma wyglądać, przekazuje swoją wolę, to potem jest łatwiej, trochę lżej tej osobie, która zostaje. To daje poczucie kontroli, pozwala pożegnać się na własnych warunkach.
Godne pożegnanie
Moja praca to przywilej. Pozwala mi być blisko, gdy ludzkie życie styka się z tajemnicą. Uczy pokory, cierpliwości i głębokiej empatii. Codziennie stykam się z cierpieniem, ale też z niewiarygodną siłą ducha, z miłością, która nie zna granic. Widzę, jak ludzie godzą się z nieuniknionym, jak szukają spokoju w chaosie. Może nie mam wpływu na to, ile ktoś będzie żył, ale mam wpływ na to, jak godnie i bez bólu opuści ten świat. I to jest dla mnie najważniejsze. Zostawiam im godność i spokój, zabieram ze sobą świadomość dobrze wykonanej pracy.
Komentarze
Brak komentarzy. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz