Pamiętam dokładnie ten dzień, 23 lutego 2013 roku – moje piętnaste urodziny minęły, ale ja czułem się tak, jakbym skończył żyć o wiele wcześniej.
Butelka z tabletkami leżała przede mną, obietnica ucieczki od bólu, który nękał mnie od wczesnego dzieciństwa, od wyzwisk, od ciągłego poczucia bycia kimś niechcianym i przeklętym.
Co wydarzyło się potem, na zawsze zmieniło moje postrzeganie życia i śmierci, otwierając drzwi do niezwykłego doświadczenia bliskiego śmierci.
Kiedy połknąłem ostatnią pigułkę, ogarnął mnie palący, nieznośny ból w nerkach — jakby ogień rozprzestrzeniał się po całym ciele, ściskając mnie z każdej strony.
Krzyknąłem, a raczej zdołałem wydobyć z siebie jedynie ciche westchnienie, w którym z jakiegoś powodu zabrzmiało imię: „Jezus”.
Nie dlatego, że byłem wierzący, nie dlatego, że szukałem ratunku w kościele, który nauczył mnie jedynie nienawiści do samego siebie; to było raczej rozpaczliwe zawołanie, niczym odruchowe „o Boże”, gdy ludzkie cierpienie osiąga swój szczyt.
I wtedy, w jednej chwili, wszystko się zmieniło. Ciało, ten worek pełen bólu i ran, stało się nagle odległe, jakby obce.
Właśnie wtedy, w mgnieniu oka, poczułem, jak moja świadomość odkleja się od fizycznej powłoki, unosząc się lekko i bez wysiłku.
Patrzyłem na swoje nieruchome ciało z góry, widziałem rozlaną na dywanie kałużę łez, które jeszcze przed chwilą płynęły z moich oczu.
Odczuwałem jednocześnie dziwną dwoistość: byłem tam, patrząc na siebie, a jednak byłem też tu – w miejscu absolutnie nowym, olśniewająco pięknym, choć jeszcze nie pojmowałem jego natury.
To nie był ciemny tunel, jak często słyszy się w relacjach NDE, lecz raczej przestrzeń rozświetlona niespotykanym, promieniującym bielą blaskiem, tak odmiennym od ziemskiego światła, że brakuje mi słów, by go opisać.
Wydawał się być czystą, skoncentrowaną esencją jasności, która przenikała każdą komórkę, każdy skrawek mojego nowo odkrytego „ja”.
Czułe objęcia w bieli: Czy piekło naprawdę nie istnieje?
W tym świetlistym pokoju, który wydawał się nie mieć granic, poczułem się delikatnie objęty przez dłonie.
Były silne, ale nie przytłaczające, emanowały ciepłem tak intensywnym, że rozlało się ono po całym moim istnieniu, zastępując każdy milimetr wcześniejszego bólu.
Wiedziałem, że to On – Jezus, choć Jego postać była inna niż ta, którą przedstawiano mi w kościele.
Nie przemówił ustami, ale jego słowa wibrowały bezpośrednio w moim umyśle, czyste i bezgłośne, a ich sens wrył się we mnie na zawsze.
Była to telepatyczna wiadomość, która rozjaśniła mrok lat cierpienia.
„Jesteś tak bardzo kochany. Piekło nie istnieje.”
Te słowa były dla mnie objawieniem, uderzeniem w fundamenty mojego świata. Całe życie słyszałem, że jestem potępiony, że moja odmienność jest grzechem zasługującym na wieczne potępienie.
A tu, w objęciach tej niezwykłej Istoty, czułem miłość tak głęboką, tak bezwarunkową, że moje ziemskie doświadczenia miłości wydawały się jej bladym cieniem.
To nie była tylko euforia; to było coś znacznie więcej – głębia, która dotykała rdzenia mojego istnienia, substancjalność, która sprawiała, że byłem całkowicie scalony. W tamtym momencie byłem cały.
Wszystkie moje problemy, wszystkie rany, całe poczucie odrzucenia – to wszystko po prostu zostało tam, na dole, z moim fizycznym ciałem. Ja byłem lekki, wolny, jakbym nigdy nie dźwigał żadnego ciężaru.
Miałem poczucie, że zachowałem jakąś formę, którą można by nazwać ludzką, ale nie byłem do niej przywiązany; to był wybór, a nie przymus.
Co więcej, mogłem jednocześnie patrzeć na siebie leżącego na podłodze, widziałem każdą spływającą łzę, a jednocześnie byłem w tej niesamowitej świetlistej przestrzeni.
To było niczym doświadczenie bycia wszechobecnym, choć nie w pełni, jakby dusza mogła się fragmentować, istnieć w wielu wymiarach jednocześnie.
Uczyłem się tam, że życie nie jest tylko tym, co widzimy na Ziemi, że moja dusza to coś znacznie szerszego, zdolnego do gromadzenia doświadczeń z niezliczonych miejsc.
Gwiezdna pustka i korzenie istnienia: Czy to ja wybrałem życie?
Nagle, z przestrzeni jasnej i białej, przeniosłem się do miejsca, które przypominało bezmiar kosmosu – nie była to jednak straszna, zimna próżnia, lecz aksamitna czerń usiana miliardami diamentowych gwiazd.
Ta sceneria nie wydawała się negatywna, wręcz przeciwnie: była symbolicznym, pocieszającym gestem, bo od dziecka fascynowałem się kosmosem.
Uczucie bycia „u siebie” było tak intensywne, że wszelkie próby opisania go słowami wydają się daremne. W tej pięknej, gwiezdnej przestrzeni zobaczyłem grupę istot otaczających świetlistą kulę, która, co natychmiast rozpoznałem, była moją własną duszą.To było niczym oglądanie filmu, w którym zobaczyłem samego siebie w innej formie, zanim jeszcze narodziłem się na Ziemi. Uświadomiono mi, że to ja, w tej pierwotnej postaci, dobrowolnie zgłosiłem się, by przyjść na Ziemię.
Ta koncepcja była dla mnie kompletnie obca; wychowany w surowym chrześcijańskim domu, gdzie ojciec był pastorem, nigdy nie uczono mnie o reinkarnacji czy świadomym wyborze inkarnacji.
Słyszałem siebie, tę kulę światła, początkowo odmawiającą, lecz ostatecznie zgadzającą się na ziemską podróż.
Nie potrafię tego ująć w słowa, ten natłok miłości, ta głębia, ta substancjalność. To było jak powrót do domu, którego nigdy nie miałem.
Błękitna istota i kontrakty duszy: Co kryje kosmiczny plan?
Podróż trwała, choć czas w tamtym wymiarze wydawał się nie istnieć, wszystko działo się jednocześnie – przeszłość, teraźniejszość i przyszłość splatały się w jeden wielki gobelin.
Przeniesiono mnie do miejsca, gdzie dominował kolor, którego nie potrafię opisać ziemskimi słowami; mieścił się gdzieś w spektrum błękitu, ale był to błękit wibrujący, żywszy i głębszy niż cokolwiek, co kiedykolwiek widziałem.
To doświadczenie było niezwykle osobiste, bo błękit był moim ulubionym kolorem od najmłodszych lat.
W tej niezwykłej barwie pojawiła się wysoka, błękitna postać, która po prostu na mnie patrzyła. Czułem, że ją znam, choć nie miałem żadnych ziemskich wspomnień z nią związanych; było to jak rozpoznanie kogoś, kogo widuje się w snach, bliskość wykraczająca poza racjonalne zrozumienie.
Dziś wiem, że musiała to być istota z poprzedniego życia, z innej inkarnacji, być może z miejsca, które dla mnie, jako tak zwanego „gwiezdnego dziecka”, jest prawdziwym domem.
Ta istota wlała w mój umysł strumień czystej wiedzy, telepatycznie przekazując mi informacje o bezkresie wszechświata, o niezliczonymi miejscach, gdzie dusze mogą inkarnować, i o istnieniu tak zwanych kontraktów duszy.
To była prawdziwa rewolucja w moim pojmowaniu sensu istnienia.
Dowiedziałem się, że każdy z nas ma w swoim kontrakcie duszy zapisane kluczowe daty.
- Jest dzień, którego nie można przekroczyć.
- Jest dzień, przed którym nie można umrzeć, bez względu na to, jak tragiczny wypadek nas spotka czy ile tabletek połkniemy.
- To jest właśnie dzień, do którego musimy wypełnić swoją ziemską misję, za którą początkowo – jak mi pokazano – ja też się wahałem, ale ostatecznie dobrowolnie wybrałem.
- Jest też data graniczna, której nie można minąć.
- A pomiędzy nimi – dzień, w którym otrzymujemy wybór: czy chcemy zostać, czy odejść.
To wyjaśniło mi, dlaczego mimo mojej desperackiej próby samobójczej i późniejszych, równie groźnych dla życia sytuacji, nadal jestem tutaj. Moja misja nie była jeszcze zakończona.
Uzdrowienie i powrót do świata: Jezus, którego nigdy nie znałem
Z szybkością myśli, która przeczy ziemskim pojęciom czasu, znalazłem się znowu z Jezusem, lecz tym razem czułem, że jestem już w swoim fizycznym ciele, leżącym tam, na podłodze.
Nadal byłem objęty tym samym, wszechogarniającym ciepłem i miłością, którą poznałem po drugiej stronie.
Widziałem Go wyraźnie, czułem Jego obecność, a telepatyczne słowa ponownie rozbrzmiały w mojej głowie, niosąc ulgę i absolutne potwierdzenie. Jezus powiedział mi ponownie, bym nie bał się piekła i mojej tożsamości.
„Piekło nie istnieje. Nie pójdziesz tam. Jesteś w porządku. To, że jesteś gejem, nie czyni cię ani gorszym, ani lepszym.
Wiele rzeczy zostało zaplanowanych i wybranych w twoim kontrakcie duszy.”
W tamtej chwili, gdy te słowa wniknęły we mnie, poczułem, jak potworny ból w nerkach, który jeszcze przed chwilą mnie unicestwiał, nagle odpływa – niczym fala cofająca się od brzegu, pozostawiając za sobą tylko gładką, spokojną powierzchnię.
Moje ciało było całkowicie uzdrowione, nie było śladu po tabletkach, po bólu, po żadnym cierpieniu. Nie musiałem jechać do szpitala; wszystko, co było popsute, zostało naprawione.
Jezus, którego poznałem w tym doświadczeniu, nie miał nic wspólnego z surowym, oceniającym Bogiem, którego przedstawiano mi w kościołach.
To była istota promieniująca miłością, mądrością, niczym potężny jogin, istota w pełni przebudzona, tak niesamowita, że brakowało mi słów.
To on pomógł mi zrozumieć, że siła wyższa mnie nie nienawidzi, że na drugiej stronie nie ma nienawiści, jest tylko i wyłącznie miłość.
Życie jako świadomy wybór: Co naprawdę oznacza wolna wola?
Od tamtego momentu nic już nie było takie samo. Śmierć przestała być dla mnie końcem; nazywam ją teraz przejściem, bo dosłownie nie umieramy, a jedynie opuszczamy swój ziemski „awatar”.
Po drugiej stronie panuje absolutna wolna wola – możesz inkarnować ponownie, możesz pozostać, możesz wybrać dowolną ścieżkę.
To uczucie wolności nie jest czymś, co mi powiedziano, ale czymś, co głęboko odczułem w każdej komórce mojego bytu. Wiele z wiedzy, którą tam otrzymałem, ujawniało mi się stopniowo, w odpowiednim dla mnie czasie, bo tak było zaplanowane.
Wiedza o tym, że to ja wybrałem przyjście na Ziemię, to, że jestem tu dobrowolnie, uratowała mi życie niezliczoną ilość razy.
Ta świadomość, że to ja sam, moja dusza, podjąłem decyzję o przyjściu na Ziemię i że miałem w tym konkretną misję, wielokrotnie uratowała mi życie.
Pomogła mi zakotwiczyć się w rzeczywistości, dawała motywację i siłę, by iść naprzód, nawet gdy wokół panuje chaos, a ja czuję głębokie rozgoryczenie.
Mówiłem sobie wtedy: „Wierzę w moje wyższe ja. Ono wiedziało, co robi. To nie jest kara”.
To było dla mnie kluczowe, bo całe moje dzieciństwo było nieustannym pasmem kar i osądów.
Dziś żyję swoim marzeniem, a bez tamtego doświadczenia, bez tej fundamentalnej prawdy o wolnym wyborze, nigdy bym tu nie dotarł, nigdy bym nie zrozumiał.
Moje doświadczenie bliskie śmierci wciąż mnie wzbogaca, jest dla mnie nieustannym źródłem siły i mądrości.
Druga strona jest piękna, a każdy z nas jest nieskończenie ważny, ma znaczenie i jest tak bardzo kochany.
Nawet jeśli tego nie czujesz, zapewniam cię, że istnieją siły, które cię wspierają, które ci kibicują. Twoi bliscy, którzy odeszli, są po drugiej stronie i tak, z pewnością ich jeszcze zobaczysz.
Nie odeszli na zawsze, nigdy nie odchodzą. Śmierć nie jest niczym, czego należy się bać.
Jesteś kochany – bez względu na to, kim jesteś, jaką masz orientację, jak się identyfikujesz. Poza tym ciałem nie ma niedoskonałości; jesteś po prostu kochany taki, jaki jesteś.
Jeśli mogę przekazać jedną, najważniejszą rzecz z mojego doświadczenia, to jest nią ta: Jesteś kochany bardziej, niż kiedykolwiek będziesz w stanie to pojąć. Jesteś tak bardzo kochany.
Komentarze
Brak komentarzy. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz