Płonęło mi serce, płonął mi język: Z piekła do nieba w mgnieniu oka
fot. https://www.youtube.com/@GodEncountersShow

Płonęło mi serce, płonął mi język: Z piekła do nieba w mgnieniu oka

W więziennej celi, po latach grzechu i buntu, nagle zapadłem w otchłań, która miała być moim wiecznym przeznaczeniem. Przez dwadzieścia minut śmierć trzymała mnie w objęciach, lecz to, co zobaczyłem i przeżyłem, zburzyło mój świat, by zbudować go na nowo. Ta historia to testament cudu, przemiany i miłości, która czeka nawet w najciemniejszym mroku.

Był 20 grudnia 2021 roku, dokładnie rok po tym, jak zobaczyłem tamtego anielskiego mężczyznę przechodzącego przez ścianę. Siedziałem na łóżku w mojej celi w więzieniu stanowym High Desert, tuż za Las Vegas. Wokół panował lockdown z powodu COVID-19, więc dni były długie i monotonne. Mój współwięzień, James Matlin, był na górnej pryczy i oglądał telewizję. Ja nagle poczułem się dziwnie.

To trudne do opisania, ale ogarnęło mnie jakieś dziwne, obce uczucie. Wstałem, nalałem sobie wody do kubka, wypiłem. Wróciłem na łóżko i… po prostu opadłem, martwy. Nie było bólu, żadnego uścisku w klatce piersiowej, żadnego świstu w płucach. Po prostu ciemność. Po prostu nicość. Jakbym zgasł. Nie wiem, jak długo minęło, zanim James zorientował się, co się stało. Jego rodzice byli medycy, więc znał się na pierwszej pomocy.

Skoczył z pryczy, zaczął reanimować, krzycząc i kopiąc w drzwi: „Człowiek leży! Człowiek leży!”. Robił to przez siedem, może osiem minut. W końcu drzwi się otworzyły. Wpadł strażnik, a za nim śledczy od gangów, potężny Latynos o imieniu Louise. Kontynuował reanimację, a potem powiedział mi, że w tamtym dniu działy się dziwne rzeczy.

Gdy uciskał moją klatkę piersiową, złamał mi mostek. Mój brzuch spuchł, a oni przestraszyli się, że mnie zabili. Ale potem moja klatka piersiowa wróciła do normy. Wtedy dotarły pielęgniarki, wózek reanimacyjny i karetka. Całkowicie nie było mnie przez dwadzieścia minut.

Otchłań jałowej ziemi

Kiedy otworzyłem oczy, byłem już w szpitalu. Dwóch strażników stało u stóp mojego łóżka. "Boli mnie klatka piersiowa" — powiedziałem. "Założymy się, że tak! Złamaliśmy ci ją!" — odparli. Potem jeden z nich zapytał: "Wiesz, gdzie jesteś? Wiesz, co się stało?". Nie miałem pojęcia. Wtedy ten drugi, patrząc mi w oczy, zapytał: "Czy tam coś jest?". Wtedy po prostu się rozryczałem. To było straszne, człowieku.

Wszystko było straszne. Pierwsze, co zobaczyłem po śmierci, to była dolina. Ogromna, jałowa przestrzeń. Nie było tam nic stworzonego przez człowieka – żadnych ulic, chodników, samochodów, budynków. Ale też nic nie rosło. Ani jednej rośliny. Tylko gruz i pustkowie, niczym po kataklizmie. Czułem, że nadal jestem w swoim ciele, ale jednocześnie unosiłem się w powietrzu. Nie czułem potrzeby ruchu, ale i tak nie mogłem się ruszyć.

W oddali dostrzegłem mężczyznę. Nie był to ten w złotej szacie. Ten miał na sobie szare, nijakie ubrania. Był daleko, a jednak czułem, jakby stał tuż obok mnie. Po prostu patrzył. Spojrzeniem, które znałem z dzieciństwa – tak patrzył mój ojciec, kiedy zrobiłem coś naprawdę głupiego. Pełne rozczarowania. Nie chciałem na niego patrzeć. Wiedziałem, że on widzi wszystko. Wszystko, co zrobiłem. Nie mówił, nie machał, nie robił nic.

Po prostu stał i gapił się. Miałem krótkowzroczność i nosiłem okulary, więc pomyślałem, że może mam brudne soczewki. Spojrzałem na nie, potem pod nie, ale ten dziwny osad wciąż tam był. Wyglądał jak czarna sadza ze spalonej gumy, tylko jaśniejszy, szarawy. Po chwili z przerażeniem uświadomiłem sobie, że to nie na okularach. To unosiło się ode mnie. Coraz więcej i więcej, aż ogarnęła mnie kompletna ciemność.

Katusze piekła i palące słowa

Ta ciemność, nie znałem jej z Biblii wtedy, ale teraz rozumiem. Byłem w niej. Unosiłem się, nie miałem niczego, co by mnie zakotwiczyło. Gdy nastała czerń, to wtedy się zaczęło. To było okropne. Zacząłem przeżywać od nowa wszystkie złe, nikczemne, ohydne rzeczy, jakie kiedykolwiek zrobiłem drugiemu człowiekowi.

Każda kradzież, każde oszustwo – przeżywałem to na nowo, ale tym razem czułem ból, który im zadałem. Poczułem ból człowieka, do którego strzeliłem, i cierpienie jego rodziny, patrzącej na jego krzywdę. Byłem postrzelony, dźgany, bity – doświadczyłem w życiu wiele bólu. Ale nic na tej planecie nigdy nie dorówna mękom, które czekają na niewierzących. Płakałem, płakałem jak nigdy dotąd, a jednocześnie moje usta płonęły.

Język miałem jak rozpalony węgiel w piecu. I byłem zmuszony wypowiedzieć na nowo każde kłamstwo, półprawdę, raniące słowo, każdą ohydną, plugawą rzecz, którą kiedykolwiek powiedziałem. I znowu, czułem, jak moje słowa wpłynęły na innych, czułem ból, który im zadałem. Nigdy nie wiedziałem, że skrzywdziłem tak wiele osób. Nigdy nie myślałem, że moje słowa mogą mieć taki wpływ.

Ból był tak przytłaczający, że krzyczałem: "Zabijcie mnie! Jestem skończony!". Ale śmierć nie nadchodziła. Nie było końca mękom, bo wiedziałem, że to będzie trwało wiecznie. Przestałem myśleć o śmierci, bo to było bezcelowe. To najstraszniejsze, co przeżyłem w życiu, i trwało to jak wieczność. Moimi łzami mógłbym dziesięć razy wypełnić basen.

Chcę żyć, bo wolałbym wrócić do tej cuchnącej, brudnej, ohydnej celi, niż spędzić tu choćby jedną sekundę dłużej.

Mgnienie oka i złote światło

Nagle, znikąd, usłyszałem pytanie: "Chcesz żyć czy umrzeć?". Mimo 70-letniego wyroku, mimo tego, że nigdy nie starałem się poprawić w więzieniu, że myślałem, iż tam umrę – odparłem: "Chcę żyć!". I wtedy ta czarna mgła wokół mnie, która była jak gęsta, klejąca substancja, lekko, niemal niezauważalnie, rozrzedziła się. Ale ja to poczułem. Moje łzy, choć nadal płynęły, nie były już łzami bólu.

Po raz pierwszy w życiu zrozumiałem, co to znaczy być wdzięcznym. Płakałem łzami wdzięczności. Czułem tak ogromną ulgę, że męka choć trochę zelżała. Dziękuję! Dziękuję bardzo! To uczucie narastało, a ciemność cofała się, aż w końcu znowu znalazłem się w tej jałowej dolinie. Moja twarz była mokra, czułem to. Ten mężczyzna w szatach nadal tam stał. Jakby był obok mnie przez cały czas, obserwując całe moje plugawe życie.

Kiedy na mnie spojrzał, zdałem sobie sprawę, że to było spojrzenie, które mówiło: "To wszystko zrobiłeś, prawda? Tak właśnie postanowiłeś spędzić swoje życie?". A potem wszystko się zmieniło. On nigdy nie powiedział słowa, ale wiedział wszystko. To stało się w mgnieniu oka. Nie pojmujemy, jak szybko to jest. Pomyśl o Saturnie. Mówię "Saturn", a ty już widzisz planetę z pierścieniami. Tak szybko znalazłem się gdzie indziej.

I to było niesamowite. Najpiękniejsza rzecz, jakiej kiedykolwiek doświadczyłem w życiu. Wciąż czułem wilgoć na twarzy, ale wysychała, rozpraszała się. Pierwsze, co zauważyłem, to wszędzie panujące światło. Przenikało wszystko. I poczułem miłość i pokój, których nigdy nie da się doświadczyć na ziemi. Spojrzałem na siebie i na innych. Wyglądaliśmy jak ludzie, mieliśmy ciała, ręce, nogi, głowy. Ale nie miałem tatuaży. Nie miałem koloru skóry.

Od razu to zauważyłem, bo wokół mnie było dwóch innych, którzy wyglądali tak samo jak ja, a trzech po mojej lewej. Nie byliśmy duchami w tym sensie, co na ziemi, ale nie mieliśmy fizycznego koloru. Wszyscy świeciliśmy delikatnym, bursztynowym światłem. Wychowałem się w więzieniu, wychowali mnie gangsterzy. Nigdy w życiu o nic nie prosiłem. Ale natychmiast padłem na kolana i zwróciłem się w lewo, mówiąc: "Proszę, pozwól mi tu zostać!".

Było to niesamowite. Błagałem, żeby zostać, ale kiedy otworzyłem usta, nie wyszły z nich słowa. Wyszedł z nich śpiew, melodia. Mógłbyś zobaczyć nuty. A ten, którego błagałem, odwrócił się i spojrzał na mnie. Na jego twarzy malował się spokój, mówił mi: "Tak samo się czułem, kiedy tu dotarłem". Wstałem. Wszyscy byli zwróceni do przodu. Nie widziałem żadnego starca z długą, białą brodą siedzącego na krześle. To była Boża chwała.

Światło przed tobą, rozlewające się na ciebie, oblewające cię, które nigdy się nie kończy. I nigdy nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo jesteś kochany, dopóki tam nie dotrzesz. Tutaj na ziemi pragniemy kochać i być kochanymi. Może próbujemy gonić za miłością, którą Bóg ma dla nas, bo miłość, która na nas czeka, jest nie do wiary. Nigdy nie wiedziałem, że taka miłość może istnieć. Spojrzałem w niebo i zauważyłem coś. Nie było słońca.

Nie było planet. A kolor był taki sam jak ubrania mężczyzny w złotej szacie. Złote światło. Nie było cieni. Tylko światło. Ale było ono wyraźne, miało różne kolory. A jednocześnie, jeśli tylko zatrzymałbyś się i posłuchał, grała jakaś melodia. Jak syntezator, jak dzwonki, ale tak piękne i nieziemskie, że nie da się tego opisać. Nigdy nie usłyszysz tego samego rytmu dwa razy, a każdy kolejny jest piękniejszy od poprzedniego. To jest pokój.

To jest miłość. To wszystko, do czego dążymy na ziemi, ale bez wysiłku. Jest pięknie, po prostu niesamowicie.

Boski plan – serce i duch

Czułem się, jakby wszystko było świeże i nowe. Nowy duch, nowe serce. I to jest jedyny sposób, w jaki mogę to opisać: to było jak "ściągnięcie" bezpośrednio do mojego serca. Było w tym tyle więcej. Nie było żadnych trosk. Nie martwiłem się ludźmi, którzy mnie skrzywdzili, ani tymi, którzy coś ukradli, ani dziewczyną, która mnie oszukała. Żadna z tych rzeczy nie przyszła mi do głowy. W Mateuszu Pan mówi: "Czemu się martwicie?".

To ma sens, bo Jezus był z nieba, a w niebie nie ma zmartwień. Nigdy nie będziesz się martwił o osobę, która cię skrzywdziła, okłamała, nigdy nie będziesz myślał: "A co z tymi, którzy mi to zrobili?". Nie będziesz miał tych myśli. Jeśli chcesz zobaczyć ukochaną osobę, będziesz wiedział bez cienia wątpliwości, że jest w doskonałej miłości, pokoju i radości, tak jak ty.

Możesz ich zobaczyć, jeśli chcesz, ale będziesz tak skoncentrowany na Bogu, że to jest jakby bez znaczenia. Zanim pójdziemy do nieba, Bóg usuwa wszystkie złe myśli, wszystkie krzywdy, wszystkie zmartwienia, bo one nie mogą istnieć w niebie. Zmartwienie nie istnieje w niebie. A ta wiedza, która została we mnie "ściągnięta", była o sercu. Kiedy się rodzimy, nasze serce jest czyste.

Jesteśmy zrodzeni w grzechu, ale serce jest czyste, jeszcze go nie splamiliśmy. Pomyśl o starej metodzie: gdy cię aresztowano, maczali twój kciuk w tuszu i odciskali na papierze. Kiedy grzeszymy, robimy to z naszym czystym sercem, jakbyśmy tuszem brudzili palec i plamili nim serce. Jeśli nie pokutujesz, jeśli się nie wyspowiadasz, ta plama zostaje.

Dlatego mówi się nam, żebyśmy wyznali Panu, żebyśmy wyznali sobie nawzajem: "Zrobiłem coś brzydkiego". Zmywasz to z siebie. Ta plama to grzech. Grzechy mają różną wagę. Przekleństwo może być prawie przezroczyste, lekkie jak piórko, podczas gdy morderstwo to ciemność kosmosu i ciężar świata na tobie. Oba są grzechami, ale niektóre są cięższe.

Kiedy wciąż nanosimy te plamy na nasze serca, serce, które dosłownie emanuje światłem, to światło zaczyna przygasać. Z każdym grzechem, z każdą plamą na sercu, to światło słabnie. W końcu możesz całkowicie zablokować to światło i utknąć w ciele, w starym człowieku. To jest zrozumienie, jak grzech trzyma się serca. Teraz porozmawiajmy o duchu. Każdy ma ducha. Nie zdajemy sobie sprawy, że nasze serce jest połączone z duchem.

Kiedy masz czyste serce, żyjesz w duchu. Nie ranisz ludzi, nie męczysz ich, nie grzeszysz przeciwko nim. Serce jest połączone z duchem. Ale kiedy zaczynasz obciążać ducha wszystkimi tymi grzechami, odwracasz się od ducha w stronę ciała. A twój duch jest w śpiączce. Nie jest martwy, po prostu go uśpiłeś, żebyś mógł cieszyć się życiem w ciele i w tym świecie. Pomyśl o tym tak: prawie wszyscy jeździliśmy autobusem szkolnym.

I prawie wszyscy spóźniliśmy się na autobus. Dlaczego? Bo spaliśmy. Zamiast wstać, przygotować się, żeby zdążyć na autobus, spałeś. Z powodu snu, spóźniłeś się na autobus. Autobus był błogosławieństwem, które miało cię zawieźć do szkoły, żebyś nie musiał iść w deszczu, śniegu, błocie, być gonionym przez psy czy prześladowany. Straciłeś swoje błogosławieństwo, bo spałeś. Tak samo jest z duchem. Kiedy duch śpi, nie otrzymujesz błogosławieństw.

Dlatego życie w ciele jest do niczego. Jest do niczego, bo nie jest błogosławione. Bóg jest duchem, a wszystkie duchowe błogosławieństwa mają charakter duchowy i pochodzą od Boga. Jak oczekujesz, że je złapiesz? Czy weźmiesz kubek i powiesz: "Chcę złapać wszystkie błogosławieństwa"? Nie, absolutnie nie. Ponieważ są duchowe, a to jest ziemskie. Musi być właściwe naczynie, w którym można otrzymać błogosławieństwa Boga. Czym jest to naczynie?

To twój duch. Twój duch pochodzi od Boga. Oznacza to, że jest wieczny. Błogosławieństwo Boże, wszystko, co pochodzi od Boga, jest wieczne. A my wiemy, że Bóg jest Duchem. Zatem błogosławieństwa, które pochodzą od Boga, mają charakter duchowy. Oznacza to, że musimy je zdobywać duchowo, ponieważ twój duch jest wieczny, a błogosławieństwa mają charakter wieczny.

Twój duch jest właściwym naczyniem, w którym codziennie otrzymujesz wszystkie te błogosławieństwa. Rozumiesz? Więc nasze serce decyduje, czy nasz duch jest przebudzony, czy śpi. A nasz duch to to, co łapie błogosławieństwa Boże. Kiedy żyjesz w duchu, to naczynie jest przebudzone. Jest otwarte. Nieustannie otrzymuje błogosławieństwa, które każdego dnia spływają na nas. Wszystko to było "ściągane" i miało to dla mnie ogromny sens.

Chłonąłem to wszystko, zdumiony tym, co się dzieje.

Powrót do celi, początek nowej walki

A potem obudziłem się. W szpitalu. I pamiętałem wszystko. Kiedy się obudziłem, nie widziałem już ras. Każdy mężczyzna, kobieta i dziecko na tej planecie to nasi bracia i siostry. Wszyscy pochodzimy od Boga. Liczy się to, co robimy, będąc tutaj. Nagle miałem pełne zrozumienie tego, ale jednocześnie zastanawiałem się, jak tu się znalazłem, skoro właśnie tam byłem, i bolała mnie klatka piersiowa, i czułem wszystkie ziemskie boleści.

W niebie nie czujesz bólu. Lekarze, którzy przyszli następnego dnia, byli zdezorientowani. "Prześwietliliśmy pana każdą maszyną w tym szpitalu. Wiemy, że był pan technicznie martwy przez dwadzieścia minut. Jak pan w ogóle oddycha? Jak pan rozmawia? Co się dzieje? Sprawdziliśmy wyniki toksykologii i widzimy, że trochę pan imprezował, ale nic z tego nie mogło pana zabić. Co się dzieje?". Ja na to: "Człowieku, nie wiem, to pan jest lekarzem".

Louise, ten śledczy, który złamał mi mostek, przyszedł do mnie. Powiedział: "Słyszałem, że wracasz. Musiałem to zobaczyć na własne oczy. Widziałem trzech zmarłych w więzieniu i postawiłbym wszystko, co mam, że byłeś numerem czwartym". Nie rozmawiałem zbyt wiele, bo próbowałem pojąć, co się stało. Ale bez cienia wątpliwości wiedziałem, że jest Bóg. Wiedziałem, że ma Syna, Jezusa. I wiedziałem, że jest Duch.

Nie rozumiałem jeszcze w pełni Ducha Świętego, ale wiedziałem, że Duch jest. Kiedy wróciłem do więzienia, na plac, uścisnąłem setki rąk. Co ciekawe, około dziewięćdziesiąt procent z nich to byli chrześcijanie. Wszyscy poganie, moi tak zwani bracia, tylko kilku uścisnęło mi rękę. Ale wszyscy chrześcijanie mówili: "Bracie, modliłem się za ciebie. Modliłem się za ciebie!". Każdej rasy, każdego wyznania, koloru. Wszyscy.

Próbowałem wrócić do mojego starego życia. Myślałem, że będę znowu ćpał, pił, grał, oglądał pornografię. Ale nic nie dawało mi satysfakcji. To nie było tak, że spróbowałem raz i od razu przestałem. Nie. Kontynuowałem, ale czułem, że coś jest inaczej. W ciągu czterech miesięcy przestałem przeklinać. W ciągu półtora miesiąca nie mogłem już nawet nosić okularów, mój wzrok się poprawił, więc je oddałem.

Nie chciałem już grać w pokera, bo siedzenie przy stole i obmawianie ludzi, kłótnie, to wszystko przestało sprawiać mi radość. Nie chciałem więcej krzywdzić ludzi słowami. Po prostu przestałem. Ale jednocześnie, trzy, cztery razy w tygodniu zamykałem się w celi i płakałem. Czasami przez pięć minut, czasami przez dwadzieścia. Połowę czasu nie wiedziałem nawet dlaczego.

Drugą połowę płakałem, bo widziałem, jak traktujemy się nawzajem, zwłaszcza w męskim więzieniu. To jest brutalne. Starałem się wrócić do mojego pogańskiego życia, ale to było nic. To była ziemia, brud, to nic dla mnie nie znaczyło. Moi przyjaciele z gangu byli zdezorientowani. Kiedy dyskutowaliśmy o kimś, kto zagrał nie fair, ja byłem pierwszy, by krzyczeć: "Zasztyletujmy go! Powyrywajmy mu ścięgna!". Teraz mówiłem: "Ej, spokojnie. Po co to?".

Patrzyli na mnie i mówili: "Co z tobą? Od kiedy wróciłeś ze szpitala, zmieniłeś się. Inaczej mówisz, inaczej chodzisz. Wiemy, że płaczesz w celi. Nie wiemy, co z tobą zrobić". Myśleli, że po tylu latach w więzieniu po prostu zwariowałem.

Nie widzę, jak coś tak dobrego mogłoby być we mnie.

Wielu pytało mnie, co to znaczy mieć Ducha Świętego. Odpowiadałem: "Będziesz wiedział, że masz Ducha Świętego, kiedy twoje życie się rozpadnie". "Co masz na myśli?" – pytali. "Twoje życie, takie, jakim je teraz znasz, przeleci ci przez palce. To życie w ciele. A ty będziesz wypełniony Duchem. I nie będziesz wiedział, co to jest. Będziesz myślał, dlaczego moje życie się rozpada? Nie chcę tego! Co się dzieje? Bo tak przywykłeś do życia w ciele!".

Rozmawiałem z wieloma ludźmi – strażnikami, więźniami, starszymi, śmiertelnie chorymi, nawet z naczelnikiem. Opowiadałem im, że nie ma żadnych wielkich sal, żadnych przodków z mięsem i piwem, witających cię po drugiej stronie. Nic z tych pogańskich ksiąg tam nie czeka. To wywołało tarcia. Porzuciłem moją pracę, opiekowanie się pogańskimi miejscami. Po około sześciu miesiącach wezwał mnie kapelan, ojciec Everidge. "Co się dzieje?

Nie chodzisz do pracy, nie podpisujesz dni wolnych od wyroku, nie prosisz o specjalne święta pogańskie" – pytał. "Tak, mi jest dobrze. Jak trzeba posprzątać śmieci, to posprzątam, ale reszta to już nie dla mnie" – odparłem. Widziałem w jego oczach to samo, co u mojego kuratora – chcieli wiedzieć, ale nie wiedzieli, jak zapytać. "Chce pan wiedzieć, co się stało, prawda?" – zapytałem. "Słucham" – powiedział. Zacząłem mu opowiadać.

W połowie przerwał mi: "Po prostu przestań!". Myślałem, że się obraził. "Co pan ma na myśli?" – zapytałem. "Po prostu przestań. Nie widzisz, co się tutaj dzieje?". Ja, szczerze mówiąc, nie widziałem. "To Pismo Święte!" – powiedział. "Wszystko, co mówisz, to Pismo!" Moje ciało krzyczało: "Nie słuchaj tego!". Walczyłem z tym. Kapelan Everidge jako pierwszy nazwał to, co się ze mną dzieje. Powiedział: "Masz Ducha Świętego!".

Ale ja, całe życie pełen nienawiści, nie mogłem tego przyjąć. Powiedziałem: Nie widzę, jak coś tak dobrego mogłoby być we mnie. On na to podniósł Biblię i powiedział: "Ta książka jest pełna ludzi takich jak ty". Ja myślałem, że to zbiór samych świętych, którzy nigdy nic złego nie zrobili. Ale on wyjaśnił, że tak nie jest. "Masz Ducha Świętego. Powiedz mi, czy nadal robisz to, co kiedyś?" – zapytał. Wiedział dokładnie, o co mu chodzi.

"Nie, już nie gram w pokera, nie ćpam, nie robię tego wszystkiego". A potem wyznałem mu, że zamykam się w celi i płaczę. "Tak myślałem" – powiedział. "Masz Ducha Świętego". Nie wiedziałem, czego się spodziewać dalej. Byłem w więzieniu, otoczony przez ludzi, z którymi nie chciałem już mieć nic wspólnego, ale byłem jednym z nich.

Czułem się, jakbym był w czyimś ciele – pamiętałem wszystko, co zrobił ten grzeszny człowiek, ale nie chciałem już nic z tego robić. Nie chciałem być nikczemny. Kapelan zaczął mi wyjaśniać, jak działa Duch Święty, czego mogę się spodziewać. Dał mi Biblię. Odłożyłem ją, ale w końcu otworzyłem. Pierwsze, co przeczytałem, było w Ewangelii Marka, o uzdrowieniu kobiety cierpiącej na krwotok i wskrzeszeniu dwunastoletniej dziewczynki.

Natychmiast zacząłem płakać. Nie rozumiałem, dlaczego to mnie tak porusza. Ale czułem to. Powoli traciłem wpływy w gangu, bo nie chciałem już uczestniczyć w ich bójkach, kłótniach. Mówili, że się "załamałem". Sześć miesięcy po wyjściu ze szpitala szedłem korytarzem w mojej jednostce, gdy nagle otoczyło mnie dwudziestu więźniów. Ten z przodu powiedział: "Jesteś szalony, prawda? Nie boisz się tych wszystkich kolesi z nożami?".

Spojrzałem w dół, widziałem ich noże. "Wiecie co jest dzikie?" – powiedziałem. "Codziennie przychodzicie do moich drzwi i chcecie wiedzieć, co jest po drugiej stronie. A więc posłuchajcie: Nie czuję strachu. Wiem, dokąd idę." Wtedy rzucili się na mnie. Próbowali mnie zabić. Dźgnęli mnie w szyję, w plecy, próbowali przeciąć mi ścięgna w kolanie, zmiażdżyli mi oczodół, musiałem iść do chirurga plastycznego.

Trafiłem do szpitala, załatali mnie i odesłali z powrotem do więzienia, do izolatki. I tam, w tej samotności, próbowałem ich znienawidzić. Całe życie byłem pełen nienawiści, znałem ją dobrze. Próbowałem rozpalić w sobie ten piec nienawiści. Myślałem: "Zabiję ich wszystkich". Ale jak tylko zaczynałem tak myśleć, ta myśl była wyrzucana z mojego serca. Próbowałem znowu i znowu, ale nie mogłem.

Nie mogłem trzymać się złości, nie mogłem trzymać się nienawiści. Czułem, jakby ktoś inny prowadził. Co się ze mną działo? Nadal płakałem w celi kilka razy w tygodniu. Ale w izolatce, w tej samotności, zanurzyłem się w Słowie. Czytanie Biblii po tym, jak umarłem, było najłatwiejszą i najgładszą rzeczą. Nie tylko do czytania, ale i do życia, do czucia. To było niesamowite. Wciąż wszystko wydawało mi się szalone.

Z jednej strony Bóg, Jezus, Duch Święty, a z drugiej wszystkie rzeczy cielesne. Było kuszące, by wrócić do tłumu, ale nie mogłem. Nie mogłem kłamać, nie mogłem mówić: "Tak, zabijmy go!". Po prostu nie mogłem tego wypowiedzieć. Nasze usta są bronią. Siedziałem w izolatce, studiując Słowo. Kapelan odwiedzał mnie co kilka tygodni, a ja miałem dla niego po sześć stron notatek z obu stron, z pytaniami i przemyśleniami.

W końcu, po pięciu, sześciu miesiącach, przyszedł naczelnik. Znałem go od dziecka, kiedy jeszcze był strażnikiem. "Słuchaj, McDonald" – powiedział. "Nie możemy cię wypuścić z powrotem na plac, bo mówią nam, że cię zabiją. Zostało ci około roku, półtora do komisji warunkowej. Wyślemy cię do więzienia, gdzie nie będziesz musiał się martwić o żadne bzdury, żadne życie gangów. Zobaczymy, czy uda ci się wyjść". Zgodziłem się.

Czułem tak przytłaczające poczucie pokoju, że nie miało znaczenia, gdzie mnie umieszczą. Jak apostołowie Paweł i Sylas, byli w kajdanach w więzieniu i śpiewali. Zaczynałem zdawać sobie sprawę, że mam w sobie tę radość i pokój. Nic innego nie miało znaczenia. Przenieśli mnie do Love Lock Correctional Center, abym mógł przygotować się na powrót do domu.

Tam zacząłem robić to, co w Southern Desert – opowiadałem wszystkim, których znałem (a znałem tysiące ludzi po 29 latach w więzieniu), co mi się przydarzyło. Połowa myślała, że zwariowałem, druga połowa mi wierzyła. Po raz pierwszy w życiu poszedłem do kościoła. I w ciągu zaledwie trzech, czterech miesięcy znalazłem się za kazalnicą, głosząc ewangelię każdego poniedziałkowego popołudnia na bezwyznaniowych nabożeństwach chrześcijańskich.

To ironia, bo byłem tak antychrześcijański, tak pełen nienawiści do Boga. A teraz stałem tam, mówiąc ludziom: "Słuchajcie, czeka na was pokój, radość, miłość! Musicie tylko otworzyć drzwi!". Robiłem to przez około rok, a potem stanąłem przed komisją do spraw zwolnień warunkowych. Nie uczestniczyłem w żadnych programach. Nic. Poszedłem tam z pustymi rękami. Odpowiedziałem na kilka pytań. Kilku członków mojej rodziny się pojawiło.

Powiedziałem: "Słuchajcie, zrobiłem to. Nigdy nie zaprzeczyłem, że to zrobiłem. Ale to było prawie trzydzieści lat temu. Nie jestem już tą samą osobą". I dostali mi zwolnienie warunkowe. Nie tylko to, pozwolili mi wyjechać poza stan, do domu osoby niespokrewnionej, co jest niespotykane. Więc teraz jestem w Oregonie. Powiedzieli mi: "Masz dwadzieścia cztery godziny na opuszczenie stanu!". Wskoczyłem do samolotu. I życie jest niesamowite.

Niesamowite. Od kiedy pozwoliłem Chrystusowi wejść do mojego życia i powiedziałem: "Człowieku, ty kontrolujesz, nie ja". To trudne. Chcemy kontrolować wszystko. Ale gdy tylko to zrobiłem, poznałem moją żonę. Mam teraz jedenastoletnią córkę. Wszystko jest cudowne. Mam miłość, pokój i radość od Pana. Gdybyśmy tylko zeszli sobie z drogi, Pan sprawi, że nasze życie będzie niesamowite. Ten mężczyzna, który przeszedł przez ścianę?

Wierzę, że to ten sam mężczyzna, co w Księdze Ezechiela 9. Tam jest mowa o szóstce mężczyzn z toporami i siódmym, ubranym w lnianą szatę, z kałamarzem u boku. On przechodzi przez miasto i znaczy tych, którzy boleją nad obrzydliwościami, które ich bliźni sobie wyrządzają. Myślę, że on był tam, żeby mnie i Jamesa naznaczyć. A ten mężczyzna w jałowej ziemi? Myślałem o tym wiele.

Pasuje to tak bardzo do przypowieści o bogaczu i Łazarzu z Ewangelii Łukasza 16. Czy to był Abraham, który patrzył na mnie, jakby mówił: "Zawaliłeś sprawę"? Nie wiem. A może to był oskarżyciel? Bardzo możliwe, bo wiedział wszystko. Nie mówił, ale jego spojrzenie było niczym oskarżenie. Ale nie mogę być tego całkowicie pewien. Życie jest niesamowite.

I od kiedy pozwoliłem Chrystusowi wejść do mojego życia i powiedziałem: "Człowieku, ty kontrolujesz, nie ja", wszystko się zmieniło. Wiem, że to trudne. Chcemy kontrolować wszystko. Ale gdy tylko to zrobiłem, spotkałem żonę, mam córkę. Mam miłość, pokój i radość Pana. Jeśli nie znasz Chrystusa, jeśli nie masz Chrystusa, jest duża szansa, że patrzysz wstecz na swoje życie i mówisz: "Moje życie jest do niczego".

I będzie do niczego, jeśli nie masz Jezusa. Spędziłem całe życie jako nikczemna osoba. I całe moje życie było do niczego. Więc proszę, każdego mężczyznę, każdą kobietę, każde dziecko, kto to ogląda, oddajcie swoje życie Jezusowi. I wszystko, czego pragnęliście, cały pokój, miłość, radość, wszystkie rzeczy, których szukacie, a których nie macie – są na wyciągnięcie ręki z Jezusem. Obiecuję. Amen.

Źródło: youtube
Tekst został opracowany redakcyjnie na podstawie oryginalnej relacji.
Redakcja Na Granicy Światła

Tłumaczymy i opracowujemy redakcyjnie prawdziwe historie doświadczeń bliskich śmierci (NDE) z całego świata. Każdy tekst powstaje na podstawie wiarygodnych źródeł — wywiadów, baz danych NDERF i publikacji naukowych. Zachowujemy 100% faktów z oryginału.

Więcej o naszej misji →

Komentarze

Brak komentarzy. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

Komentarz pojawi się po moderacji