Kiedy rzeczywistość rozpada się na strzępy: Moje zstąpienie w mrok i powrót do światła

Kiedy rzeczywistość rozpada się na strzępy: Moje zstąpienie w mrok i powrót do światła

Pamiętam ból, który trawił mnie od środka, rozpuszczając moje ciało, gdy lekarze dawali mi godzinę życia.

Ból. To jedyne, co ja, Howard Storm, pamiętam z tamtych chwil, rozdzierający, palący, wszechogarniający.

Czułem, jak kwas solny z pękniętej dwunastnicy trawi mnie od środka, rozpuszczając tkanki. Tak rozpoczęło się moje przeżycie na granicy śmierci (NDE) — brama do nieznanej podróży.

W brzuchu miałem żywe palenisko, rozżarzony węgiel włożony głęboko w trzewia, bezlitośnie wypalający mnie od wewnątrz.

Lekarze na pogotowiu byli bezsilni, choć mili i pełni współczucia. Dostałem informację, że zostało mi najwyżej godzinę życia, a potem czeka mnie operacja. Czekałem dziesięć długich godzin.

Błagałem o morfinę, o cokolwiek, co ukoi ten obłęd, płonący koszmar, lecz nie dostałem nic. Ludzie pytali: „Czy wtedy się modliłeś?”.

Ja, zatwardziały materialista, profesor z doktoratem, wierzący tylko w to, co mierzalne, miałbym się modlić? Było to dla mnie absurdalne. Chciałem tylko ulgi.

Ból, który trawił od środka

Czekałem w szpitalnej sali, wiedząc, że umieram. Jedyną „pociechą” były słowa pielęgniarki: „Nie ma lekarza do operacji”.

Było to straszne, lecz dziwnie wyzwalające. Spojrzałem na żonę, siedzącą przy łóżku.

Nigdy wcześniej nie widziałem, by ktoś płakał w ten sposób – jej ciało trzęsło się od stóp do głów, szlochała gwałtownie.

Powiedziałem jej: „Powiedz rodzicom, że ich kocham, a dzieciom ‘żegnaj’.” Kiedy osunęła się na krzesło, a strumienie łez płynęły po policzkach, szepnąłem: „Czas, bym odszedł.” I wtedy wszystko stało się nadzwyczajnie proste.

Po godzinach walki o każdy oddech, po męczącej próbie utrzymania się przy życiu, po prostu puściłem. Przestałem walczyć. Odeszłem – było to najłatwiejsze, co kiedykolwiek zrobiłem.

Powiedziałem żonie: „Powiedz rodzicom, że ich kocham, dzieciom ‘żegnaj’.” Nigdy wcześniej nie widziałem, by ktoś płakał w ten sposób – trzęsła się od stóp do głów.

Przejrzystość, jakiej nigdy nie znałem

Przebudziłem się. I stałem.

Nie leżałem w łóżku, nie cierpiałem, nie byłem w fizycznym ciele. Stałem obok łóżka.

Ogarnęło mnie poczucie absolutnej realności, życia i całkowitego uzdrowienia. Byłem bardziej sobą niż kiedykolwiek, jakbym wreszcie się obudził.

Zmysły? Wyostrzyły się niewiarygodnie. Słyszałem cichy, elektryczny szum jarzeniówek pod sufitem, tak głośno, jakby śpiewały tuż przy uchu.

Moje pole widzenia rozszerzyło się daleko poza naturalne 180 stopni, obejmując wszystko wokół. Widziałem każdy detal jednocześnie – bliskie i dalekie, wszystko w ostrej ostrości, bez konieczności przeostrzania.

Dotknąłem się. Byłem dotykalny, realny, a czułość mego ciała niewiarygodna. Dotykając podeszwy stóp, czułem teksturę linoleum – jego chłód, drobne nierówności, prawie jakbym czytał wzór skóry opuszkami palców.

Spojrzałem na łóżko. Pod prześcieradłem leżała postać. Głowa nie była zakryta, a twarz... To była moja twarz. Odwrócona od mych oczu w stronę żony.

Czułem jednak, że to nie jestem ja. Przecież stałem obok. Racjonalni ludzie nie rozdwajają się. Wpadłem w irytację: to nie mogłem być ja, lecz podobieństwo było uderzające.

Musiał to być głupi żart, replika woskowa stworzona w pośpiechu przez francuski personel szpitala. Wiedziałem, jak absurdalna jest ta myśl, ale co innego miałem sobie wytłumaczyć, będąc tak racjonalnym człowiekiem?

Próbowałem przemówić do żony, pochylonej i zapłakanej, lecz nie reagowała. Czułem wściekłość, jakby znowu mnie ignorowała – to była jedna z jej metod karania w kłótniach.

Następnie zwróciłem się do współlokatora, Michela, 68-letniego, starszego Francuza. Wołałem go, krzyczałem, lecz on patrzył przez mnie, jakbym był powietrzem.

Nikogo nie było, by mnie usłyszał lub zobaczył. Byłem agonią złości i bezradności, uwięziony w niewidzialnej klatce.

Droga do ciemności: od korytarza do otchłani

Nagle, zza drzwi, usłyszałem głosy. Wołali mnie po angielsku: „Howard, chodź z nami!” Dziwne. Byłem we Francji, a moje imię nie jest francuskie.

Pomyślałem, że to wreszcie jacyś szpitalni ludzie, zabierający mnie na operację. Przeszedłem przez drzwi do korytarza.

Tamto miejsce było zupełnie inne od sali – niewyraźne, rozmyte, jak stary, czarno-biały telewizor z zakłóceniami, pełne szumu i bez koloru.

Ludzie tam czekali, lecz byli niewyraźni, nieostrzy, pozbawieni detali. Powiedziałem im, że jestem chory i czekam na operację.

Odpowiedzieli: „Wiemy o wszystkim. Czekaliśmy na ciebie. Pośpiesz się, chodź z nami.” Ich nalegania wydawały się racjonalne w kontekście dotychczasowego traktowania.

Skoro mnie nie zoperowali, to może teraz mnie tam zaprowadzą pieszo? Bez zastanowienia, poszedłem za nimi w długą, niepokojącą podróż w tę rozmyta szarość.

Nie wiedziałem, gdzie idę, lecz szybko okazało się, że to było piekło – nie miejsce ognia i siarki, lecz przerażająca pustka, całkowite oddzielenie od Boga.

To było miejsce pozbawione miłości, dobra, piękna. Brakowało śpiewu ptaków, motyli, kwiatów, słońca, deszczu, wiatru, nawet słodyczy – czekoladowego ciasta, lodów.

Pustka była absolutna, odbierająca wszelką radość i nadzieję. Najgorsze były istoty tam zamieszkujące. Gdy zwierzęta są zbyt długo zamknięte razem, zaczynają się okaleczać i toczyć walki o przetrwanie.

A tutaj... Byłem „nową rybą” w więzieniu. Tysiące istot rzuciło się na mnie, by zrobić ze mną, co chciały.

Fizyczny ból był okropny, lecz emocjonalne rozszarpywanie gorsze.

Fizyczny ból był okropny, lecz emocjonalne rozszarpywanie gorsze. Myślałem: ‘Jak oni mogą tak bardzo chcieć mnie zranić? Dlaczego tak bardzo mnie nienawidzą?’

Czułem, jak godność, człowieczeństwo, poczucie wartości rozpływa się w nicość.

Pytanie, które bezustannie męczyło mój umysł, brzmiało: Dlaczego tak bardzo mnie nienawidzą? Dlaczego tak bardzo chcą mnie skrzywdzić? Dopiero później zrozumiałem – nie nienawidzili mnie osobiście.

Po prostu tam byłem, „nowa ryba”, obiekt do brutalizacji. Gdy skończyli, byłem niczym, bez życia, wypruty z emocji, całkowicie zniszczony.

Byłem niczym zwierzę przejechane przez samochód, leżące na drodze, bez nadziei na ruch czy reakcję. Czułem się jak śmieć, odpad.

Szept nadziei w otchłani rozpaczy

W tej absolutnej ciemności, w tym piekle na ziemi, usłyszałem wyraźny, głośny głos, zdający się pochodzić z mojej piersi, rezonujący w całej mojej istocie.

Powiedział: „Módl się do Boga.” Co za głupi pomysł! — pomyślałem. Ja, materialista, nie wierzyłem w Boga, nie modliłem się od dziecka!

Głos jednak nalegał: „Módl się do Boga.” Odpowiedziałem w myślach: Nie wiem, jak się modlić. Nie pamiętam! Wtedy głos powtórzył z większą mocą: „Módl się do Boga.

Silnie!” Zacząłem gorączkowo przeszukiwać zakamarki pamięci. Przysięga wierności fladze? Fragmenty Konstytucji?

Nie, to nie to. Profesor z doktoratem, a modlitwa wydawała mi się czymś, co zapamiętują dzieci.

W końcu, z trudem, przypomniałem sobie fragment Psalmu: „Pan jest moim pasterzem...” Wyszeptałem to z ekscytacją, że cokolwiek mi się przypomniało. Reakcja istot, które mnie otaczały, była natychmiastowa i przerażająca.

Stały się wściekłe, ich język był najohydniejszym, jaki kiedykolwiek słyszałem. Krzyczały: „Nie ma Boga! Nikt cię nie usłyszy!

Teraz naprawdę cię skrzywdzimy!” Groziły, że to, co zrobili, było niczym w porównaniu z tym, co czekało mnie teraz.

Poczułem dziwną satysfakcję. Przez cały czas byłem bezbronny, a teraz znalazłem coś, czego nienawidzili.

Zacząłem powtarzać modlitwy, fragmenty „Ojcze nasz”, krzycząc je w złości. Im więcej się modliłem, tym bardziej oddalali.

Nie widziałem ich w tej smole, ale słyszałem, jak ich kroki i oddechy ustępują, oddalając się w mroku. W końcu nastała cisza, a ja zostałem sam w przerażającej otchłani, wiedząc, że gdzieś tam są, lecz daleko. Czułem się uwięziony.

Nie mogłem się ruszyć. Jestem w szambie, pomyślałem, przypominając sobie systemy kanalizacyjne z rodzinnego Massachusetts.

Wiedziałem, że moje życie było śmieciem, że byłem samolubnym dupkiem. W świecie nigdy bym się do tego nie przyznał, budując wizerunek cenionego profesora.

Tam, w ciemności, moja egzystencja rozpadła się na kawałki, a ja zobaczyłem siebie – samolubnego, manipulatorskiego, płytkiego człowieka.

Oceniłem swoje życie – relacje z rodzicami, siostrami, studentami, żoną, dziećmi – same jedynki i dwójki.

Poczułem, że zasłużyłem na to miejsce, że utknąłem i nic się nie zmieni. Musiałem stać się bardziej bezwzględny niż oni, by przetrwać.

Ta myśl była odrażająca. Wolałbym nie istnieć, niż stać się jednym z nich. Wpadłem w najgłębszą rozpacz, tonąc w szambie mego jestestwa.

Wtedy z głębi umysłu pojawiło się wspomnienie.

Głos ośmio- czy dziewięcioletniego dziecka śpiewającego w szkółce niedzielnej: „Jezus mnie kocha.” Nie chodziło o słowa, lecz o wiarę małego chłopca, wierzącego w Boga/Supermana, chroniącego go przed potworami pod łóżkiem.

Głosy w mojej głowie zaczęły szydzić: To tylko dziecinne bzdury! Ateista, nie wierzysz w takie rzeczy! Dlaczego miałby się tobą przejmować?

Przez dwadzieścia lat używałeś jego imienia jako przekleństwa! Ale ja, z ostatkiem sił, krzyknąłem w tę ciemność, z rozpaczy rozdzierającej mą duszę: „Jezu, proszę, ratuj mnie!” Nie miałem pojęcia, czy istnieje, czy mnie lubi, czy to w ogóle coś da.

Była to jednak jedyna, nikła iskierka nadziei.

Światło, które przytuliło moją duszę

W tej samej chwili, znikąd, pojawiło się Światło. Niewiarygodnie jasne, tak intensywne, że gdyby było fizyczne, spaliłoby mnie na popiół.

Oślepiające, lecz jednocześnie niezmiernie piękne, o barwach, których nigdy nie widziałem. Spojrzałem w dół na moje ciało, a to, co zobaczyłem, było odrażające.

Byłem rozszarpany, okaleczony, pokryty makabrycznymi ranami. Brzydota. Ze Światła wyłoniły się dłonie i ramiona.

Delikatnie mnie dotknął. W tej samej chwili, w mgnieniu oka, stały się trzy rzeczy:

  1. cała ohydna powłoka mego ciała zniknęła.
  2. ból, który trawił mnie od stóp do głów, ustąpił, zastąpiony ekstazą.
  3. najważniejsze – ogarnęła mnie miłość, jakiej nigdy nie znałem, jakiej nawet nie potrafiłem sobie wyobrazić.

Żaden język nie jest w stanie tego opisać. To było jak powrót do domu, którego szukałem całe życie.

Podniósł mnie, przytulił mocno. Wiedziałem wtedy, że poza uzdrowieniem i miłością, on po prostu bardzo mnie lubi.

Czułem się, jak jego ulubiona osoba we wszechświecie. (Muszę dodać, że wy, drodzy czytelnicy, też jesteście jego ulubionymi!) Płakałem, lecz to były łzy szczęścia, ulgi.

On delikatnie gładził mnie po plecach, pocierając czule, a my unieśliśmy się w powietrze. To było jak lot helikopterem, bez helikoptera, tylko my dwaj. Schowałem twarz w jego piersi, czując jego ciepło, i wiedziałem, że lecimy gdzieś szybko.

Byłem trochę przerażony, lecz przede wszystkim czułem niesamowitą ulgę. Tylko żeby mnie nie puścił – pomyślałem.

Czując się trochę niezręcznie z powodu śliny i łez na jego ubraniu, w końcu podniosłem głowę. Zobaczyłem, że zbliżamy się do świata światła, otoczonego milionami mniejszych światełek, wirujących wokół niego w nieustannym tańcu.

O, nie. To dom Tego, w którego nie wierzyłem! Pomyślałem, że jestem największym idiotą na świecie i że on pewnie mnie nienawidzi. Popełnił straszny błąd. Nie należę tutaj.

Nie popełniamy błędów. Należysz tutaj.

Wtedy zatrzymaliśmy się na obrzeżach świata światła, który nazwałbym niebem, ale dla mnie to było po prostu Dom. Po raz pierwszy przemówił do mnie telepatycznie, a ja usłyszałem jego młody, męski głos: „Nie popełniamy błędów.

Należysz tutaj.” Zdumiony, pomyślałem: Skąd on wie, co myślę? Przecież nic nie powiedziałem. Zaśmiał się. „Wiem wszystko, co kiedykolwiek pomyślałeś.” Poczułem się bardzo nieswojo.

Są pewne rzeczy, o których nie chciałem, żeby wiedział. I natychmiast pomyślałem o kobiecej piersi – zawsze byłem „facetem od biustów”.

On zaśmiał się jeszcze głośniej. Myślał, że jestem zabawny! „Tak, jesteś naprawdę zabawny!” – powiedział.

Ja? Zabawny? Nikt nigdy nie uważał mnie za zabawnego. Moje dowcipy były suchym, nowoangielskim humorem, niezrozumiałym dla większości.

Przerwał naszą rozmowę i powiedział: „Mam kilku ludzi, których chcę, żebyś poznał.” Z jego muzycznego tonu wydobyło się zawołanie, a wokół nas zebrała się grupa istot.

Utworzyły krąg, a on rzekł: „Oni zarejestrowali twoje życie i chcą ci je pokazać.” Zaczęliśmy oglądać moje życie jak holograficzną projekcję.

Widziałem siebie w interakcjach z innymi, bez zbędnych teł – tylko rekwizyty i ludzie.

Widziałem nie tylko swoje działania, ale też to, co działo się z innymi po moich interakcjach, co czuli. Ja też czułem ich emocje, jakbym doświadczał ich bólu i radości.

Widziałem, jak byłem manipulatorem, emocjonalnie odległy. Jezus i istoty wokół mnie nie były złe ani wściekłe. Były po prostu… rozczarowane.

A ja czułem to rozczarowanie w każdej komórce mej istoty, palące i przenikające. Było to bolesne, lecz bez okrucieństwa.

Uczyłem się, że moim zadaniem, celem istnienia, było kochanie siebie nawzajem. Było to jedyne, co się liczyło, a ja całe życie oddalałem się od tego.

Moja kariera, żona, dzieci, dom, samochody, nagrody, tytuły profesorskie – to wszystko, co uważałem za „amerykański sen” i cel życia, nie miało żadnego znaczenia.

Oni mi to pokazali. Wskazywali na momenty, w których ignorowałem studenta potrzebującego przyjaciela, a ja czułem jego smutek, jakby był moim własnym.

Błagałem, by przerwali ten przegląd życia: „Zrozumiałem! Wystarczy!” Ale oni odpowiedzieli: „Nie, musisz to zobaczyć do końca.”

Powrót do świata. Nowy początek.

Po brutalnym, lecz pouczającym przeglądzie życia, zapytał mnie, czy mam jakieś pytania. Miałem ich milion, a on odpowiedział na każde.

Nie opowiadam wszystkiego, bo niektóre rzeczy są zbyt ezoteryczne; byłem już oskarżany o herezję za proste prawdy.

Na przykład, gdy Jezus powiedział i pokazał, że dzieci, które umierają młodo, dostają kolejną szansę na życie. Ludzie są wściekli, ale to jego plan, nie mój.

Powiedział mi też, że wszechświat jest pełen inteligentnych istot i różnorodnych form życia, a nasz świat jest jednym z najniższych w duchowym rozwoju, niczym szkoła podstawowa. Zapytałem go, co dzieje się z ludźmi po śmierci.

Wyjaśnił, że to duży problem: ludzie często nie zdają sobie sprawy, że umarli. Cierpienie, które ich dręczyło, ustaje, a oni czują się dobrze, sądząc, że wyzdrowieli. Ludzie boją się umierać, lecz umieranie jest piękne, gdy cierpisz.

Gdy już nie miałem pytań, powiedziałem: „Chcę iść do nieba.” A on na to: „Cóż, musisz wrócić do świata i spróbować przeżyć życie, do którego zostałeś stworzony.” Oczywiście, że się kłóciłem!

„Dlaczego miałbyś mnie odsyłać z powrotem do świata pełnego okrutnych, wrednych ludzi? To straszna egzystencja!” Odpowiedział, że na świecie jest wiele takich osób, ale też mnóstwo kochających i pięknych ludzi.

„To, co masz w sercu, znajdziesz. Jeśli masz miłość w sercu, zobaczysz ją w innych. Jeśli masz piękno, zobaczysz piękno. To, co jest w tobie, znajdziesz na zewnątrz.”

I, co zadziwiające, miał rację. Od ponad trzydziestu lat, od 1985 roku, jeśli szukam miłości i piękna, znajduję je. Jeśli szukam okrucieństwa i brzydoty, też je znajduję.

Lecz prawda jest taka, że miłość i piękno są wszędzie i w każdym, nawet w tych, którzy na pierwszy rzut oka nie wydają się ani kochający, ani piękni.

„To, co masz w sercu, znajdziesz. Jeśli masz miłość w sercu, zobaczysz ją w innych. Jeśli masz piękno, zobaczysz piękno. To, co jest w tobie, znajdziesz na zewnątrz.”

Kiedy wracałem do zdrowia w szpitalu w Paryżu, w dość ciemnym pokoju bez włączonych świateł, nagle światło w nim się rozjaśniło.

Wszedł młody mężczyzna, piękny, dwudziestokilkuletni blondyn, w zielonym szpitalnym uniformie i sneakersach. Powiedział, perfekcyjnym angielskim: „Howard, jak się czujesz?” Byłem zdumiony. To było niespodziewane w francuskim szpitalu.

Powiedział, że będzie nade mną czuwał, że wszystko będzie dobrze, lecz czeka mnie długa rekonwalescencja. „Zawsze będę w pobliżu.” Zapytałem o jego imię: „O, nie martw się o to.

Nigdy więcej mnie nie zobaczysz.” Byłem zdezorientowany: „Przecież powiedziałeś, że będziesz czuwał i zawsze będziesz w pobliżu!” A on na to: „Tak, to prawda.

Będę w pobliżu, ale nigdy więcej mnie nie zobaczysz.” Było to dla mnie niepojęte, myślałem, że oszalałem. Musiał iść.

Kiedy wyszedł, pokój znów stał się ponury, szary, jak wcześniej.

Co to było? Co to wszystko oznaczało? Natychmiast po jego wyjściu weszła pielęgniarka.

Zapytałem ją o nazwisko młodego doktora, który właśnie wyszedł – blondyna w zielonym uniformie. Powiedziała, że nikogo tu nie było. „Ależ tak!

Przecież widziałem go! Musiałaś go minąć!” Nalegała, że siedziała przy biurku tuż za drzwiami długi czas i nikt nie wchodził ani nie wychodził z tego pokoju.

Była zła, że z nią dyskutuję, a ja byłem zły na nią. Jej angielski był słaby, mój francuski jeszcze gorszy, lecz kłóciliśmy się, aż w końcu machnęła ręką, rezygnując ze mnie.

Wiedziałem jednak, co widziałem. Doświadczenie, które przeżyłem, jest proste w swej istocie.

Tak łatwo jest zawołać do Boga i pozwolić, by twoje życie całkowicie się zmieniło. Możesz przejść z rozpaczy do radości, z bólu do błogości.

Nie wszystkie problemy znikną od razu, lecz z Bożą pomocą znajdziesz rozwiązania, drogę przez trudności życia i wspierającą wspólnotę. W prawdziwych kościołach, synagogach, świątyniach – to wszystko jest za darmo, bez zobowiązań.

To ludzie, którzy żyją, by pomagać i wspierać innych. Moja podróż z piekła do nieba nauczyła mnie, że życie nie polega na osiągnięciach, władzy czy uznaniu, lecz na miłości i współczuciu. Tej prawdy trzymam się do dziś, z każdym oddechem.

Źródło: https://www.youtube.com/watch?v=diPhrDPH8U8
Tekst został opracowany redakcyjnie na podstawie oryginalnej relacji.
Wojciech Kroks · redaktor naczelny Na Granicy Światła

Dziennikarz z Gdańska z ponad 15-letnim stażem. Twórca kanału Obecność na YouTube. Tłumaczę i opracowuję prawdziwe historie NDE z całego świata — każda oparta na wiarygodnych źródłach, 100% faktów z oryginału.

Więcej o naszej misji →
Poznaj swoją kartę gwiazd

Spersonalizowany horoskop wedyjski oparty na precyzyjnych obliczeniach astronomicznych — odkryj swoją mapę karmy, przeznaczenia i potencjału.

Zobacz horoskopy wedyjskie →

Komentarze

Brak komentarzy. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

Komentarz pojawi się po moderacji
16 zadowolonych klientów 4.8/5 średnia ocena (6 opinii) 25 abonentów newslettera