Platforma przechyliła się z głuchym zgrzytem, rzucając mnie w mrok. Stopy, najpierw lewa, potem prawa, sunęły nieubłaganie w dół. Ogień. Widziałam go – zielony, purpurowy, żółty, jaskrawy do bólu, tysiące razy gorętszy niż cokolwiek na Ziemi. Czułam, jak ciepło zaczyna piec moją skórę, choć jeszcze go nie dotknęłam. Panika? Nie. Raczej świadomość nieuchronności. Byłam o cal, może dwa, od wpadnięcia w tę czeluść, kiedy...
nagle znalazłam się z powrotem w moim ciele. To było w marcu 2007 roku. Leżałam sama w łóżku. Chwile wcześniej, gdy materac zaczął się kołysać po mojej prawej stronie, a ja, unosząc się na łokciach, zapytałam: „Co jest...?”, słowo „Jezus” zsunęło się z moich ust, a ja natychmiast znalazłam się poza ciałem, stojąc na podłodze. Nie czułam strachu. Dziś wiem, że Bóg wziął go ode mnie, bo inaczej zwariowałabym.
Patrzyłam na kobietę leżącą w moim łóżku, tę grubą, nagą kobietę, i zastanawiałam się, kim ona jest i dlaczego moje łóżko się kołysze. Nie zdawałam sobie sprawy, że to ja. Moja własna, ziemska powłoka. Ale w mojej duchowej postaci byłam znów szczupła, taka jak kiedyś. Wyjrzałam przez okno. Słońce świeciło z niezwykłą jasnością, kolory w pokoju były nasycone, krystalicznie czyste, aż po prostu piękne.
W tamtej chwili, choć nadal nie rozumiałam, że umarłam, wiedziałam jedno: jestem w wieczności. Poza czasem. I wtedy zaczęła się podróż. Podróż, która sprawiła, że nawet dziś, po tylu latach, moje ręce drżą, gdy o tym opowiadam.
Pokój Żywych Umarłych
Z mojej sypialni, z mojego mieszkania, przeniosłam się do ogromnej sali. Ściany były całe pokryte diamentami, jakby ktoś pomalował je grubym pędzlem. Było tam mnóstwo ludzi, ustawionych ramię w ramię, niczym szachowe figury w pudełku. Patrzyli prosto przed siebie, martwi, a jednak żywi. Wszyscy mieli na sobie szaty wykrojone z diamentów.
Widziałam tam biskupów, pastorów, nauczycieli, zwykłych ludzi – mężczyzn i kobiety z Indii, z każdego zakątka świata. Wszystkich, którzy tu, na Ziemi, podawali się za chrześcijan. Stałam na podwyższeniu, obok mnie Duch Święty, choć początkowo nie zwracałam na Niego uwagi, przekonana, że jestem w niebie.
Z okna po prawej stronie, starego, drewnianego, rozciągał się widok na błękitne niebo i chmury, i tylko to okno dawało mi pojęcie o tym, jak ogromna była ta sala. Wtedy usłyszałam głos, czy raczej telepatyczne słowa Ducha Świętego, które wryły mi się w pamięć na zawsze. Powiedział mi, słowo w słowo:
„Nie. To, na co patrzysz, to tylko ich wygląd zewnętrzny. Wyglądają na idealnych chrześcijan w oczach świata, ale wewnętrznie ich serca są nieustannie złe, a każdy z nich zmierza do piekła”.
Pojawiły się słowa, emanujące z każdego z nich – „brak przebaczenia”, „brak miłości”. Byłam tylko obserwatorką, bez myśli, bez reakcji. Nagle jedna z kobiet, o rudych włosach, w eleganckim kostiumie ze spódnicą, która kończyła się tuż nad kolanami, a marynarka w trzech czwartych długości, miała najpiękniejszą asymetryczną fryzurę, jaką kiedykolwiek widziałam. I wtedy jej skóra. Jej skóra zaczęła topić się z jej ciała niczym czekolada, spływając na podłogę. Został tylko szkielet od nadgarstków po czubki palców.
Bramy otwarte na otchłań
Wyrwana z „Pokoju Żywych Umarłych” znalazłam się zawieszona w pustce. Dookoła mnie nic. Prawie biała, nieważka nicość. Nie czułam nic – ani ciężaru, ani wiatru na twarzy. Po prostu wisiałam w zawieszeniu. Spojrzałam w dół. Sto stóp pode mną unosiła się okrągła platforma, a pod nią piramidalna struktura, utrzymywana w miejscu mocą Ducha Świętego. Na platformie stał Bóg. Jehowa. Ten sam, który stworzył niebo i Ziemię.
Wiedziałam, że to On, Wszechmocny. Leżała tam naga kobieta, ze strzępami czarno-białych ubrań zwisających z szyi. Gdy tylko pomyślałam: „On ma całą moc”, zamieniłyśmy się miejscami. Leżałam teraz naga na platformie, ze strzępami materiału wokół szyi. Bóg stał przede mną. Nie widziałam Jego twarzy, ani żadnych cech. Widziałam tylko zarys ludzkiej postaci, a wewnątrz, jakby woda.
Był wysoki na sto stóp, a może trzydzieści – po prostu ogromny. Przede mną pojawiło się małe brązowe koło. Rosło, aż stało się wielkości ściany. Wokół nic, tylko ten brązowy okrąg, podzielony na cztery części, niczym kawałki tortu. Każda sekcja była bramą. Na ich powierzchni pojawiły się słowa, uniesione na dwa cale, w języku, którego nie znałam, ale rozumiałam: „Bramy piekła”.
Bramy otworzyły się, jedna po drugiej, ukazując czarną jak smoła ciemność i ogień. Nie był to ogień, jaki znamy z Ziemi – błękitny czy biały. Ten był zielony, żółty, pomarańczowy, fioletowy. Kolor płomienia mówił o jego intensywności. Zielony to około 15 000 stopni, fioletowy – 25-30 000. Były dwadzieścia tysięcy razy gorętsze niż jakikolwiek ziemski ogień. Te płomienie, podsycane siarką, płonęły dniem i nocą, nigdy nie gasły. Bóg zaczął mówić.
Nie wiem, czy słyszałam Go głosem, czy telepatycznie, ale wiedziałam, że mówi. Jego słowa były czystą prawdą, pozbawioną emocji, absolutnie autorytatywne. „Widzisz tę ciemność?” – zapytał. „Ciemność jest żywa, to oddzielna, zła istota. Widzisz te płomienie? Te płomienie są dwadzieścia tysięcy razy gorętsze niż ogień na Ziemi. Są zasilane siarką dniem i nocą. Nigdy nie zgasną”.
Wtedy platforma pochyliła się w dół, a ja zaczęłam zsuwać się w tę otchłań, stopami do przodu. Leżałam na plecach, próbując odepchnąć się łokciami, ale nie mogłam. Byłam o cal, może dwa, od wpadnięcia w ten ogień, kiedy nagle wróciłam do swojego ciała. Od szyi w dół nie czułam nic. Przenosiłam wzrok w panice, próbując zrozumieć, gdzie jestem. Wiedziałam, skąd właśnie wróciłam.
I wtedy znowu usłyszałam głos Boga, ale tym razem był przepełniony gniewem. „Będziesz mi służyć całym sercem” – powiedział. „Bo jeśli nie, użyję cię tak, że inni zostaną przez ciebie zbawieni, ale ty umrzesz i pójdziesz do piekła. Powiedz im, że dziesięcina i ofiara to przykazanie. Tak głosi się moje słowo i tak dba się o moje kościoły”. Poczułam, jak życie wraca do moich kończyn, a potem zaczęłam krzyczeć.
Krzyczałam tak głośno, że dziwię się, że oddział SWAT nie wparował do mojego mieszkania. Byłam przerażona, obezwładniona czystym strachem. Nagle usłyszałam inny głos, najsłodszy, jaki kiedykolwiek słyszałam w życiu. To był głos Ducha Świętego. „Queen, chodź za mną. Nauczę cię, jak żyć dobrze. Nauczę cię kochać. Chodź za mną”. Wszystko, co wcześniej wiedziałam o Jezusie, zniknęło. Cała moja wiedza wyparowała, zastąpiona czymś głębszym.
Nadal paliłam. Usiadłam w salonie z papierosami i popielniczką i powiedziałam: „Panie, wiem, że tego mi nie zabierzesz. Ale nie chcę iść do piekła, nie chcę wracać do miejsca, z którego mnie zabrałeś. Proszę, spraw, by to było dla mnie obrzydliwe, obrzydliwe, tak odrażające, że nigdy więcej tego nie zrobię”. Wstałam, wyrzuciłam papierosy i zapalniczkę do śmieci. Potem zadzwoniłam do mojego brata Jeffa, który przez dziesięć lat uczył mnie Słowa.
Krzyczałam i płakałam, opowiadając mu o „pokoju żywych umarłych” i „bramach piekła”. Uświadomiłam sobie, że przez lata grzeszyłam przeciwko Bogu, wykorzystując piękno i inteligencję, które mi dał, przeciwko Niemu. Poczułam niezmierzoną wdzięczność, że On pozwolił mi żyć. Zasłużyłam na piekło, ale On pozwolił mi żyć. To po dziś dzień mnie zdumiewa.
Tam, gdzie serce bije rytmem wieczności
Moja mama odeszła w Sylwestra 1999 roku, mój tata w 1988. Modliłam się, abym mogła choć raz zajrzeć do nieba, by zobaczyć moich rodziców i dowiedzieć się, że wiedzą, iż nawróciłam się. Wcześniej moje życie było grzeszne. Miałam siedmiu chłopców jednocześnie, marzyłam o byciu gwiazdą filmową, paliłam, piłam, uprawiałam seks.
Żyłam dla świata, ale moja mama nieustannie klęczała na modlitwie, jej kolana były czarne od modlitw za naszą siedemnastkę dzieci. I Bóg słuchał. 21 października 2007 roku, o dziesiątej rano, siedziałam w moim mieszkaniu. Miałam właśnie zadzwonić do brata, gdy nagle opuściłam swoje ciało. Ubrana byłam w białą szatę zbawienia, z bezszwowymi rękawami, sięgającą stóp.
Gdy wychodziłam z ciała przez głowę, stopy były już prawie poza nim. Pamiętam, że pomyślałam: „Jestem taka wysoka!”. A potem moja głowa opadła na zagłówek. W mgnieniu oka znalazłam się w niebie. Była tam mgła, gęsta, biała, wszędzie. Przycumowałam przy jednej z bram, ale nie wiedziałam, że to brama. Zobaczyłam łódź. Drewnianą łódź wiosłową, taką w kolorze sosnowego drewna, wystarczająco dużą dla dwóch osób.
Ale jej spód był z czystego, litego złota, lśniącego jak lustro. To było piękne. Ze mną w łodzi był anioł – olbrzymi, wysoki na 193 cm, ważący ponad 200 kg, z żółtymi, miękkimi włosami i bicepsami o obwodzie 160 cm. Stał, a ja krzyczałam: „Jestem w niebie! Jestem w domu!”. Wtedy anioł usiadł, skrzyżował ręce i pochylił głowę, pozwalając mi krzyczeć. Moja uwaga została przyciągnięta do obszaru ponad mgłą.
Dwie konstrukcje, niczym wieże World Trade Center, unosiły się w oddali, jakieś dziesięć mil ode mnie. Były prostokątne, ale materiał, z którego były zbudowane, był żywy. Oddychał. Kolory, które po nim spływały, niektóre znane, jak burgund czy zieleń, a niektóre całkowicie obce, nieistniejące na Ziemi, poruszały się jak światło z samochodu KITT z „Nieustraszonego”. Wiedziałam, że to mieszkania moich rodziców.
Na dachu jednego była wielka, czarno-czerwona, żywa kura, z wiatrowskazem przechodzącym przez jej ciało. Na drugim – czarno-biała krowa, żywa, też z wiatrowskazem. To było dla mnie jasne – moi rodzice, wychowani na farmie, mieszkali tam. Wtedy cztery ramiona objęły mnie z lewej strony. Wiedziałam, że to moi rodzice, Mary Francis i Frank Daniel. Próbowałam się wyrwać, pytając: „Gdzie On jest?”.
Mój tata wskazał palcem na prawo, mama na lewo, mówiąc: „Tam jest”. Zobaczyłam idącego ku mnie mężczyznę w białej szacie. Podciągnął ją lekko, odsłaniając stopy. I wtedy to zobaczyłam – otwarte rany na Jego stopach, z których sączyła się świeża, czerwona krew. Biblia mówi, że za każdym razem, gdy grzeszymy, ponownie krzyżujemy Jezusa, więc Jego rany krwawią. Nie są zagojone.
Wyszedłem z łodzi, prawa stopa dotknęła niebiańskiej ziemi. Gdy lewa podniosła się, upadłam na twarz. Przyłożyłam bok twarzy do Jego stóp, objęłam Jego kostki. Czysta ekstaza. Mogłabym zostać w tym miejscu przez całą wieczność, nie ruszyć się. Leżałam u stóp mojego Mistrza, Tego, który umarł za mnie. Tego, o którym napisano więcej książek i więcej słów niż o kimkolkolwiek w historii świata. Chwila, w której mogłam Go dotknąć.
A potem usłyszałam, że muszę wrócić. Wróciwszy do ciała, podarłam swój pokój na strzępy z rozpaczy. Ludzie pytają, jak wyglądał Jezus. Był czarny. Wiem, to burzy wiele wyobrażeń, ale nie był biały. Był wysoki na jakieś 190-193 cm, o odcień jaśniejszy ode mnie. Miał zielone oczy i najdłuższy nos, jaki kiedykolwiek widziałam, z brwiami prawie zrośniętymi. Jego jasnobrązowe, kręcone włosy sięgały ramion.
Był barczysty, z grubą klatką piersiową jak kulturysta. Miał brodę, którą nazywam „chin strap”, okalającą usta. Był najprzystojniejszy, ale nie z powodu fizycznego piękna. To, kim jest i co zrobił, czyni Go pięknym ponad miarę.
Miłość, która mieszka w moim domu
Minęło trochę czasu. Tęskniłam za Nim tak bardzo, że płakałam, byłam smutna i przygnębiona. To był tydzień, w którym zmarł Michael Jackson. Pewnego dnia, idąc do łazienki, zobaczyłam Go w mojej szafie. Pomyślałam: „Nie, to niemożliwe. Idź dalej, musisz tylko siusiu i wrócić do łóżka”. Wróciłam do sypialni, a On stał tam. Każda komórka mojego ciała chciała uciekać, rozpaść się ze strachu.
Żywe Słowo w moim domu. Pomyślałam: „Co Ty tu robisz?”. Nie powiedziałam tego. On miał na sobie długą szatę z rękawami. Podniósł ręce w geście wzruszenia ramionami, spojrzał na mnie i telepatycznie powiedział: „Mieszkam tu z tobą”. Ja na to: „Och”. Chciałam pójść po świeżą pościel, żeby oddać Mu moją sypialnię, ale On telepatycznie odparł: „Wróć tu. Nie potrzebuję tego. Wróć tu i zostań ze mną przez kilka chwil”.
Gdy się odwróciłam, przeszedł kilka kroków i stanął tuż przede mną. Jestem wysoka na 180 cm boso, a musiałam podnieść głowę, żeby na Niego spojrzeć. Wtedy wiedziałam, że mierzy około 190-193 cm. Spojrzał mi w oczy, a ja usłyszałam, jak mówi do mnie dziesięć tysięcy razy: „Kocham cię”. W tamtej chwili poczułam się wysoka na piętnaście metrów i kuloodporna. Nie bałam się już ciemności. Nie bałam się już mieszkać sama. Nie czułam żadnego strachu.
Czułam się niepowstrzymana. Następną rzeczą, jaką pamiętam, było to, że leżałam w łóżku i płakałam. Nie mogłam uwierzyć, że mój Mistrz pojawił się w moim domu, żeby po prostu powiedzieć: „Kocham cię”.
Cena przebaczenia
Piekło jest prawdziwe. Ale Bóg jest miłosierny. Ocalił mnie dziesięć razy od prób samobójczych. Piłam wybielacz, pompował mi żołądek. Próbowałam włożyć sobie strzelbę do ust, ale broń się zacięła. On zawsze mnie ratował. Raz, gdy próbowałam podciąć sobie żyły, usłyszałam głos: „Queen, piekło to miejsce niewyobrażalnych męczarni. Queen, Bóg kocha cię bardziej, niż możesz sobie wyobrazić. Queen, spokój, bądź spokojna”.
Nóż wypadł mi z ręki, ból zniknął. Jego miłosierdzie jest bezgraniczne. Jestem żywym świadectwem jego łaski. Ale ma też niebezpieczną stronę. Ludzie nie boją się Boga, bo Go nie znają. Ja Go znam. Wiem, że jest Bogiem szalonej miłości, nieskończonego miłosierdzia i współczucia. Ale też Bogiem, którego należy się bać i szanować. Bogiem, który sądzi z miłością.
Piekło to miejsce, w którym nie ma spania, nie ma picia wody, nie ma jedzenia, nie ma komunikacji. To wieczne męczarnie, palenie, rozrywanie. Zasłużyłam na to, by tam być, ale On pozwolił mi żyć. To dlatego dziś siedzę tu i opowiadam moją historię. Pewnego razu, po kłótni z mężem, myślałam, że mu wybaczyłam. On wyszedł z pokoju, a ja dostałam ataku serca. Nie wezwałam pogotowia, chciałam umrzeć, myślałam, że pójdę do nieba.
Dzwoniłam do rodziny, mówiłam, że ich kocham, ale do męża nie zadzwoniłam. Kiedy moje serce zwalniało, a mój duch zaczął opuszczać ciało, poczułam ogień w nogach i stopach. Kiedy ogień sięgał mi kolan, atak serca ustał. Wiedziałam wtedy, że gdybym umarła, poszłabym do piekła. Usłyszałam głos Boga: „Powstrzymałem to. Bo w swojej ignorancji myślałaś, że wybaczyłaś swojemu mężowi, ale tak nie było. Straciłbym cię”. Okazało się, że nie wybaczyłam.
Jak to wiem? Nie zadzwoniłam do niego, kiedy umierałam. A jak nauczył mnie Duch Święty: „Wiesz, że komuś wybaczyłeś, jeśli potrafisz z tą osobą rozmawiać tak, jakby nigdy nic się nie stało, bez złości, bez bólu”. Musiałam poprosić go o wybaczenie, a potem Pana. To było tak blisko piekła. Wszystko, co zrobiłam dla Boga, nic by nie znaczyło w tamtej chwili, bo nie wybaczyłam mężowi.
Moje doświadczenia z piekłem i niebem, spotkanie z Jezusem, który przybył do mojego domu, by powiedzieć, że mnie kocha – to wszystko ukształtowało mnie na nowo. Dzisiaj nie ma nic, co mogłoby mnie skłonić do grzechu przeciwko Bogu. On jest Bogiem niebezpiecznym, ale Jego miłość jest psychotyczna, nieskończona. Jestem Jego miłosierdziem. Jestem Jego łaską. Nie boję się już Szatana, bo jak można bać się stworzenia bardziej niż Stwórcy?
Bóg nie stworzył piekła dla nas, ale dla diabła i jego sług. Jeśli jednak nie chcesz być z Nim, gdzie indziej pójdziesz? On nie zmusza cię do wejścia do Jego domu, jeśli chcesz mieszkać w domu Szatana. On kocha cię na tyle, by pozwolić ci odejść. Mamy wybór. Każdego dnia podejmujemy decyzje. Wykorzystywałam piękno i inteligencję, które mi dał, przeciwko Niemu. Ale On to zmienił.
Wszelką tę moją pożądliwość, twardość serca, upór – On to odwrócił, by Go uwielbić. Nie chodzi o uczynki, ale o miłość. Biblia mówi, abyśmy pracowali nad swoim zbawieniem z bojaźnią i drżeniem. Bojaźń Boża jest początkiem mądrości. Nikt nie zostaje zbawiony raz na zawsze. Musisz żyć święcie, nawracać się i pokutować każdego dnia. Musisz wyrzec się świata i całego jego plugastwa. To trudne, ale Bóg nam w tym pomaga.
Tego właśnie nauczyłam się w piekle. To, że nie idziesz za swoim powołaniem, za celem, dla którego zostałeś stworzony – to też jest nieposłuszeństwo, za które można trafić do piekła. Dlatego mówię: Panie, niech się dzieje z moim ciałem, duszą i duchem, co chcesz. Nie obchodzi mnie, czy wyrwiesz mnie z ciała i zabierzesz, gdziekolwiek zechcesz. Bylebym tylko nie była stracona. To jest przesłanie, które muszę nieść.
Bo Bóg kocha nas tak bardzo, że pokazał mi piekło, pozwolił mi wrócić, aby opowiedzieć tę historię. Zrobił to dla ciebie. Dla każdej osoby, która to usłyszy. Nie masz już wymówki.
Komentarze
Brak komentarzy. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz