Ten szum w głowie zaczął się jeszcze na jezdni, gdy leciałam do tyłu z motocykla. Uderzenie o asfalt było brutalne, ostre jak szkło rozbite na tysiąc kawałków. Czułam, jak moje kości pękają, a skóra na twarzy odpływa. Karetka, syreny, szamotanie. Słyszałam głosy: „ona nie żyje”, „twarz rozwalona”. W tym mroku, bólu i panice, coś we mnie przestało bić. Jak serce zegarka, które nagle się zatrzymało.
Odpływając Ku Ciszy
Nie wiem, jak długo trwało to zawirowanie, ale nagle poczułam… lekkość. Jakbym odrywała się od materii, od cierpienia, od tego roztrzaskanego ciała. Unosiłam się. Powoli, ale nieubłaganie. Zobaczyłam swoje odbicie na suficie – bladą, poszarpaną postać. Moje ciało. A ja? Ja byłam już gdzie indziej. Byłam czystą świadomością, uwięzioną w tym niezwykłym zawieszeniu. Ból, który jeszcze przed chwilą palił mnie żywym ogniem, zniknął. Zastąpił go spokój.
Taki, jakiego nigdy wcześniej nie zaznałam. Spokój absolutny, przenikający do głębi kości, do samego rdzenia istnienia. To było jak powrót do domu, którego się nigdy nie widziało, ale zawsze tęskniło.
To było jak powrót do domu, którego się nigdy nie widziało, ale zawsze tęskniło.
Wtedy pojawił się On. Nie wiedziałam, skąd przyszedł, ale był. Otulony w światłość, która pulsowała delikatnym, białym blaskiem. Nie miał kształtu, tylko obecność. Poczułam od niego bezgraniczną miłość i zrozumienie. To nie był anioł w tradycyjnym sensie, lecz wysłannik. Jego obecność pogłębiała mój spokój, budziła we mnie radość, która nie miała nic wspólnego z ziemskimi uniesieniami. Delikatnie wziął mnie za rękę, a ja, bez zdziwienia, poczułam, że mogę latać. Przez okno naszego mieszkania, niczym mydlana bańka, która nie zna żadnych barier.
Brama do Nieskończoności
Pod nami rozciągał się Pacyfik, którego pięknem zachwycałam się zaledwie kilka dni wcześniej. Ale mój wzrok skierował się ku górze. Tam, gdzie niebo zdawało się otwierać, widać było krąg – przejście, z którego biło olśniewające światło. Białe, tak intensywne, że oczy nie mogły go objąć. To było jak dziura w ciemności, która przyciągała z niewyobrażalną siłą. Tunel. Ciemny, wąski, ale prowadzący ku tej obietnicy światła.
Byliśmy już we dwoje, ja i mój przewodnik, gdy zanurzyliśmy się w tę paszczę. Czułam, że pędzę, ale jednocześnie czas przestał istnieć. Przestrzeń stała się względna. Byłam w podróży przez nicość, która wcale nie była pusta.
Spotkanie z Jednią
Gdy wyszłam po drugiej stronie, poczułam, że jestem sama. Ale nie opuszczona. Przede mną rozciągała się Istota. Czysta, żywa obecność światła. W niej tkwiła inteligencja, mądrość, współczucie, miłość i prawda. Bez formy, bez płci. Była wszystkim, co było i będzie. Wiedziałam. To Bóg. I wtedy, jak tsunami, zalały mnie pytania, które nosiłam w sobie od lat. O cierpienie mojego narodu, o niesprawiedliwość, o wojnę, o sens tego wszystkiego.
A On odpowiadał. Nie słowami, lecz myślami. Moja świadomość stała się nagle przejrzysta, jakby pozbawiona wszelkich barier. Wiedziałam wszystko. Jak działa wszechświat, jaki jest jego cel. Wszystkie odpowiedzi przychodziły natychmiast, rozkwitając we mnie niczym nieskończona liczba kwiatów. Nagle zrozumiałam, że wszystko ma swój powód, nawet to, co w naszym świecie wydaje się okrutne.
To jest jak wiedza, która zawsze we mnie była, tylko zapomniałam.
Wiedziałam wszystko. Jak działa wszechświat, jaki jest jego cel.
W tym miejscu nie było ciemności, tylko światło. Każdy obiekt, każda gwiazda, galaktyka – wszystko tętniło życiem, świadomością i miłością. Widziałam narodziny i śmierć gwiazd, poczułam jedność wszystkiego, co istnieje. Zrozumiałam, że przestrzeń i czas to iluzje. Prawdziwa rzeczywistość jest połączona, utkana z tej samej tkaniny. W pewnym momencie poczułam, że moja istota jest przepełniona. Nie tylko wiedzą, ale i miłością.
Jakby światło przenikało mnie do głębi, nadając mi nowe życie. Moje błędy, grzechy, poczucie winy – wszystko zostało zmyte, bez mojej prośby. Byłam czystą miłością, pierwotnym bytem, błogosławieństwem. Czułam, że jestem tam wiecznością. To połączenie nie mogło zostać przerwane.
Powrót do Ciała, Narodziny na Nowo
Potem nastąpił nagły powrót. Nie wiem, jak. Po prostu znalazłam się z powrotem w swoim ciele. Ale to nie było już to samo ciało. Ból zniknął. Zastąpiła go nieopisywalna radość, ekstaza, która trwała przez dwa miesiące. Czułam się odrodzona. Każdy obiekt wokół mnie promieniował życiem, energią, inteligencją. Światło i miłość były wszędzie. Choć z czasem to intensywne uczucie zaczęło słabnąć, wiem, że to, co teraz czuję, to esencja mojego istnienia.
W głębi jesteśmy miłością. Kochani i przebaczeni w każdej chwili. Po wypadku moje życie potoczyło się inaczej. Zniknęła nieśmiałość, poczucie bycia niewartą. Znalazłam pracę, nawiązałam przyjaźnie, zakochałam się. Stałam się wegetarianką, bo widzę miłość i światło w każdym stworzeniu. Skończyłam studia, założyłam rodzinę. Dziś rozumiem, że to moja misja – dzielić się tym, co przeżyłam. Ludzie szukają Boga w religiach, a On jest wszędzie, zawsze.
Jesteśmy częścią tego samego, błyszczącego serca Stwórcy. Nie ma śmierci, nie ma końca miłości. Jest tylko transformacja. Nasze ciała to ubrania, które zdejmujemy, by powrócić do naszej prawdziwej, świetlistej formy. Ten świat to tylko tymczasowa szkoła, a tam, po drugiej stronie, czekają nas oceny z miłości, przebaczenia i służby innym.
Jestem pewna, że kiedyś spotkamy się tam ponownie, w królestwie miłości, światła i niekończącego się błogosławieństwa. To nie był sen. To było życie. Prawdziwe życie.
Komentarze
Brak komentarzy. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz