Grudzień 2011 roku. Pamiętam grudzień. Paryż. Moje ciało, wyniszczone przez ostre zapalenie wątroby, leżało w szpitalu.
Zaledwie siedemnaście procent wątroby jeszcze funkcjonowało. Lekarze bez ogródek stwierdzili: stan krytyczny, konieczny przeszczep.
Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to nie będzie najtrudniejsza część mojej historii. To właśnie wtedy doświadczyłam NDE – przeżycia, które wprowadziło mnie w wir światła i obudziło nową świadomość.
To wszystko działo się w sali intensywnej terapii, w tym gęstym od strachu i nadziei powietrzu.
Wir niewidzialnej siły
Leżałam w łóżku. Zamknęłam oczy, być może na chwilę odpłynęłam w sen. A potem poczułam to.
Nagle, gwałtownie, zostałam wessana. Nie przez otwór, nie przez jakieś konkretne miejsce, ale jakby przez szczyt głowy.
To było jak potężny wir, jak niewidzialny odkurzacz, który wyciągnął moją duszę, moją energię, tę iskrę, która mnie animowała. To nie była przemoc, ale intensywna, niepowstrzymana siła.
Natychmiast znalazłam się w tunelu – choć to słowo nie oddaje do końca istoty.
Nie był to tunel z płaską drogą i sklepieniem, lecz świetlisty wir, który pędził z niewiarygodną prędkością. Tam, w tym wirze światła, przestałam odczuwać ból.
Moje ciało zniknęło. Wszystkie te ziemskie ciężary, poczucie materii, wszystko to rozpłynęło się w nicość. Panowała absolutna lekkość.
Nie oślepiające, ale otulające, miękkie światło wypełniało całą przestrzeń. Pędziłam w górę, a może w głąb – nie potrafiłam określić kierunku.
Nie miało to znaczenia. To było jak taniec z niewidzialną siłą, a ja nie zadawałam pytań. Po prostu byłam.
„Zostałam wessana przez szczyt głowy, jak potężny wir, który wyciągnął moją duszę. To była olbrzymia, biała spirala, świetlisty wir pędzący z niewiarygodną prędkością.”
Spojrzenie z góry
Nagle, w ułamku sekundy, znalazłam się nad swoim łóżkiem szpitalnym. Patrzyłam na siebie. Widziałam swoje ciało, leżące bezwładnie.
Obok niego, u stóp, stał ojciec moich dzieci, a obok niego pielęgniarka, która z pewnością mówiła mu, że szanse na moje przeżycie są niewielkie.
Widziałam strach w jego oczach, czułam go, choć nie miałam ciała. To było jak scena z filmu, tyle że ja byłam poza kadrem.
Próbowałam krzyczeć: „Jestem tutaj! Wszystko w porządku!”, ale mój głos nie istniał.
Pamiętam każdy detal jego brązowej, skórzanej kurtki, fakturę skóry.
Czułam się jak kropka, poruszająca się od prawej do lewej z prędkością myśli. Rozglądałam się, przesuwałam. Wszystko działo się niezwykle szybko.
Coś niesamowitego: wszystkie sprzęty medyczne, cała aparatura, stawały się dla mnie przezroczyste. To było jakby moje fizyczne oczy zastąpiło inne widzenie, wizja wykraczająca poza materię.
Widziałam rzeczy, których zwykłym wzrokiem nie sposób dostrzec. Przenikałam przez nie, rozumiejąc ich esencję.
To było zaskakujące, widzieć coś innego niż to, co wydaje się widoczne.
Miłość bezwarunkowa
Potem znowu zostałam wessana z powrotem do tego wiru. Odeszłam szybko, bez pytań, bez myśli o tym, że odchodzę.
Po prostu odeszłam. Nie było tam miejsca na takie pytania. Było mi dobrze. Byłam w otchłani bezwarunkowej miłości.
Ten wir, ten tunel, był nasycony uczuciem bycia kochaną za to, kim jestem. To było tak intensywne, tak otulające.
To uczucie, którego nie doświadczamy tu, na ziemi, z taką siłą. Nie jesteśmy przyzwyczajeni do bycia kochanymi z taką intensywnością.
To była chwila czystej radości i szczęścia, choć wtedy nie zdawałam sobie w pełni sprawy z tego, co się dzieje.
Wszystko działo się błyskawicznie. Dużo później zrozumiałam, że w tym tunelu otrzymałam całą miłość, której nie dałam sobie nigdy wcześniej. Miało to sens.
Chyba w ogóle siebie nie kochałam, nie miałam nawet pojęcia, co to znaczy kochać siebie, czy nawet istnieć.
Podczas tej podróży poczułam całą miłość, którą mogłam otrzymać, na którą być może zasługiwałam. To było coś potężnego. Nie ma słów, by opisać intensywność tego, przez co się przechodzi w tamtej chwili.
Ciało zbyt małe na duszę
Powrót. Weszłam z powrotem do mojego ciała dokładnie tam, skąd wyszłam. I wtedy pojawiło się dziwne uczucie. Moje ciało wydawało się za małe.
Energia, którą się stałam, nie mieściła się w nim. Byłam jak kropka, ale czułam, że muszę przejść przez wiele rzeczy, by „dopasować się” do swoich stóp.
Poczułam kliknięcie, gdy doszłam do stóp, jakby to miało oznaczać: „Naprawdę, wszystko w porządku.
Wróciłaś”. Ale jednocześnie czułam się ściśnięta. Byłam większa, niż mi się wydawało.
Wszystko było przezroczyste, nie było widzialnej materii, a ja musiałam wejść w to ciało materii.
To było bardzo dziwne, czuć się ściśniętą w miejscu, gdzie nie ma materii. Nie zdecydowałam o powrocie. Nie miałam wrażenia, że to ja wybieram.
Wszystko wydawało się z g góry zaplanowane, płynne i szybkie. Nie miałam poczucia, że decyduję, czy wrócę, czy nie. Byłam szczęśliwa tam, gdzie byłam, i nie chciałam wracać.
Dopiero później, gdy rozmawiałam o tym z moją psycholożką, zrozumiałam dlaczego wróciłam. Zobaczyłam ojca moich dzieci, który stał tam, usłyszał o moim krytycznym stanie.
Zrozumiałam, że wróciłam dla niego, bo to jego widziałam. Był jedyny. To on mnie pociągnął z powrotem.
Przez pracę z częstotliwościami i ze zmarłymi zrozumiałam, że to były wibracje. On musiał emitować sygnały strachu, ale przede wszystkim energię miłości do mnie. I to właśnie mnie przyciągnęło.
Zmarli mówią, że to, co ich do nas przyciąga, to wibracje, które do nich emitujemy. Uczucie miłości.
To tak, jakby to ich przyciągało. Nie wróciłam, bo go zobaczyłam, ale dlatego, że jego wibracje mnie przyciągnęły.
„Ciało wydawało się za małe. Energia, którą się stałam, nie mieściła się w nim. Poczułam kliknięcie, gdy doszłam do stóp, jakby to miało oznaczać: ‘Naprawdę, wszystko w porządku. Wróciłaś’.”
Szept Światła
Po wybudzeniu się, leżąc w tym "nowym-starym" ciele, wciąż czułam się inna. Początkowo myślałam, że mam halucynacje.
Widziałam wiele ciemnych rzeczy. Z czasem zrozumiałam, że to moje lęki materializowały się, ale nie w fizyczny sposób.
Wszystko, co mogłam postrzegać, materializowało się. Było to, jakby ktoś podał mi tacę i powiedział: „Oto wszystkie twoje lęki. Oto, czym one są”.
Wszystko było wyraźne. Ale ja nawet nie byłam świadoma, że mam takie lęki. A tu były jasne i widoczne. Miałam też inne, nowe percepcje:
- zdolność widzenia przez ściany;
- słyszenie rozmów i innych dźwięków z dużej odległości;
- postrzeganie lęków innych jako ciemnych manifestacji;
- wibracyjną wiedzę.
Była tam pielęgniarka, która rozmawiała. Słyszałam jej rozmowę. Potem usłyszałam wiele innych głosów, mnóstwo innych dźwięków, jakbym była nastawiona na kilka radiów lub telewizorów jednocześnie.
Wszystko mieszało mi się w głowie. W pewnym momencie powiedziałam do tej pielęgniarki: „Słuchaj, słyszę cię, kiedy rozmawiasz.
Możesz mówić ciszej”. Była zdziwiona, bo słyszałam, co mówi do swojej koleżanki. Powiedziałam: „Ale ty rozmawiasz z kimś.
Mówisz głośno”. Ale ich nie było w mojej sali. Usłyszałam, jak mówi do koleżanki: „Pani mówi, że nas słyszy”.
Wtedy pomyślałam: „Czy ja zwariowałam, czy co?”. Bardzo trudno było wrócić z taką ilością informacji, która na pewnym poziomie była logiczna, ale wprowadzenie jej do mojego umysłu było niezwykle trudne.
To nie były rzeczy, które widziałam fizycznymi oczami. To było to, co nazywamy „trzecim okiem”, percepcje wykraczające poza cokolwiek materialnego.
Czułam się trochę naga, powiedziałabym. Te wszystkie wibracje, te informacje, które nie wchodziły przez uszy, lecz przez wnętrze mojego ciała.
To było niepokojące, zaskakujące z perspektywy czasu, ale wtedy bardzo dezorientujące. To wszystko wydarzyło się od razu po otwarciu oczu i trwało.
Parę dni później, w biały dzień, w mojej sali szpitalnej, zobaczyłam go. Obok przyjaciółki, która mnie odwiedziła. Ona go nie widziała.
To była aureola światła, bez płci, bez formy, jak wielka kropla wody, pulsująca esencja. To był tak potężny blask, że zastanawiałam się, jak osoba obok mnie może tego nie widzieć.
Ta istota światła powiedziała mi, telepatycznie, bez słów, prosto do serca: „Od tej pory poprowadzę twoje życie”.
„Ta istota światła powiedziała mi, telepatycznie, bez słów, prosto do serca: ‘Od tej pory poprowadzę twoje życie’.”
Byłam w szoku. Próbowałam opowiedzieć o tym profesorowi, który się mną opiekował, ale on tylko wzruszył ramionami.
„Jest pani bardzo zmęczona. Mózg płata figle. Musi pani odpocząć, spać”.
Nie mogłam mu przecież powiedzieć, że zjawiło się przede mną światło i obiecało prowadzić moje życie.
Zachowałam to dla siebie. Przez bardzo długi czas. Nawet mojej terapeutce opowiedziałam o tym dopiero po pięciu latach.
Droga do światła
Nikt tego nie rozumiał, ani ja sama. Byłam cudem, ale czułam się w ciemności. Nie potrafiłam wyjść z tych wizji, tych emocji, które ludzie mi wysyłali nieświadomie.
Nie miałam narzędzi, by je blokować. Przez jakiś czas brałam leki przeciwlękowe. Chciałam spać, nie chciałam być przytomna, bo czułam wszystko.
To była długa podróż, zanim zdałam sobie sprawę z tego, co się stało, i nauczyłam się sobie z tym radzić.
Na początku były tylko ciemne manifestacje, lęki innych. Po sześciu miesiącach, nie mogąc już dłużej, bo miałam dzieci pod opieką, zwróciłam się o pomoc.
Mój mózg całkowicie się zresetował. Na szczęście trafiłam na lekarkę, która mnie nie osądziła. Skierowała mnie do psycholożki, która pracowała na intensywnej terapii.
Powiedziała: „Znam się na doświadczeniach bliskich śmierci”. Pierwsze, co mi powiedziała, to: „nie jest pani szalona”.
To była niewiarygodna ulga. Mogłam spokojnie opowiedzieć, przez co przeszłam.
Dzięki temu mogłam przepracować własne lęki, bo nie zdawałam sobie jeszcze sprawy, że to one powodowały ten mrok. Im bardziej pracowałam nad swoimi lękami, tym więcej światła wpuszczałam.
To pozwoliło mi połączyć się z moim "kanałem" i zarządzać nim ze spokojem.
To była ta rzecz, która tak naprawdę kryła się za wszystkim. Proces trwał, bo przez dobre dwa lata żyłam w trudnościach. Dzisiaj nie boję się śmierci. To było piękne doświadczenie.
Jak można włożyć radość i miłość w takie przeżycie, które odcina cię od życia, ale od życia ziemskiego, skoro wiesz, że po drugiej stronie ono się nie kończy?
Oczywiście, nie chcę umierać. Może boję się umierania, ale nie boję się śmierci.
Nasza świadomość jest nieśmiertelna, wieczna. Ona trwa, i to właśnie uważam za tak piękne.
Komentarze
Brak komentarzy. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz