Wszystko zaczęło się w 2014 roku. Miałem wtedy sześćdziesiąt lat, a w moim ciele, tak zwyczajnym i przewidywalnym do tej pory, nagle wyrosło coś obcego, coś śmiercionośnego.
Dwudziestojednucentymetrowy zakrzep krwi – niczym długie ostrze, wbite w komorę mojego serca. Musiał zniknąć. Natychmiast.
To wydarzenie, będące moim pierwszym bliskim spotkaniem ze śmiercią, zapoczątkowało niezwykłą podróż, która na zawsze zmieniła moją perspektywę. Pamiętam, że operacja w Klinice Kardiologicznej miała trwać cztery godziny.
Wydawało się to wiecznością, ale czym jest wieczność, kiedy czeka się na życie? Niestety, sprawy się skomplikowały. Pojawiły się nieprzewidziane okoliczności, a po tych czterech godzinach nastąpiły kolejne trzy, już pooperacyjne.
Leżałem podłączony do maszyny płuco-serce, która, jak pomyślałem, stała się moim nowym, mechanicznym życiem. Moje własne serce spoczywało. Oddałem mu odpoczynek, a ono oddało mnie – no właśnie, czemu?
Gorączka i marsz w nieznane
Nagle, wbrew logice i medycznej rzeczywistości, poczułem, że jestem gdzieś indziej. Nie w chłodnej sali operacyjnej, nie pod sterylnym prześcieradłem.
Znalazłem się w długiej linii. Jeden za drugim, maszerowaliśmy przez rozległe, płaskie pole. Widziałem ich z góry, jak mrowie, a jednocześnie byłem jednym z nich.
Nie dostrzegałem twarzy, żadnych wyraźnych rysów, ale wiedziałem – czułem – że to są ludzie.
Dusze? Istoty? Może bezcielesne, a może po prostu ja byłem bezcielesny, patrząc na kontury tego, co niegdyś było ludzkie.
Było to dla mnie niezwykle stresujące, wręcz wyczerpujące.
I to nie w sensie fizycznym, bo ciała nie miałem. Było to uczuciowe wyczerpanie. Jak ból, który nie pochodzi z mięśni ani kości, ale z samego jądra istnienia.
I ta gorączka! Rozpalała się powoli, najpierw jako dyskomfort, potem jako nieznośne pieczenie, w końcu jako prawdziwa tortura.
Czułem, jakby płynny ogień wypełniał mnie od środka, dławiąc każdy oddech, choć oddechu przecież nie było. Powietrze stało się gęste i lepkie, jak smolista mgła w letni upał.
Pragnąłem tylko jednego: żeby to się skończyło. Chciałem po prostu umrzeć. Koniec. Żadnych pytań, żadnego cierpienia.
Ale coś mnie powstrzymywało, zamykało mi usta. Nie mogłem wypowiedzieć tego pragnienia. Więc maszerowałem dalej, z innymi, w tej nieludzkiej gorączce.
Głos z pobocza
Z czasem moi współtowarzysze zaczęli znikać. Jeden po drugim, jak cienie roztapiające się w słońcu. A ja szedłem dalej, w tym narastającym żarze, aż w końcu zostałem zupełnie sam.
Tylko ja i ta nieznośna temperatura, która zdawała się wypalać mi duszę. Wtedy, w tej absolutnej ciszy, w której rozbrzmiewał jedynie jęk mojej wewnętrznej walki, odzyskałem głos. Nagle, bez wysiłku, mogłem znowu mówić.
Pierwsze słowa, które wypłynęły z głębi mojej istoty, były proste, niemal dziecięce w swojej prostocie:
Dlaczego, na litość boską, jest tak gorąco?
A głos, wyraźnie męski, spokojny, ale pełen autorytetu, odpowiedział mi z pobocza, gdzieś z boku, jak echo, jak szept wiatru, a jednak tak wyraźny, tak klarowny, że rozpoznałbym go wszędzie:
Abyś się nie udusił. Idź dalej.
To były jedyne słowa. Ale wystarczyły. Poczułem, jakby spadł ze mnie niewidzialny ciężar, który dotąd zamykał mi gardło. Niesamowita ulga.
Wrota do ukojenia
I wtedy, w okamgnieniu, pojawił się On. Mój towarzysz. Nie wiem, kim był, jak wyglądał. Pamiętam tylko Jego obecność, Jego kształt, Jego aurę.
Był po prostu ciałem obok mnie, bez twarzy, bez określonego wzrostu czy ubioru. Ale czułem Jego spokój, Jego pewność.
Razem, ramię w ramię, szliśmy dalej, ale tym razem sceneria zmieniła się radykalnie. Szliśmy przez piękny ogród.
To był pierwszy raz, gdy zobaczyłem cokolwiek poza tą płaską, jałową przestrzenią. Zieleń, tak soczysta i świeża, że aż bolały oczy.
Świeży zapach ziemi i tysiąca kwiatów muskał mnie, a chłód obmywał mi skórę, przynosząc ukojenie po męce gorąca. Kierowaliśmy się w stronę ogrodowej bramy.
Była okrągła, jak aureola, i gęsto opleciona kwiatami. Czułem się, jakbym zmierzał do miejsca, które znałem od zawsze, a które nagle odnalazłem.
Kiedy stanęliśmy przed bramą, mój towarzysz objął mnie. Był to gest pełen współczucia i siły jednocześnie.
Poczułem, jakby obejmował mnie trener, który właśnie wpuszcza cię z powrotem na boisko życia. Wtłaczał mnie w nie z powrotem, w każdy zakamarek mojej istoty, dając mi drugą szansę.
I rzekł, aby wszedł przez bramę, a potem wybrał ścieżkę w prawo. Przejście przez te wrota było punktem zwrotnym.
Droga w prawo
Gdy tylko przekroczyłem próg, gorąco ustąpiło. Po prostu zniknęło, jak cień, który nagle zapada w mrok. Poczułem się znacznie lepiej. Lekkość, spokój, uczucie powrotu do równowagi.
Z perspektywy czasu uświadomiłem sobie, że nie doświadczyłem świadomie momentu powrotu do mojego fizycznego ciała, tak jak nie doświadczyłem świadomie przejścia w tę długą linię.
Po prostu tam byłem, nagle, jak obudzony ze snu. Ale to, co działo się po tej bramie, to już było zupełnie inne odczucie.
Odzyskanie siebie. Jakbym ponownie objął swoje jestestwo, które na chwilę gdzieś mi umknęło.
Dużo myślałem o tym później. Dlaczego ja? Dlaczego zostałem odesłany? Czy miałem jakieś specjalne zadanie do spełnienia?
Przecież to nie było tak, że moje życie nagle się zmieniło. Nadal żyję tak samo, jak przedtem. Ale ta refleksja, to drążenie pytań, pochłonęło mi wiele nocy i godzin.
Co oznaczała ta instrukcja, by pójść ścieżką w prawo? Czy to miało wskazać mi właściwą drogę w życiu?
Czy jest za tym jakiś głębszy sens, którego jeszcze nie potrafię odczytać? To pozostaje dla mnie otwartym pytaniem, zagadką, która wciąż pulsuje w mojej pamięci.
Potwierdzenie wiary
Moje spojrzenie na świat nie zmieniło się drastycznie. Już wcześniej, bazując na opowieściach, tradycji i pewnej wewnętrznej wiedzy, wierzyłem w życie po śmierci, a przynajmniej w to, że coś tam jest, że coś istnieje poza tym, co widzialne.
Nie wiedziałem, na jakim etapie byłem wtedy – czy byłem już martwy, czy tylko w drodze do stanu zbliżonego do śmierci. Ale to doświadczenie było dla mnie niczym niepodważalny dowód.
To było empiryczne potwierdzenie czegoś, w co wierzyłem intuicyjnie. Inaczej nie miałoby to sensu, to wszystko, co widziałem.
Elementy, które upewniły mnie w tej wierze, to:
- marsz przez rozległe pole;
- nieznośna gorączka;
- tajemniczy głos z pobocza;
- piękny ogród;
- symboliczna brama.
To wszystko musiało mieć cel. I ten cel, dla mnie, jest jeden: istnieje życie poza tym ziemskim. Moje doświadczenie, choć nie zmieniło mojego codziennego życia, stało się filarem mojej wiary.
Pamięć o tej podróży, o tej bramie i o ścieżce w prawo, jest ze mną każdego dnia. I wciąż zastanawiam się, co jeszcze mam odkryć, idąc tą drogą.
Komentarze
Brak komentarzy. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz