Był 13 marca 2013 roku, środa. Słońce świeciło, śnieg iskrzył, a na stokach panowała błoga cisza, niemal pusto. Mój kolega zadzwonił kilka dni wcześniej, pytając o kolejny wypad na narty. "Pewnie, że tak!" — odparłem z entuzjazmem.
Nie przypuszczałem, że ten dzień zapoczątkuje moje niezwykłe doświadczenie bliskie śmierci.
Lecz choć usłyszałem ten dziwny, wewnętrzny głos, szept, prawie uczucie, trudne do zdefiniowania, ale jasne jak dzwon: "Nie rób tego," zlekceważyłem go. Przez całe życie szedłem na przekór, stawiałem czoła wyzwaniom.
Ten wewnętrzny sprzeciw był nowy, niepokojący, ale... kto by słuchał takich bzdur? Zjeżdżaliśmy szerokim stokiem w formacji slalomowej.
Byłem trzeci, może czwarty, czasem ostatni. I wtedy to się stało. Huk. Odgłos, jakby gruba gałąź pękła mi w dłoniach, ostro, niespodziewanie.
Jednocześnie oślepił mnie potężny błysk. Jaskrawy, biały, intensywny, jak uderzenie pioruna wprost w oczy, albo jak miliony gwiazd, które widzi się po mocnym uderzeniu w głowę.
I to wszystko. Po prostu odpłynąłem. Straciłem świadomość, a może… zyskałem inną.
świetliste oderwanie
Byłem tam, ale nie w ciele. Unosiłem się. Widziałem siebie leżącego na śniegu, jakieś pięć, osiem metrów od miejsca, w którym powinienem być.
Moje ciało było niczym porzucona lalka, bezwładne.
Obok niego, nieco z prawej strony, stała kobieta w pomarańczowej kurtce narciarskiej i czarnych rękawiczkach z pomarańczowymi paskami.
Wyraźnie widziałem detale, nawet te drobne. Nie wiem, czy próbowała mnie reanimować, czy wzywać pomoc.
Była tam. Widziałem także innych ludzi, całą scenę, jakby była odgrywana dla mnie, choć byłem poza nią.
Nie czułem ani zimna, ani ciepła. To było tak, jakby dusza po prostu odeszła, ale wciąż istniała – oddzielona od ciała, które leżało tam, gdzieś na dole.
To było niesamowite uczucie, naprawdę cudowne. Gdybym miał je opisać, użyłbym słowa „błogie”.
Brak osądu, brak lęku, tylko czysta obserwacja i wszechogarniający spokój. Coś tak głęboko pociągającego, że niemal uzależniającego.
To była chwila doskonałej harmonii, gdzie czas i przestrzeń straciły znaczenie. Poczucie, że niczego nie brakuje, że wszystko jest dokładnie takie, jakie powinno być. Jakbym odnalazł dom, którego szukałem przez całe życie.
powrót pchnięcia
Według późniejszych relacji, ta nieważkość trwała zaledwie trzydzieści, może trzydzieści pięć sekund. Potem nastąpił kolejny błysk, równie jasny, ale inny. I znowu wewnętrzny głos, tym razem stanowczy: "To nie może być koniec.
Jeszcze nie." Było to jak wciągnięcie, oddech – pierwszy oddech po wieczności, choć to była tylko chwila.
Poczułem, jak system nerwowy, cała koordynacja, powoli, z narastającą prędkością, wraca do życia. Jakby nagle włączono prąd w zgaszonej maszynie. Najpierw delikatnie, potem z coraz większym impetem.
Leżałem na plecach. Odwróciłem się do tyłu, wciąż mając na głowie kask, i zapytałem: „Skąd przybywasz?”.
Przecież fizycznie nie mogłem go widzieć. Ale widziałem. Wiedziałem, że to on mnie uderzył.
To był snowboardzista, który pędził z niewiarygodną prędkością. Uderzył we mnie tak mocno, że sam nie upadł.
To ja zostałem wyrzucony w powietrze na trzy metry, by po pięciu metrach lotu wylądować na plecach. Pamiętam, że zapytałem: "Skąd przybywasz?" choć leżałem zwrócony w przeciwnym kierunku.
On stał z tyłu, nieco na lewo. A jednak go widziałem. Wiedziałem, że to on. Widziałem, że natychmiast zadzwonił po ratunek, zachował się wzorowo.
On, wysoki na blisko metr osiemdziesiąt pięć, ważący około osiemdziesięciu kilogramów. Ja, moje marne sześćdziesiąt sześć czy siedem kilogramów, zostałem rzucony w powietrze jak piórko.
lodowa odmowa i lot ku nieznanemu
Próbowałem wstać. I wtedy zaczął się ból. Ostry, wszechogarniający, przeszywający plecy, brzuch, głowę. W ustach miałem pustynię, suchość.
Bałem się. Pomagano mi, ale po zaledwie dwóch, trzech krokach nogi ugięły się pode mną. Z desperacji, by ugasić pragnienie, zacząłem jeść śnieg.
Ale nie czułem smaku. Nic. Lądowały służby ratunkowe na skuterze śnieżnym.
Próbowano mnie posadzić, przetransportować na dół, bo na pierwszy rzut oka nie było widać poważniejszych złamań.
Ale nie mogłem złapać równowagi. Musiałem znowu położyć się w śniegu. Potem przyleciał śmigłowiec.
Lekarz od razu podejrzewał uraz brzucha, głowy, żeber. Potłuczone i połamane żebra były niezliczone. Wtedy po raz pierwszy leciałem helikopterem.
Byłem tylko częściowo świadomy, ból narastał z każdą chwilą. Dali mi coś słodkiego, ale nie czułem smaku. Nic. Ciasnota.
Wciśnięty w mały kąt, przypięty pasami. Lekarka obok mówiła do pilota: "Wolniej!" Kiedy śmigłowiec przechylał się nad szczytami, ból był nie do zniesienia.
"Dwie minuty i będziemy na dole" – zasygnalizowała. Pomimo fizycznego cierpienia i ciasnoty, panował we mnie dziwny spokój.
Inne wypadki, mniej poważne, powodowały we mnie niepokój, rozdrażnienie. Tym razem było inaczej.
Wylądowaliśmy na intensywnej terapii. Trzy dni. Badania z kontrastem, mnóstwo innych.
Zabrali mi telefon, pieniądze – ale to nie miało znaczenia. Wstrząs mózgu, obite i połamane żebra.
Oddychanie było męczarnią. Środki przeciwbólowe przyniosły ulgę, ale tylko częściową.
szept innej świadomości
W tamtym czasie szkoliłem się na mentalnego trenera. Początkowo byłem szczęśliwy, że przeżyłem i że sprawca wypadku nie uciekł.
Jednak z czasem, w trakcie szkolenia, natknąłem się na tematykę fal mózgowych i funkcjonowania medytacji oraz hipnozy. Wtedy wspomnienia wróciły z podwójną siłą, a ja zacząłem łączyć fakty:
- Zastanawiałem się, czy podczas wypadku osiągnąłem stan podobny do medytacji wędrującej.
- Mój trener potwierdził, że takie stany są możliwe, odwołując się do technik mnichów Shaolin.
- Zagłębiłem się w temat, czytając dokumentację naukową i konsultując się z ekspertami.
- Im bardziej zgłębiałem temat, tym żywsze stawały się wspomnienia, a doświadczenie zyskało dla mnie niezwykłą wartość.
- Wciąż czuję to niezwykłe ciepło, które mnie ogarniało, co utwierdza mnie w jego autentyczności.
Jestem z natury krytyczny i nie wierzę każdemu słowu. Chcę wszystko sprawdzić, aby było wiarygodne dla mnie osobiście. A to, co przeżyłem, jest dla mnie bezsprzecznie wiarygodne.
Próbowałem odzyskać ten stan za pomocą hipnozy i medytacji. Odnosiłem sukcesy.
Były momenty, gdy czułem, że jestem na granicy powrotu. Ale wtedy pytałem siebie: "Czy naprawdę tego chcę?
Czy chcę wracać do tamtego momentu w moim ciele?" Wtedy, na stoku, udało mi się to. I pomyślałem, że skoro wtedy się udało, to w przyszłości też będzie to możliwe.
To była gra umysłowa. Moje życie zmieniło się po tym doświadczeniu. Zmieniłem się i ja.
Nękało mnie coraz więcej pytań bez odpowiedzi, paliło mnie pragnienie wiedzy.
przekroczyć granicę strachu
Zajęło mi od sześciu do ośmiu miesięcy, by w pełni przetrawić to, co się stało. Jak mogłem widzieć człowieka stojącego za mną? To było niemożliwe!
Czy to doświadczenie otworzyło mnie na kwestie duchowe? Z pewnością. Ten proces – przetrawiania, zrozumienia, uświadomienia sobie – to był czas poszukiwania.
Znalazłem odpowiedzi na wiele pytań, bez konieczności dogłębnych badań. Szukałem też naukowych wyjaśnień, które do pewnego stopnia istnieją.
Ale w pewnym momencie nauka przestaje być w stanie to udowodnić. Nie jeszcze, powiedziałbym.
Nie wiem, jak daleko posunęły się badania, ale dla mnie osobiście znalazłem odpowiedzi, które miały sens.
Wiele rzeczy stało się dla mnie łatwiejszych do zaakceptowania. Zrozumienie dla innych ludzi, większa wrażliwość, słuchanie. Czy boję się śmierci?
To kolejne pytanie, ale myślę, że czasami życie bywa straszniejsze niż śmierć. Oczywiście, myślę o śmierci.
Ale jest ten próg, gdzie coś we mnie, bardzo subtelnie, mówiło: "Nie jeszcze." I to nie była moja świadomość, która to mówiła. Mogę więc jasno odpowiedzieć: nie, nie boję się śmierci.
To doświadczenie dało mi spokój i pewność, że to nie jest koniec, a jedynie przejście, którego nie należy się obawiać, ale traktować jako część podróży.
Wewnętrzny głos, który kiedyś ostrzegał, teraz stał się przewodnikiem, szeptem innej świadomości, która uczy mnie żyć pełniej i bez lęku.
Komentarze
Brak komentarzy. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz