Pamiętam, jak otworzyłem oczy, czując, że moja twarz dosłownie utknęła w suficie, jakby jakiś niewidzialny magnes przyciągnął mnie do góry, zaprzeczając wszelkim prawom fizyki, jakie znałem.
Sekundę wcześniej leżałem na kanapie, pogrążony w ciężkim śnie, próbując uciec przed niepokojem, który ogarnął mnie tego niezwykłego piątku – przed złym przeczuciem, że jeśli wyjdę z domu, już nigdy do niego nie wrócę, a zamiast tego czeka mnie niewyobrażalna, piekielna podróż.
Spojrzałem w dół i zobaczyłem swoje ciało, beznamiętnie spoczywające na kanapie, nieruchome i ciche. To było jak scena z filmu, tyle że byłem jednocześnie aktorem i widzem, obserwującym siebie z góry, z tej absurdalnej perspektywy pod sufitem.
Jak to możliwe? – pomyślałem, próbując złapać się za głowę, choć moje dłonie przechodziły przez pustkę, a ja sam byłem niczym innym jak lekkim, eterycznym obłokiem.
Moja dusza, podobna do balonika wypełnionego helem, odbijała się od sufitu, próbując na próżno sięgnąć czegokolwiek stałego.
Próbowałem odepchnąć się od ściany, by wrócić do ciała, ale za każdym razem lądowałem z powrotem pod sufitem, czując rosnący strach i frustrację. Za trzecim razem, gdy znów spojrzałem na swoje nieruchome ciało, poczułem dziwny, niepokojący spokój.
Zacząłem powoli krążyć wokół osi, a potem wir pociągnął mnie coraz szybciej i szybciej, jak w spirali.
W uszach narastał kakofoniczny zgiełk – diabelskie chichoty, pełne złowrogiej radości, stawały się coraz wyraźniejsze, jakby demony tańczyły wokół mnie w niewidzialnym kręgu.
„Czułem, że jeśli wyjdę tej nocy, to nie wrócę do domu. Ten strach mnie ogarnął, nigdy wcześniej czegoś takiego nie czułem.”
Dokąd pędziłem w mroku?
Pędziłem przez ciemność z zawrotną prędkością, aż nagle znalazłem się w ogromnej, mrocznej przestrzeni, gdzie panował wszechogarniający bezruch.
Wokół mnie rozciągał się krajobraz spustoszenia: martwe drzewa o nagich konarach drapały niebo, a ziemia była brudnym, szarym piaskiem, który zdawał się wchłaniać wszelkie światło.
Ciemność była tak gęsta, że nie widziałem własnej ręki przed twarzą, a jednak mogłem dostrzec to, co było przede mną – sceny rodem z najgorszych koszmarów. Brakowało tam miłości, ciepła, życia – tylko zimna pustka.
Powoli sunąłem naprzód, a wokół mnie krążyło pięć demonicznych postaci, spowitych w czerń, przypominających wiedźmy i czarnoksiężników.
Niektóre miały twarze szczurów, inne nietoperzy, z oczami świecącymi złotą, zieloną lub czerwoną barwą – lecz nie był to blask ozdobnych światełek, lecz czysta nienawiść, wylewająca się z ich źrenic.
Patrzyły na mnie z taką odrazą, że czułem, jakby ich wzrok wypalał we mnie dziury, a w powietrzu wisiała nienawiść tak potężna, że na ziemi serce człowieka po prostu by eksplodowało.
Zauważyłem, że nie idę, lecz płynę, unosząc się lekko nad ziemią, z wyciągniętymi rękoma. Do moich ramion przytwierdzone były ciężkie łańcuchy, zakończone kulą, które sprawiały mi niewyobrażalny ból.
Próbowałem je opuścić, by ulżyć cierpieniu, ale nie mogłem, jakby były przyrośnięte do mojej duszy.
Demony krążyły wokół, śmiejąc się i chichocząc, ich długie, ostre jak brzytwy pazury błyskały w mroku, ale nie reagowały na moje błagania, by mnie puściły. Po prostu naigrawały się z mojej niemocy.
Piekielna brama i zapach śmierci
Im głębiej się zanurzałem, tym wyraźniej widziałem przed sobą wielki, czarny tunel, którego kształt pochłaniał horyzont, a jego dźwięk wypełniał otchłań.
Wślizgnąłem się w jego wnętrze, ciągnąc za sobą ciężkie łańcuchy, których ból zdawał się narastać z każdym metrem.
W połowie drogi przez ten tunel, moją duszę przeszył okropny, mdły zapach, który sprawił, że zapragnąłem umrzeć.
To była woń tak przerażająca, że na ziemi zabiłaby wszystko, co żywe. Tam, w tunelu, nie było powietrza, tylko ta obrzydliwa esencja rozkładu i cierpienia.
Na końcu tunelu dostrzegłem maleńkie światełko, nikłą nadzieję na ratunek, ale gdy wreszcie do niego dotarłem, zniknęło. Otoczył mnie kompletny mrok, demony zniknęły, a ja stałem w absolutnej ciszy, nie wiedząc, co nadejdzie.
Nagle, z ziemi wybuchnęły z ogromną siłą płomienie, rozdzielając się jak zasłony otwierane o poranku. Z pożogi wydobył się głos, donośny i władczy, nakazujący mi iść naprzód.
Gdy ruszyłem w głąb tego miejsca, uderzyły mnie tysiące krzyków, przerażających jęków i ryku ognia.
Widziałem mnóstwo ludzi, płonących żywcem w rzekach ognia. To nie były obrazy, które miały kogoś nastraszyć, ale brutalna prawda o tym, co dzieje się po śmierci.
Widziałem rzeki ognia, płonące od setek lat ciała, które za każdym razem, gdy ogień strawił je do kości, odrastały na nowo, by ponownie cierpieć męki palenia.
Widziałem też ohydne robaki pełzające przez ciała, pożerające je od środka, a ból był wieczny i niemożliwy do zniesienia. Brak snu, brak odpoczynku, brak jedzenia, brak wody – tylko nieustanna tortura.
„To jest piekło. Kto jest twoim Bogiem? Powiedziałam, że nie wiem, ale w głębi duszy wiedziałem, że Jezus, to on mnie kocha.”
Krzyże grzechu i tańce potępienia
W piekle panowała makabryczna sprawiedliwość, a cierpienie było dostosowane do popełnionych na ziemi grzechów. Widziałem tam:
- Młodych ludzi, nastolatków, cierpiących za nieposłuszeństwo rodzicom.
- Pastorów, którzy okradli Boga z dziesięcin, oraz chrześcijan, którzy byli „letni” w swojej wierze, bawiąc się w modlitwę, a ich płomienie rosły coraz wyżej.
- Czarownice i czarowników, którzy służyli Szatanowi w nadziei na władzę, a teraz byli oszukiwani i potępieni, gryząc własne ciała w celach więziennych.
- Lesbijki i homoseksualistów, związanych ze sobą, próbujących uciec z płonących rzek.
- Ludzi torturowanych na krzyżach za grzechy pożądania – masturbację, pornografię, rozpustę. Demony dźgały ich mieczami w genitalia, a ostrza wychodziły przez klatkę piersiową, wciąż zadając ból.
- Staruszkę, której twarz zmieniała się, ukazując jej prawdziwą naturę – tę, która na ziemi niszczyła chrześcijan i kościoły, używając mocy Szatana.
Demony torturowały ich na wszelkie możliwe sposoby, od fizycznego rozrywania po ataki seksualne, a oni, choć rozdarci na strzępy, pozostawali żywi i czuli każdą sekundę męki.
Na mojej drodze napotykałem rzeki ognia, a w ich wnętrzu dostrzegałem małe, świecące oczy.
Ludzie, skuci ze sobą, próbowali wydostać się z płonących strumieni, ale ich krzyki i jęki zagłuszał ryk ognia. Ich ręce, z których wystawały szkielety, bezskutecznie drapały powietrze.
Te cele, podobne do więzień, były karą za grzechy, a demony bezlitośnie kontynuowały tortury, bez możliwości ucieczki.
Sanktuarium Szatana i ostatni krzyk
Dotarłem do wielkiego, brzydkiego, ciemnoszarego pokoju, gdzie nadal słyszałem krzyki, ale teraz mieszały się one z inną melodią.
Na środku stała ogromna, czarna trumna z dziurą na wysokości serca, a wokół niej tańczyły demony, śpiewając „Wielbimy cię, Szatanie!”.
Ich słowa były zniekształconą wersją rock’n’rolla, który kiedyś lubiłem – Pink Floyd, Led Zeppelin – ale teraz wiedziałem, że ta muzyka też była podszeptem Złego.
W trumnie, kłuty i męczony dzień i noc, był pastor, który okradał Boga z dziesięcin, gromadząc bogactwo dla siebie.
Na licznych krzyżach cierpieli chrześcijanie, obłudnicy, którzy robili dobre wrażenie przed ludźmi, ale w sercu nienawidzili bliźnich. „Boże, proszę, nie pozwól, żeby ta osoba tu dzisiaj była” – modlili się rano, a Bóg słyszał tę nienawiść.
Widziałem też małżeństwa, uwikłane w pożądanie, rozpustę, cudzołóstwo, pornografię, nawet seksualne perwersje ze zwierzętami.
To wszystko było ich wieczną torturą, karą za zbezczeszczenie czystości, jaką Bóg chciał dla małżeństwa. Ich krzyki były przerażające, bo zdali sobie sprawę z błędu, ale było za późno.
Wspinalem się na wzgórze, nie mogąc już znieść widoku ani wszechobecnego gorąca, które wysuszyło mi usta.
Pragnąłem tylko wody, ale tam jej nie było. Gdy dotarłem na szczyt, wszystko za mną zamknęło się, a ja zostałem sam, oszołomiony i straumatyzowany.
Nie wiedziałem, co się stanie, ale byłem szczęśliwy, że nic już nie widzę. Wtedy pojawił się on – wielki, siedmiostopowy anioł o blond włosach i w białej szacie, bez skrzydeł, za to z potężnym mieczem w dłoni.
Anioł nazwał mnie po imieniu: „Mario! Mario!”, musiał zawołać dwa, może trzy razy, bo byłem tak sparaliżowany strachem, że nie mogłem się ruszyć. „Mario, wiesz, gdzie jesteś?” – zapytał, a ja odpowiedziałem, że nie.
„Jeśli to jest twój czas, to będzie twoja porcja. To jest piekło. To jest miejsce, gdzie spędzisz wieczność.” – powiedział.
A potem zapytał: „Kto jest twoim Bogiem?” Nie wiedziałem, co odpowiedzieć.
Ale wtedy, jakby otworzyło się okno w mojej duszy, zobaczyłem Ronniego i Mike’a, dwóch chrześcijan, którzy kiedyś podeszli do mnie z Biblią, mówiąc: „Mario, Jezus cię kocha”.
To wspomnienie przeszyło mnie jak promień nadziei.
Gdy anioł ponownie zapytał: „Kto jest twoim Bogiem?”, krzyknąłem z całej siły: „Jezus!”. Moje imię odbiło się echem przez wszystkie tunele piekieł: „Jezus! Jezus! Jezus!”
„Krzyknąłem z całej siły: Jezus! To odbiło się echem przez tunele. I wtedy wróciłem do swojego ciała.”
Powrót i nowe życie
W ułamku sekundy zostałem wessany z powrotem do swojego ciała. Otworzyłem oczy, ale nie mogłem oddychać, a strach był tak wszechogarniający, że nie chciałem się ruszyć, bałem się, że tamte istoty mnie dopadną.
Powoli, z trudem, usiadłem, zgięty wpół, a pierwsze słowa, które przyszły mi na myśl, były „Panie, wybacz mi!”.
Ukląkłem, uniosłem ręce i błagałem: „Jezu, proszę, wybacz mi wszystkie moje grzechy. Żałuję, naprawdę żałuję za wszystko! Nie chcę iść w to miejsce, proszę, wybacz mi!”
Tamtej nocy poczułem w stopach dziwne, brzęczące drgania, które rozeszły się po całym ciele, jakby cała moja istota budziła się do nowego życia.
Od tamtego momentu, przez kolejne dziewiętnaście lat, Bóg pozwolił mi uwolnić się od narkotyków, alkoholu, tytoniu i grzechu.
Nie jesteśmy doskonali, nikt z nas nie dorasta do ideału, ale kiedy kochamy Boga, zaczynamy nienawidzić grzechu, tak jak On nienawidzi grzechu, a kocha człowieka.
Widziałem psa wracającego do swoich wymiocin, liżącego je, i czułem obrzydzenie – tak właśnie Bóg widzi nasz grzech. Od tego doświadczenia Bóg mnie wybawił i od tamtej pory chodzę z Nim, wiedząc, że otrzymałem od Niego powołanie.
Moja podróż przez piekło i powrót były ostrzeżeniem, ale przede wszystkim były dowodem na nieskończoną miłość i miłosierdzie, które oferuje nam drugą szansę, jeśli tylko zechcemy ją przyjąć. I ja ją przyjąłem.
Komentarze
Brak komentarzy. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz