Ból minął nagle, jakby ktoś wyłączył przełącznik. Sekundę temu rozdzierał mnie na strzępy, miażdżył, pozbawiał tchu, a teraz? Nic. Absolutna nicość, która była zarazem wszystkim. Pamiętam ten dzień, 18 lipca 1969 roku. Miałem dziewiętnaście lat i byłem pilotem w trakcie szkolenia. Wsiadłem na pokład małego samolotu pasażerskiego z dwoma innymi pilotami. Wznieśliśmy się w powietrze, a potem… potem wszystko stało się koszmarem.
Ironia losu sprawiła, że rozbiliśmy się o siedmiopiętrowy budynek – mauzoleum, wzniesione na cześć zmarłych lotników, jedyny taki pomnik w kraju. Uderzyliśmy prosto w niego. Byłem jedynym, który przeżył. Dwóch moich kolegów zginęło na miejscu. Leżałem, zmasakrowany, ale wtedy jeszcze tego nie wiedziałem. Nagle poczułem, jak moja świadomość unosi się. Unosi się. To było jak wyjście z ciężkiego, mokrego garnituru. Spojrzałem w dół.
Widziałem trzy ciała, leżące bezwładnie pośród szczątków. Około piętnastu stóp nad ziemią. I wtedy to do mnie dotarło: jedno z tych ciał to byłem ja. Moje własne, zmasakrowane, nieruchome ciało. Ale to nie byłem ja. To była tylko powłoka. Poczułem to z absolutną pewnością, bez słów, bez myśli – po prostu wiedziałem, że jestem duchem, mam duszę i kiedyś mieszkałem w tym tam, na dole. Nie czułem bólu, nie czułem strachu.
Tylko spokój i mnóstwo pytań. Co się stało? Dlaczego to widzę? Próbowałem wejść w interakcję z czymkolwiek fizycznym, ale nie mogłem. Widziałem, jak sanitariusze reanimują moje pokruszone ciało. Potem, w pędzie, goniłem ambulans. Szybowali ulicami z niewiarygodną prędkością, a ja podążałem za nimi, niewidzialny, tuż za szybą.
W szpitalu, w poczekalni urazowej, znowu zawisłem nad swoim ciałem, podczas gdy dr Homer Graham – wspaniały człowiek, który stał się dla mnie jak ojciec – walczył o moje życie.
Cień i szept piekieł
W pewnym momencie, gdy unosiłem się w szpitalu, z powrotem wślizgnąłem się w swoje ciało. I wtedy wrócił ból. Taki, że pragnąłem śmierci. Pamiętam, jak prosiłem Boga, żeby mnie zabił. To było nie do zniesienia. A potem znowu wyskoczyłem, znowu wolny od cierpienia, pełen tylko pytań. Ale potem, w szpitalu, wydarzyło się coś przerażającego.
Obserwowałem swoje ciało z poziomu sufitu, widząc cały ten szpitalny zgiełk, kiedy z pokoju obok dobiegły mnie straszliwe krzyki. Nie widziałem, co się dzieje, ale słyszałem. Te krzyki były tak przepełnione rozpaczą, że czułem, jak moje serce – to duchowe serce – pęka. Światła wokół mnie przygasały, robiły się coraz ciemniejsze, aż zapanował niemal mrok. Poczułem obecność… istot. Demony. Piekielne siły.
Trwała bitwa o czyjąś duszę, o wieczne życie. To było najgorsze, co widziałem w całym moim życiu. Długo potem, gdy już wyzdrowiałem, męczyłem doktora Grahama, aż w końcu przypomniał sobie, że w tamtym pokoju leżał mój instruktor lotniczy, mój mentor. Ogarnęło mnie przerażające poczucie winy. Dlaczego nie powiedziałem mu o Jezusie? Dlaczego nie podzieliłem się z nim tym, co dla mnie było najważniejsze?
Byłem chrześcijaninem od dwunastego roku życia, kiedy to 29 czerwca 1961 roku oddałem swoje życie Jezusowi na obozie letnim w Południowej Kalifornii. Wierzę, że właśnie ta decyzja mnie uratowała. Miałem anielską ochronę, moi dziadkowie codziennie modlili się o moje bezpieczeństwo. Ale mój mentor… głęboko wierzę, że trafił do piekła. Niebo jest prawdziwe, ale piekło też. Jezus przyszedł, żeby zbawiać, nie potępiać, ale wybór należy do nas.
To prawda, że zbawienie jest darmowym darem, ale wymaga wiary w Jezusa i pokuty. To proste, niewyszukane akty, które jednak zmieniają wszystko. Przed tym, zanim przeniosłem się do nieba, miałem jeszcze jedną wizję. Migawki z mojego życia. Ujrzałem siebie jako dwunastolatka, klęczącego na modlitwie, przyjmującego Jezusa. Ale potem zobaczyłem też swoje późniejsze życie – bunt, problemy z autorytetami.
Zostałem dwukrotnie wyrzucony z chrześcijańskiej uczelni. Patrząc na to z góry, poczułem wstyd. Jaką byłem wymówką dla chrześcijańskiego życia! Wiedziałem, że Bóg musiał ciężko ze mną pracować.
„Kiedy patrzyłem w dół na moje imię, pomyślałem: O mój Boże, chyba mi się udało. Byłem dwukrotnie wyrzucony z chrześcijańskiej uczelni z powodów dyscyplinarnych. Wielu ludzi myślało, że nie jestem chrześcijaninem. Ale ja się zmieniłem, zmieniłem się od środka. I nie przypisuję sobie żadnych zasług za to. Chwała Bogu.”
Złote ulice, perłowe bramy
Wreszcie opuściłem tę szpitalną salę. Znalazłem się w długim, oświetlonym korytarzu. Ściany szpitala zniknęły, a ja, z zawrotną prędkością, niczym pocisk wystrzelony w kosmos, zostałem przeniesiony w głąb przestrzeni. Pierwsze, co zobaczyłem, była złota kula, daleko, niewiarygodnie daleko. Kiedy się zbliżyłem, zrozumiałem, że to miasto.
Światło było czyste, gęste, białe, emanujące od Boga, a potem przechodziło w żółć, potem w głębokie, bogate złoto. Kraj nieba był przepiękny. Zniżałem się i zwalniałem, jak pilot lądujący maszyną, tylko że ja lądowałem na własnych stopach. Widziałem gęste lasy, kwieciste ogrody, krystalicznie czyste jeziora i majestatyczne góry w oddali. Trawa.
Od tamtej pory mam na jej punkcie obsesję – rok później zostałem konsultantem do spraw trawników na polach golfowych. Była tak niesamowita! Gdy dotknąłem jej palcem, komórki wirowały pod dotykiem. Gdy na nią nastąpiłem, delikatnie podnosiła się, jakby nikt jej nie dotknął. W niebie nic nie umiera, nic. Żadnych zwiędłych liści, żadnej suchej trawy, żadnych martwych drzew. Wszystko było idealne, zadbane, choć nikt nie musiał pielić czy strzyc.
Światło, to było najważniejsze. Światło to Bóg, i wszyscy o tym wiedzą. Przenikało przez ściany, rośliny, anioły, mnie samego. Nie parzyło, nie bolało, tylko wypełniało wszystko życiem i miłością. Czułem, jak to światło daje mi nadprzyrodzoną energię, ale przede wszystkim – miłość. Miłość tak odmienną od ziemskiej, nieskończoną, niezasłużoną. Nie ma tam płci, nie ma ras, tylko czyste braterstwo. Ta miłość jest tym, za czym tęsknię najbardziej.
Potem zobaczyłem bramę. Nie taką, jakiej się spodziewałem – z drzwiami i zawiasami. Był to otwór w ścianie, przez który emanowały światło, miłość i życie. Brama była majestatyczna, utkane z drogich kamieni, mieniąca się kolorami, jakby zrobiona ze sproszkowanych pereł. Wysoka na pięćdziesiąt stóp, szeroka na pięćdziesiąt stóp. Dwaj aniołowie, którzy mnie eskortowali, poprowadzili mnie do niej. Promieniowali radością i ekscytacją.
Nad bramą lśniły złote litery, wygięte w łuk, pisane od prawej do lewej. Nie rozumiałem ich. Na ścieżce, wyłożonej bursztynowymi kamieniami, również widniały niezrozumiałe litery. Wiedziałem, że muszą być ważne, ale do dziś nie wiem, co znaczą. Sama ścieżka świeciła, była przezroczysta. Kiedy dotarłem do głównej ulicy, ulice ze złota – nie wyobrażałem sobie, że będą takie. Jako dziecko myślałem, że to metal na chodniku. A tu?
To było szkło ze złota. Przezroczyste, ale złote. Grube na dwanaście, może dwadzieścia stóp. Zapierało dech w piersiach.
Księga życia i daty, które zamykają wieczność
W tamtej chwili nie próbowałem niczego udowadniać, nikogo przekonywać. Ważne było tylko, że moje życie jest odzwierciedleniem tego, co zobaczyłem i czego się nauczyłem. Kiedy szedłem dalej, zobaczyłem gigantyczną, pokrytą perłami księgę, leżącą na złotym, ażurowym stojaku. To była największa, najpiękniejsza księga, jaką kiedykolwiek widziałem. Obok niej stał anioł, który gestem powstrzymał mnie. Zrozumiałem, że moje imię musi być w tej księdze.
Nagle księga otworzyła się sama, promieniując światłem. Wiedziałem – bez słów, wprost do serca – że to Księga Życia. Informacje przepływały między moim duchem a Duchem Boga, od aniołów, omijając umysł, trafiając prosto w serce. Spojrzałem w dół. Widziałem mnóstwo imion, ale wszystkie były wyblakłe, nieczytelne. Wszystkie z wyjątkiem jednego: Dale Russell Black. Moje imię, również pisane od prawej do lewej.
Przez chwilę byłem zmieszany. Ja? Ten, który dwukrotnie wyleciał z uczelni? Ten, który czuł się tak wstydliwie za swoje chrześcijańskie życie? Ale tam było. Obok imienia widniała data. Pomyślałem, że to jakaś pomyłka. Ale znowu, wiedza przyszła prosto do serca: to nie była data mojego ziemskiego urodzenia (1 stycznia 1950), to był dzień, w którym zostałem stworzony przez Boga. Data mojego poczęcia. To zmieniło moje myślenie o aborcji.
W niebie liczy się stworzenie. Była też inna data, obok mojego imienia. Znowu pomyślałem: to musi być błąd. Ale informacja natychmiast przepłynęła przez mnie: to data, w której narodziłem się na nowo. Data, w której miałem dwanaście lat i zaprosiłem Jezusa do mojego serca. 29 czerwca 1961 roku. Anioł powiedział mi: „Dale, to jest dzień, w którym otrzymałeś nowe życie. Jesteś wieczny. Narodziłeś się na nowo i jesteś zbawiony”.
Dlatego mogłem wejść do miasta niebios. Ale czegoś brakowało. Nie było daty mojej śmierci. Zrozumiałem, że w niebie nie ma śmierci. Jesteśmy istotami wiecznymi. Zostanę w niebie na zawsze.
Szept miłości u stóp Prawdy
W niebie były też “dzielnice” – kolorowe, małe, szczęśliwe miasta. W jednej z nich spotkałem swojego wujka, o którego istnieniu nawet nie wiedziałem; zmarł przy porodzie. Były tam ogrody, fontanny, strumienie, jeziora, piękne domy w różnym stylu. Zrozumiałem, że Bóg ma system nagradzania, a wielkość domów zależy od tego, co było się powołanym czynić na ziemi i co się uczyniło. Nikt jednak nie czuł zazdrości.
Wszystko było dziełem Boskiego Architekta, doskonałe i inspirujące. Zwierzęta żyły w harmonii z ludźmi. Były te, które znamy z Ziemi, i te, których nigdy wcześniej nie widziałem. Ale najbardziej porwała mnie muzyka. Nigdy wcześniej nic tak mnie nie przeniknęło. To było jak ogień, który uszlachetnia. Nuty, oktawy niemożliwe do zagrania na Ziemi. Tysiące chórów, orkiestr, grających w doskonałej harmonii.
Muzyka była uzdrawiająca, zmieniająca życie. Marzę o tym, żeby w niebie zostać dyrygentem! Nagle zobaczyłem wielkie, królewskie schody, wykonane z czegoś, co wyglądało na perły i marmur. Wiodły w górę, tam skąd emanowało najjaśniejsze światło. Pomyślałem, że idę do Jezusa, do Jego tronu. Ale znowu zostałem zatrzymany, tym razem przez anioły ze złożonymi skrzydłami. „Nie, Dale, nie możesz iść wyżej” – powiedziały.
„Jeśli pójdziesz, nie będziesz mógł wrócić”. Wtedy uświadomiłem sobie, że istnieje powrót. Aż do tej pory o tym nie myślałem. Odwróciłem się w lewo i wtedy go zobaczyłem. Syna Bożego, Króla królów. Człowieka, który nie wyglądał jak człowiek, a jednak był nim. Majestatyczny. Królewski. Niezwykle autorytarny, a jednocześnie emanujący absolutną miłością i akceptacją. Jego uśmiech promieniał jak żywe światło. Ugięły się pode mną nogi.
Straciłem siły, upadłem u Jego stóp. Janie, nie mogłem tego znieść. Czułem się niegodny, aby stać w Jego obecności. Złapałem Jego stopy, a wtedy zobaczyłem. Nadal tam były. Otwory po gwoździach, blizny. Wtedy wiedziałem, że jestem we właściwym miejscu. Krew Jezusa jest centralnym punktem nieba, bo bez niej nie można tam wejść. Kiedy Bóg patrzy na mnie, widzi mnie jako sprawiedliwego, dzięki parasolowi, którym jest krew Jezusa nade mną.
To dlatego, że w Niego wierzę.
„Jezus pochylił się i szepnął mi do ucha. Czułem Jego oddech, słodki, boski. Usłyszałem: Dale, czy Mnie kochasz? Byłem oszołomiony. Moje serce wykrzyknęło: Tak, oczywiście! Absolutnie, Panie Jezu, dziękuję Ci! A On dodał: Co uczynisz z życiem, które ci teraz daję?”
W tamtej chwili, gdy te słowa wniknęły w moje serce, moje oczy otworzyły się nagle. Słyszałem, jak wspaniała muzyka zanika. Byłem w szpitalnej sali, całkowicie odmieniony. Pełen podziwu i wdzięczności, że żyję. Zacząłem krzyczeć: „Co się stało z moimi oczami?!”. Lekarze myśleli, że chodzi mi o fizyczne obrażenia, ale ja mówiłem o miłości, która mnie wypełniała, o nowym sposobie widzenia.
W ciągu kilku minut poprosiłem, żeby moje łóżko przesunięto do okna, żebym mógł modlić się za ludzi w samochodach. Widziałem kolory niemożliwe dla ludzkiego oka, wymiary niedostępne fizycznie, ale duchowo – możliwe. Wierzę, że pierwszy wymiar to nie wysokość, szerokość ani głębokość, ale sfera duchowa. Anioły są wokół nas, w naszych domach, wszędzie. Demony również. Jesteśmy w strefie wojny, na polu bitwy.
Im bardziej jesteś zapalony dla Jezusa, tym większym stajesz się celem, dlatego potrzebujesz więcej modlitwy i więcej narzędzi. Zapomniałem wtedy o wielu rzeczach, ale wszystko, co wydarzyło się w moim sercu, pamiętam do dziś. Te wspomnienia są wypalone w moim duchu, w moim sercu. Moja misja po powrocie jest prosta: miej wiarę w Boga. Miłość jest najważniejsza, nie ma co do tego wątpliwości.
Ale na ziemi potrzebujemy wiary, by modlitwy zostały wysłuchane, by dojrzewać. Wiara to nie tylko nadzieja czy przekonanie. Wiara to działanie zgodne z tym, w co wierzysz. Ktoś może powiedzieć: „Jestem człowiekiem wiary”, ale Jezus uczył, że wiara to moc, która potrafi przenosić góry. To klucz do odpowiedzi na modlitwy, do doświadczania cudów. Wierzę, że istnieje plan, by rozmyć przesłanie o wierze, ukryć prawdę.
Ale Bóg chronił Ewangelię, jej zasady. Niebo jest początkiem czegoś absolutnie niesamowitego i wspaniałego. Nie ma tam śmierci, choroby, smutku, ale nauka będzie trwać bez końca. Duch Święty poprowadzi nas do wszelkiej prawdy. Prawda jest najważniejsza dla Boga. Dlaczego niektóre doświadczenia NDE są inne? Bóg jest nieskończenie różnorodny – spójrz na miliardy gwiazd w Drodze Mlecznej, żadna nie jest identyczna.
Dlaczego mielibyśmy mieć wszyscy tę samą historię? Jeśli opowieść nie wskazuje na Jezusa jako klucz do nieba i nie oddaje Mu chwały, należy być ostrożnym. Moja opowieść nie jest po to, by mnie uwielbiać, ale by chwalić Boga. A moją misją jest pomóc ludziom zrozumieć wiarę, by zmieniali świat, jedną osobę naraz, ucząc się, jak ona działa w codziennym życiu.
Komentarze
Brak komentarzy. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz