Wszystko zaczęło się od trzasku. Od pioruna. Rok 1994. Sierpień. Moja żona i jej rodzina mają tyle urodzin w tym miesiącu, że co roku organizujemy wspólne przyjęcie nad jeziorem Sleepy Hollow. Ja, jak zwykle, odpowiedzialny byłem za grilla. Słońce świeciło, temperatura była idealna, wszystko zdawało się bezchmurne. Ale nad jeziorem, jak to bywa, pogoda potrafi zmienić się w mgnieniu oka.
Trzask i cisza
Poszedłem zadzwonić do mamy z budki telefonicznej na zewnątrz pawilonu. Mój tata już wtedy nie żył, więc chciałem sprawdzić, jak sobie radzi sama. Wpisałem numer, zadzwoniłem. Raz, drugi, piąty, szósty. Nikt nie odbierał. Z westchnieniem zacząłem odkładać słuchawkę. I wtedy to się stało. Usłyszałem potężny trzask, a z aparatu wybuchł oślepiający błysk światła. Uderzyło mnie prosto w twarz, odrzucając na ziemię jak szmacianą lalkę. Pamiętam ten impuls – gorący, elektryczny, przeszywający. Zwykle spodziewałbym się dzwonów, fanfar, jakiegoś sygnału, który obwieści koniec.
Ale nic takiego nie nastąpiło. Był tylko ten dziwny przeskok. W jednej sekundzie byłem tam, fizycznie. W następnej – stałem obok. Oglądałem wszystko, co działo się wokół. Widziałem wiszącą słuchawkę, moje ciało leżące na ziemi, moją teściową, która zbiegała po schodach, krzycząc. Krzyczała. Na mnie. Ale patrzyła obok mnie, w przestrzeń. Nie mogłem zrozumieć, co się dzieje. _Przecież tu stoję, mówię do ciebie!_ – myślałem. Byłem oszołomiony. A potem zrobiłem trzy kroki i... uderzyłem w siebie samego. Leżałem na ziemi, nieruchomy.
W tamtej chwili przyszła mi do głowy tylko jedna myśl: „Ach, nie żyję”.
Poza ciałem, poza czasem
To nie było straszne. Było szokujące, ale nienaturalnie spokojne. Jakby po prostu tak miało być. Jakby ten stan był bardziej pierwotny, bardziej prawdziwy. Widziałem pielęgniarkę, która na zmianie zaopiekowała się grillem, jak teraz klęka nade mną, rozpoczynając reanimację. Słyszałem krzyki, nawoływania. Ale nikt nie widział ani nie słyszał mnie. Stojąc tam, myślałem normalnie, jasno. Mogłem przetwarzać informacje, rozumieć. I wtedy uderzyła mnie ta świadomość, jak kolejny grom z jasnego nieba:
„Ktoś, kim jestem, zawsze istnieje. Śmierć to tylko zmiana formy. Moja dusza, moja esencja jest wieczna.”
To była pierwsza wielka prawda, która ukazała mi się, gdy wszystko się rozwijało. Widziałem swoje ciało – to leżące na ziemi. Patrzyłem na nie z dziwną obojętnością. Było moje, ale już nie było mną. Pusta skorupa. Kostium. Pomyślałem: _Po co tu stać, skoro nikt mnie nie widzi?_ Odwróciłem się i poszedłem w stronę schodów, aby sprawdzić, co dzieje się z moją rodziną. Zacząłem wchodzić po schodach. Na trzecim stopniu spojrzałem w dół i zobaczyłem, jak moje nogi zaczynają się rozpływać. _To robi się naprawdę dziwne_ – pomyślałem. Kiedy dotarłem na szczyt schodów, utraciłem wszelką formę. Byłem tylko kulą energii, wirującym pulsem bytu.
Rzeka światła i bezkresna miłość
Nie potrzebowałem już drzwi ani schodów. Przeniknąłem przez ścianę, znalazłem się tuż nad moją żoną, która malowała dziecięce buzie. Zapamiętałem każdy szczegół: kto tam był, jak ułożone były meble, kolejność dzieci czekających w rzędzie. To okazało się później ważne, kiedy mogłem opowiedzieć o wszystkim, co widziałem. Ale to był dopiero początek. Przeniknąłem przez ten pokój, potem przez dach, a wtedy... wtedy wszystko stało się naprawdę fascynujące. Nagle wpadłem w coś, co mogę opisać tylko jako rzekę czystej, pozytywnej energii. Ta energia emanowała z błękitno-białego światła. Wyobraź sobie energię całkowicie utkaną z miłości i spokoju. Nie było tam innych emocji, żadnych innych zmysłów, tylko to jedno, wszechogarniające uczucie.
„Poczułem tak niewyobrażalną miłość i spokój płynące z tego źródła, że wiedziałem: to musi być energia Boga. To jest to, co tworzy wszystko.”
Było to największe doświadczenie, jakie mogło spotkać człowieka. Prawdziwa realizacja i odczucie czegoś, czego nigdy wcześniej ani później nie doświadczyłem. W tym nurcie zrozumiałem, że zmierzam gdzieś. Zaczęła pojawiać się mozaika mojego życia – najważniejsze momenty, wzloty i upadki. To nie było osądzające, raczej jak przegląd, bez słów, bez myśli. Po prostu migawki. Płynąłem w tym strumieniu, nie wiedziałem dokąd, ale było to ekscytujące, czysta ekstaza. Było tak cudownie.
Gwałtowny powrót
I wtedy, nagle, jakby ktoś wyłączył światło, poczułem ból. Byłem z powrotem w swoim ciele. Krzyczałem w myślach: _„Proszę, nie! Nie każcie mi tego robić! Nie chcę wracać!”_ Miałem trójkę dzieci i żonę, kochałem swoje życie, ale to, co czułem poza ciałem, było nieporównywalne. Byłem zły. Chciałem zostać tam, w tym absolutnym błogostanie. Ale nagle ten błogostan zamienił się w absolutny ból. Piorun uderzył mnie w twarz i wyszedł przez stopę – czułem się, jakbym miał włożone dwa rozgrzane pogrzebacze. Zrozumiałem jednak, że to nie mój wybór.
Pielęgniarka przestała uciskać klatkę piersiową. Klęczała obok mnie. Minęło kilka minut, zanim mogłem otworzyć oczy. Wszystko było rozmazane. Chciałem jej podziękować, ale jedyne, co wyszło z moich ust, to: _„Jestem doktorem”_. Jaka głupia rzecz do powiedzenia! Zrozumiałem, że nie myślę jasno. _„Zamknij się i po prostu poczekaj”_ – powiedziałem sobie w myślach. Oczywiście, wszyscy zaczęli biegać, wzywać pogotowie i policję. Ale ja nie chciałem siedzieć w izbie przyjęć przez cztery godziny, żeby ktoś mi powiedział, że żyję. Zdecydowałem, żeby odwieźli mnie do domu.
Zadzwoniłem do moich znajomych kardiologów i neurologów. Wszyscy powtarzali to samo: _„Masz szczęście, że żyjesz”_.
Muzyka duszy
Przez długi czas po tym doświadczeniu bałem się komukolwiek o tym opowiedzieć. To były wczesne lata 90., czasy, kiedy ktoś mógł zadzwonić do władz i powiedzieć: _„Ten facet jest szalony, powinien stracić licencję”_. Milczałem. Rozmawiałem tylko z najbliższymi. Przed piorunem byłem na drodze akademickiej ortopedii, chciałem publikować prace, byłem przewodniczącym dużego spotkania poświęconego chirurgii kręgosłupa. Żadne z tych rzeczy nie wydawały się już ważne. Czułem się zagubiony. Zastanawiałem się, po co przez to wszystko przeszedłem, skoro nie miało to sensu. Wtedy to się zaczęło.
Nagle pojawiło się we mnie nienasycone pragnienie słuchania klasycznej muzyki fortepianowej. Dla mnie, chłopaka z lat 60., wychowanego na rock and rollu, to była duża zmiana. To uczucie było tak silne, że pojechałem do Albany, do najbliższego sklepu z płytami CD, aby kupić coś z klasyki. Pamiętam, jak płyta Vladimira Ashkenazy’ego grającego Chopina dosłownie „wyskoczyła z półki prosto w moje ręce” . Wiedziałem, że muszę ją mieć. Kupiłem ją i słuchałem jej bez przerwy. Cały dzień. Wkrótce potem zrozumiałem, że samo słuchanie to za mało. Musiałem nauczyć się grać.
Problem polegał na tym, że nie miałem pianina i nigdy nie grałem. I wtedy, następnego dnia, nasza opiekunka do dzieci powiedziała, że się przeprowadza i ma stare pianino, które chciała przechować u nas na rok. To było dziwne. Dzień wcześniej pomyślałem, że potrzebuję pianina, a następnego dnia pojawiło się pianino.
Nowe nuty życia
Zacząłem uczyć się sam. Po kilku tygodniach miałem sen. Widziałem siebie wchodzącego na scenę, w sali koncertowej, grającego muzykę na pianinie. Podchodziłem do siebie w tym śnie i uświadomiłem sobie, że to nie czyjaś muzyka. To była moja muzyka. Sen zakończył się głośnym akordem, który obudził mnie ze snu. Spojrzałem na zegarek – 3:15 nad ranem. Poszedłem do pianina i zacząłem wygrywać nuty, które słyszałem w głowie, ale nie umiałem pisać nut ani grać. Powiedziałem sobie: _„Do diabła z tym!”_ i wróciłem do łóżka. Ale od tego momentu, ilekroć siadałem do pianina, muzyka ze snu zaczynała grać.
Grała cały czas. Jeśli ją ignorowałem, grała, gdy tego nie chciałem – podczas operacji, gdy próbowałem się skoncentrować. Była tak potężna we mnie, że wiedziałem: to coś więcej, niż rozumiem. Następnego dnia kupiłem program do pisania nut. Przez kolejne siedem miesięcy każdą wolną chwilę poświęcałem muzyce. Wstawałem o 4:30, ćwiczyłem do 6:30, szedłem do pracy na 12-14 godzin, kładłem dzieci spać, a potem wracałem do pianina i grałem do północy, do pierwszej w nocy. Byłem absolutnie opętany przez muzykę i pianino. Nic innego nie miało znaczenia.
Odkryłem, że muzyka zabiera mnie najbliżej tego uczucia euforii, tego stanu „po drugiej stronie”, jak tylko to możliwe. To jak dostęp do częstotliwości, do której mogę się dostroić. Czytałem o innych kompozytorach, o Mozarcie, który mówił, że muzyka przychodziła do niego w gotowej formie, a on tylko ją zapisywał. Wielu spekuluje, że nasz mózg to nic innego jak odbiornik. Nie ma mowy, żeby mógł pomieścić wszystkie informacje, do których mamy dostęp. Istnieje jakieś zewnętrzne miejsce, z którym możemy się komunikować. Życie istnieje po śmierci.
Jesteśmy w tej formie przez określony czas, a potem ją opuszczamy i stajemy się czymś innym. To po prostu ciągłość istnienia. Dusza ewoluuje, przechodzi przez fazy uzdrawiania i zrozumienia tego, czego doświadczyła w obecnym życiu i nad czym będzie pracować w następnym. Jesteśmy tu, aby się uczyć, doświadczać i duchowo ewoluować w wyższą istotę.
„Śmierć nie jest czymś, czego należy się bać. To tylko zmiana formy. Nadal istniejesz jako ten, kim jesteś i zawsze będziesz.”
Każdy może wrócić do Źródła, ale trzeba sobie na to zasłużyć. Robimy to, przechodząc przez swego rodzaju „poligony doświadczalne”. Rozwijamy się. Istnieją dwie polaryzacje: pozytywna i negatywna. Poruszanie się wzdłuż pozytywnej polaryzacji to służba innym, w przeciwieństwie do negatywnej, którą jest służba sobie. Jeśli w swoim codziennym życiu kierujesz się służbą innym, to daje ci to przewagę w duchowym wzroście i ostatecznie pozwala odnaleźć drogę do domu, ponownie połączyć się ze Źródłem, z którego wszystko pochodzi. To było największe doświadczenie w moim życiu.
Dostałem szansę zobaczenia, co dzieje się po śmierci. Przed uderzeniem pioruna byłem bardzo ugruntowany w nauce, w tym, co jest rzeczywistością. Teraz całkowicie rozumiem, że nasze istnienie jest znacznie większe, niż jesteśmy sobie w stanie wyobrazić. Gdyby każdy mógł tego doświadczyć przed śmiercią, miałby zupełnie inną perspektywę na życie i na to, co tu robimy. Zmieniłoby to wszystko.
Komentarze
Brak komentarzy. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz