Słyszałem ten charakterystyczny, piskliwy dźwięk. Płaska linia na monitorze. Śmierć. Lekarze odsunęli się od stołu. Pielęgniarki spuściły wzrok. Dr Steve Dunjey, mój przyjaciel, kolega, ogłosił to, co w takich chwilach jest ostateczne: „Sean nie żyje”. Minęła godzina i dwadzieścia minut od momentu, gdy moje serce przestało bić. Moje ciało było już zimne, jak mi później opowiadano, jak marmur.
Droga do Kambaldy
Był 24 października 2008 roku. Dzień zapowiadał się jak każdy inny. Rutynowa podróż do Esperance na pięć poradni dla pacjentów z cukrzycą. Czterysta kilometrów wzdłuż wybrzeża, ja za kierownicą, obok młoda stażystka, dla której Australia była jeszcze nieodkrytą ziemią. Wszystko zmieniło się w drodze powrotnej. Poczułem lekki dyskomfort w klatce piersiowej. Nic wielkiego, może coś zjadłem – pomyślałem.
Ale lekarz we mnie wiedział, że to nie jest zwykłe niestrawność. Kiedy zaczęły się mdłości, zatrzymałem samochód na poboczu, gdzieś w australijskim interiorze, pośrodku niczego. Powiedziałem stażystce o bólu, a ona, młodziutka, zbladła jak ściana. „Sprawdź mi puls” – poleciłem, to było jedyne, co mogła zrobić w tej sytuacji. Puls wydawał się normalny, ale nie byłem przekonany. Coś było nie tak.
Zadzwoniłem do Sherry, mojej żony, która również jest lekarką. „Sherry, czuję dyskomfort w klatce, nie jest dobrze. Jesteśmy 80 kilometrów od Kalgoorlie, właśnie skręcam do Kambaldy”. Jej głos w słuchawce był pełen troski. Pytała o ból, ja zapewniałem, że dam radę dojechać do szpitala. Plan był taki, że ona zawiadomi dr. Pravina Shetty'ego, mojego kolegę. Do zobaczenia w szpitalu – powiedziała.
Ale miałem silne przekonanie, że muszę zatrzymać się w klinice w Kambaldzie, niewielkim miasteczku górniczym. I to była decyzja, która uratowała mi życie, albo przynajmniej opóźniła nieuniknione.
Diagnoza: Moje serce. Mój koniec?
Kiedy weszliśmy do kliniki, było około pierwszej po południu. Lekarza nie było – wyszedł na lunch. Ale recepcjonistka i pielęgniarka, usłyszawszy, kim jestem i co mi dolega, natychmiast wykonały EKG. To było niezwykłe; jako pacjent nigdy nie dostajesz do ręki własnego EKG. Ale ja byłem i pacjentem, i lekarzem. Spojrzałem na ten wykres. Odczytałem go natychmiast. Odcinek ST uniesiony w odprowadzeniach II, III i aVF.
Zawał mięśnia sercowego ściany dolnej. Właśnie w tym momencie, patrząc na swój własny zapis, poczułem prawdziwy strach. Nie patrzyłem na EKG kogoś innego. Patrzyłem na własne życie, ulatujące mi przez palce. To było surrealistyczne. Ból narastał, stał się potworny. Poprosiłem, by zadzwonili po lekarza, który wyszedł na lunch. Kiedy w końcu się pojawił, młodszy ode mnie, spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
„Sean, masz tylko 39 lat, niemożliwe, żebyś miał zawał. To pewnie niestrawność”. Wiedziałem, że próbował mnie uspokoić, ale ból był zbyt realny, a ja byłem coraz bardziej zestresowany. Przenieśli mnie do pokoju reanimacyjnego, podłączyli do monitora. Morfina nie pomagała. Ból wciąż był potworny. Sherry zadzwoniła. Stażystka odebrała. „Sherry, jestem w Kambalda Health Center. Zrobiłem EKG, mam zawał serca”.
Jej krzyk musiał być słyszalny przez telefon. „Przywiozą mnie karetką, nie jedź tutaj, nie martw się”. Próbowałem ją uspokoić, ale wiedziałem, że to kłamstwo. Nie było żadnych gwarancji. Patrzyłem na monitor – tętno rosło, ciśnienie rosło. To była ostatnia rzecz, jaką pamiętam. Potem była pustka.
Trzynaście wyładowań. Płaska linia.
Pamiętam, że zapadłem w niebyt. Później dowiedziałem się, że miałem napad drgawkowy, a potem zatrzymanie akcji serca. Natychmiast rozpoczęto reanimację. Moje serce przeszło w migotanie komór, chaotyczną aktywność elektryczną, gdzie krew nie jest pompowana, tylko serce „drży”. To jest śmierć kliniczna. Celem defibrylatora jest wstrząśnięcie serca, by przywrócić jego normalny rytm. Protokół mówi jasno: szok, dwie minuty RKO, analiza rytmu.
Jeden, dwa, może trzy szoki. Czasem więcej. Ja dostałem trzynaście. Trzynaście razy próbowano przywrócić mi życie w ciągu 48 minut. W międzyczasie, mój mózg umierał. Cztery minuty to początek, dwadzieścia to nieodwracalna śmierć. A ja leżałem tam, martwy, przez 48 minut.
„Pamiętam, jak słyszałem, że 'próbowali, próbowali', a ja ciągle mówiłem, 'Próbujcie dalej, próbujcie, jedziemy!'”
Moja żona, Sherry, była w drodze. Dr Shetty, Ben Ansell, inni koledzy. Wiedzieli, że to beznadziejne. „Trzynaście szoków i zero odpowiedzi”. Moje migotanie komór przeszło w asystolię – absolutną, płaską linię. Moje serce po prostu umarło. Dr Dunjey, jadący do mnie z Kalgoorlie, był przekonany, że jedzie po zwłoki. Myślał, że zmarnuje czas. Jak powiem Michaelowi, że stracił ojca? – takie myśli kołatały się w głowie mojej żony. Byłem trupem.
Cud na kolanach
Kiedy Sherry weszła do kliniki w Kambaldzie, lekarze stali już z boku. Tylko jeden podawał mi tlen. Monitor migotał płaską linią. Moje ciało było białe, zimne. Dr Dunjey złapał ją za rękę i powiedział: „Sherry, przykro mi, Sean odszedł. Możesz się pożegnać”. Moja żona, lekarka, wiedziała, co to oznacza. Ale w samochodzie, jej ojciec, głęboko wierzący człowiek, powiedział jej: „Idź i módl się”. Sherry trzymała moją zimną dłoń. Nie miała wiary, ale postanowiła posłuchać.
„Boże, on ma tylko 39 lat. Ja mam 38. Mamy dziesięcioletniego syna. Potrzebuję cudu.”
Klęknęła przy moim łóżku i zaczęła się modlić. To było tak, jakby jej słowa były zapalnikiem. Usłyszeliśmy westchnienie. I w tej samej chwili, monitor zaczął wydawać ten upragniony dźwięk. Pik, pik, pik. Zdezorientowana, myślała, że to złudzenie. Ale hałas narastał, pielęgniarki i lekarze rzucili się do pracy. Moje serce zaczęło bić, nieregularnie, ale bić! Nie mogli mnie wysłać do kostnicy. Musieli mnie reanimować ponownie.
Otworzyłem oczy. Powiedziałem: „Ruszać się! Ruszać się!”. Sherry, patrząc na monitor, zrozumiała: serce Seana wróciło. To było coś wyjątkowego. Niesamowite uczucie, gdy puls powraca. Mój Boże, to był cud. Dosłownie.
Powrót z otchłani
Mimo powrotu pulsu, byłem w tragicznym stanie. Różowa piana wychodziła mi z rurki intubacyjnej, dostawałem ogromne dawki adrenaliny. Dr Dunjey powiedział Sherry: „Musimy go zabrać do Kalgoorlie. Prawdopodobnie i tak umrze”. Plany przewiezienia mnie do Perth zostały pokrzyżowane przez potężną burzę gradową, która uziemiła samoloty. Kalgoorlie to szpital regionalny, nie ma tu pracowni hemodynamicznej. Jedyną opcją był lek rozpuszczający skrzepy.
„Prawdopodobnie go zabije” – powiedział Dunjey. Moja żona, z wiarą w sercu, odparła: „Bóg uczynił cud. Wierzę, że Sean będzie żył. Zróbmy to”. Ona była jedyną osobą, która wierzyła. Lekarze podali mi lek. I wtedy stało się coś, co wprawiło ich w osłupienie: moje serce zaczęło bić silnie, regularnie. Kiedy w końcu udało się przetransportować mnie do szpitala Royal Perth, byłem w śpiączce, z uszkodzonymi nerkami, wątrobą, mózgiem.
Medycznie rzecz biorąc, byłem martwy mózgowo. Lekarze mówili Sherry, że to straszna tragedia, że pewnie będę warzywem. Jak mogłaby pogodzić się z koniecznością odłączenia mnie od respiratora? To była jej udręka. Ale modlitwy płynęły z całego świata. Moi przyjaciele, koledzy, moja rodzina, wszyscy się modlili.
W niedzielę 26 października, ciotka Sherry z Indii zadzwoniła z wiadomością od pewnej kobiety: „Sean otworzy oczy tej nocy, zanim pójdziesz spać”. Sherry uznała to za absurd. Ale dr Christine Jeffries-Stokes, pediatra, która odwiedziła mnie, zaczęła ze mną rozmawiać, tak jak rozmawia się z dziećmi w śpiączce. „Sean, jesteś tam?”. I wtedy to się stało. Moje powieki zadrżały. „Sean, jeśli mnie słyszysz, ściśnij moją rękę”.
Ścisnąłem. Krzyknęła. „Jeśli mnie słyszysz, otwórz oczy”. I otworzyłem je, na kilka sekund, ale otworzyłem. Sherry popłakała się z radości i niedowierzania. To było jak spełnienie proroctwa. Następnego dnia ruszyłem rękami i nogami. Moje nerki i wątroba zaczęły pracować. W środę usunięto mi rurkę z gardła i zacząłem samodzielnie oddychać. Moje pierwsze słowa? „Co ja tu robię?
Mogę zobaczyć moje EKG i ABG (gazometrię krwi tętniczej)?”. Pielęgniarka mało nie zemdlała. To było tak „po mojemu”, tak medycznie, tak racjonalnie. Mój mózg był w 100% normalny. To było medycznie niemożliwe. Wszyscy byli w szoku. „Cudowny człowiek opuścił szpital” – mówili, gdy po 13 dniach wyszedłem do domu. W mniej niż dwa miesiące wróciłem do pracy jako szef oddziału. To było bezprecedensowe. Nikt nigdy nie słyszał o czymś takim.
Wybierz życie
Doświadczyłem cudu. Medycyna nie potrafi tego wytłumaczyć inaczej. Mówią, że jestem „cudownym człowiekiem”. I ja w to wierzę. Ta historia to nie jest opowieść o tunelu czy świetlistej istocie w klasycznym sensie. To historia o walce, o ludzkiej determinacji, o bezgranicznej miłości i wierze mojej żony. O powrocie z miejsca, skąd nikt nie wraca. Jestem lekarzem, byłem na czele medycyny ratunkowej, widziałem tysiące zgonów.
I jestem dowodem na to, że czasem zdarzają się rzeczy, które przekraczają wszelkie naukowe wyjaśnienia. To doświadczenie zmieniło moje życie. Dostałem drugą szansę. Nie jestem kimś wyjątkowym, ale Bóg usłyszał moje wołanie. Dziś moje przesłanie jest proste, ale głębokie: Proszę, zastanów się, co robisz ze swoim życiem. Najważniejsza decyzja, jaką kiedykolwiek podejmiesz, dotyczy tego, gdzie spędzisz wieczność. Pokornie proszę, wybierz życie.
Wybierz życie z Bogiem. Życie jest trudne, pełne wyzwań, ale my jako rodzina wybraliśmy życie dla Boga. Wierzę w wieczność i pragnę, by każdy z nas, po tym ziemskim pielgrzymowaniu, znalazł się w niebie. I za to modlę się codziennie. Amen.
Komentarze
Brak komentarzy. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz