Wszystko zaczęło się od dźwięku. Nie, to nie był początek, ale to był moment, który wyrwał mnie z letargu, z tego dziwnego, bezczasowego zawieszenia. Muzyka umarła. Album The Doors, ta piracka taśma, którą katowaliśmy od rana, nagle zamilkła. W jej miejsce pojawiła się cisza, gęsta i ciężka jak mgła o poranku. I wtedy usłyszałem. Nie uszami, nie w ten zwykły sposób. Słyszałem własne ciało.
Jakby każdy organ, każda tkanka, każdy gruczoł, każda żyła – wszystkie razem grały własną, sekretną pieśń. To była orkiestra wnętrzności. Symfonia bijącego serca, szumiącego w żołądku kwasu, cichych pulsacji gdzieś głęboko w trzewiach. Nigdy wcześniej ani nigdy później nie słyszałem czegoś tak pięknego. Ale ten cud nie trwał długo. Dźwięki zaczęły blednąć, jeden po drugim, wygasając jak świece na wietrze.
Kiedy ostatni ton zniknął, ogarnęła mnie zimna świadomość, że coś jest bardzo, bardzo nie tak. Potem muzyka wróciła. Głośniej, bardziej przenikliwie niż kiedykolwiek. Ten sam piracki album, ale tym razem każdy akord, każda nuta, każdy wokal przenikał mnie na wskroś, jakby cięły mnie fizycznie, choć przecież czułem się... nieczuły. Wstałem. Próbowałem wyłączyć radio, ale moje dłonie przechodziły przez gniazdko, przez przycisk.
Próbowałem otworzyć drzwi, uciec, ale klamka była niczym eteryczna mgiełka. Uwięziony. Złapany w pułapkę. Strach, który wtedy mnie ogarnął, był najbardziej pierwotnym, najgłębszym lękiem, jaki kiedykolwiek czułem. Nie potrafiłem go nazwać, ale wiedziałem, że jestem zagubiony.
Ciało w fotelu, niemy świadek
Czołgałem się, tak, czołgałem się przez korytarz, choć przecież nie czułem podłoża, nie czułem ciężaru. Wszedłem do salonu i wtedy go zobaczyłem. Leżało tam, w dużym, beżowym fotelu, moje ciało. Wyglądało, jakbym po prostu spał, zupełnie spokojny, obojętny na chaos, który mnie ogarniał. To był widok, który zmroził mi krew w żyłach. Jak to możliwe? Jak mogę patrzeć na siebie z zewnątrz? Co to wszystko znaczy?
Panika narastała z każdą sekundą. Nigdy w życiu nie byłem tak przerażony. Całe moje dotychczasowe życie – dzieciństwo pełne wczesnych, brudnych sekretów, lata buntu, narkotyki, alkohol – to wszystko wydawało się nagle bez znaczenia, dalekie. Potrzebowałem pomocy. Wiedziałem to. I wtedy, w tej beznadziejnej chwili, przypomniałem sobie lekcje z katolickiej szkoły, modlitwy, których nauczyłem się w siódmej i ósmej klasie.
Nigdy nie byłem specjalnie religijny, ale koncepcja modlitwy wydawała mi się nagle jedyną deską ratunku. Zrobiłem to. Pomodliłem się. Powiedziałem:
„Boże, proszę, pomóż mi. Nie wiem, co mam robić. Potrzebuję wsparcia, natychmiast.”
I wtedy On się pojawił.
Barwny przewodnik i echo przeszłości
Był istotą. Nie wyglądał jak typowy anioł, nie miał skrzydeł ani aureoli. Miał ludzką postać, kręcone włosy, był trochę wyższy ode mnie, ale jego stopy nie dotykały podłogi; zdawały się zlewać z powietrzem, rozmywać. To, co mnie urzekło, to była tęcza energii, która go otaczała, barwy pulsujące wokół niego, zmieniające się i migoczące. Od razu poczułem się przy nim bezpiecznie.
Wytworzyła się między nami niewytłumaczalna więź, natychmiastowa ufność. Nazwaliśmy się – on nazwał mnie Davidem, ja jemu nadałem imię Bob, bo nasze prawdziwe imiona, te, które sobie nawzajem objawiliśmy, były w innych, nieznanych językach i nie potrafiłem ich nawet zapamiętać. Rozmawialiśmy, ale nie słowami. To była mentalna konwersacja, myśli płynące wprost do umysłu. „Kim jesteś?” – zapytałem.
Odpowiedział, że pracuje dla Boga, ale nie jest Bogiem. „Bóg nie jest tym, za kogo go uważasz” – rzekł, a w jego słowach nie było osądu, tylko czysta informacja. Potem Bob zaczął mi opowiadać. O moim dzieciństwie, o tym, jak jako czterolatek, w tym nowym, pełnym chaosu domu, każdej nocy modliłem się, żeby zobaczyć mojego tatę.
Mówił o „śmiesznym wujku” i o wszystkim, co działo się w naszym małym, przepełnionym domku w Warren, gdzie ośmioro dzieci i dorosły gnieździło się w trzech sypialniach. Wiedział o mnie absolutnie wszystko. Każdą myśl, każdy sekret, każde bolesne wspomnienie. To był moment, w którym zrozumiałem, że mogę mu zaufać. Całkowicie.
Podróż poza horyzont: Kosmos i energia życia
„Czego pragniesz?” – zapytał Bob. „Chcę się stąd wydostać” – odpowiedziałem natychmiast, wskazując na dom. I nagle byliśmy na zewnątrz. Nie wyszliśmy drzwiami. Po prostu przeszliśmy przez ściany, przez wszystko, co fizyczne, bez żadnego wysiłku. Staliśmy na podjeździe, a Bob zapytał: „Gdzie chcesz iść?”. „Nie wiem, gdziekolwiek” – odparłem. Pomyślałem o piramidach, o Siedmiu Cudach Świata.
I tak po prostu, w jednej chwili, znaleźliśmy się w Egipcie. Widziałem piramidy takie, jakie są teraz, i takie, jakie były w czasach swojej świetności – oba obrazy nakładały się na siebie, tworząc niezwykłe, ponadczasowe wrażenie. Potem lataliśmy. Szybując nad Pacyfikiem, nad Oceanem Indyjskim, nad Indiami, nad wszystkimi krajami, które mieniły się pod nami niczym żywa, oddychająca mozaika.
Widziałem energię emanującą z każdej nacji, każdy kraj miał swój unikalny kolor. „Dlaczego są tak różne?” – zapytałem Boba. „To energia planety” – odpowiedział. – „Taka sama, jaka zasila piramidy i inne święte miejsca”. Kiedy znaleźliśmy się nad Stanami Zjednoczonymi, nad Kalifornią, energia była inna. Dzika, trudna do opisania, zupełnie odmienna od reszty świata. Widziałem też byty, takie, które nazywamy duchami, błąkające się po miastach.
Bob wyjaśnił, że to istoty, którymi stajemy się po zakończeniu ziemskiego życia. Widziałem też inne pary, takie jak my, unoszące się w powietrzu. Chciałem zobaczyć całą energię planety naraz. I tak znaleźliśmy się na Księżycu. Z tej perspektywy Ziemia była oszałamiająco piękna. To był ten sam błękit, który znamy ze zdjęć, ale spotęgowany, nasycony. A do tego dochodził dźwięk.
Taki sam, jak te cichnące tony, które słyszałem w sobie, zanim opuściłem ciało. To było wspaniałe, ale jednocześnie ogarnął mnie smutek. Widziałem, co robiliśmy i nadal robimy tej planecie, jak niszczymy jej naturalną energię. Poczułem się zaszczycony, że mogę to widzieć, ale też głęboko zaniepokojony ludzkością. Myśl o gwiazdach. „Pokażę ci jedną” – rzekł Bob.
Podróżowaliśmy przez kosmos z niewyobrażalną prędkością, mijając wszystkie planety naszego układu słonecznego. Każda z nich wibrowała tą samą energią co Ziemia. I każda miała swoje „miasta duchów”, pełne dusz. Bob wyjaśnił, że każda planeta ma swój cel, swoje lekcje do nauczenia: miłość, wojna, współczucie. Chciałbym pamiętać je wszystkie.
W końcu dotarliśmy do miejsca, które z daleka wyglądało jak gwiazda, ale z bliska okazało się wirującą czarną dziurą z hipnotyzującym, niebieskim wnętrzem. Czułem silne pragnienie, by tam wejść. „Mogłem tam żyć” – pomyślałem. Ale Bob powiedział: „Nie jesteś jeszcze gotowy”.
Bóg, Miłość i Przegląd życia
Zapytałem Boba o Boga. „Co to jest Bóg?” – chciałem wiedzieć. „Bóg jest wszystkim, co widzisz wokół siebie. Jest we wszystkim: w każdej osobie, w każdym przedmiocie, w każdym żywym stworzeniu. To nie jest osoba siedząca na tronie i wymierzająca kary. Bóg to energia leżąca u podstaw wszystkiego” – odpowiedział. To miało dla mnie sens. Widziałem przecież te wszystkie energie wokół nas.
Ten obraz Boga był mi o wiele bliższy niż to, czego uczyli w kościele. A Jezus? Bob powiedział, że Jezus jest wielkim mistrzem, który pomaga innym, i że istnieje wielu innych takich mistrzów. Ponieważ znałem Jezusa, to jego mi pokazano. Zobaczyłem go. Wyglądał dokładnie jak na obrazach z kościelnej szkoły. Ale jego postać trwała tylko chwilę, ledwie sekundę, zanim przeistoczyła się w czyste, oślepiająco białe światło.
Ogarnęło mnie to światło, otuliło mnie, a ja czułem się, jakbym był w jego wnętrzu. Jezus wyczuł moje emocje, smutek związany z ludzkością i Ziemią. I wtedy powiedział jedną rzecz, która wryła mi się w pamięć:
„Powiedz wszystkim, aby kochali się nawzajem, a wszystko będzie dobrze.”
Gdy odszedł, znowu ujrzałem wszystkie planety. Tym razem ustawiły się w idealnej linii, a każda z nich emanowała swoją własną aurą, swoim własnym dźwiękiem. Kiedy wszystkie te dźwięki połączyły się w jeden, stworzyły tę samą, cudowną symfonię, którą słyszałem, opuszczając własne ciało. Zrozumiałem. To była moja energia. Ich energia. Energia wszystkiego. To było absolutnie piękne i wiedziałem, że to jest słuszne, że tak właśnie powinno być.
Później, z Bobem, dotarliśmy do miasta w chmurach. Były tam budynki – jeden jak duży dom z Kalifornii, drugi, ogromny, piętrowy gmach z białymi ścianami i brązowymi, drewnianymi ramami okiennymi. Weszliśmy do domu, gdzie widziałem cztery duchy, które były zaniepokojone moją obecnością. Wiedziały, że nie powinienem tam być. Poszliśmy więc do dużego budynku. Bob otworzył podwójne drzwi ze złotymi klamkami i weszliśmy do środka.
Po lewej stronie stała drewniana ławka. Bob wskazał mi ją. „Usiądź tutaj, muszę wejść do środka” – powiedział. – „Zrelaksuj się, nie martw się, wszystko będzie dobrze”. Siedziałem i czekałem. Po chwili Bob wyszedł i powiedział: „Teraz twoja kolej. Wejdź tam. Nie bój się. Bądź szczery. Nie kłam”. Wszedłem do środka i zobaczyłem istoty siedzące wokół stołu. Patrząc na nich, zrozumiałem, że już tu kiedyś byłem.
To nie był mój pierwszy raz. Pokazali mi moje życie. Moje działania, napędzane emocjami. Widziałem wujka Eddiego, moje pijaństwo, narkotyki, kradzieże, wandalizm, kłopoty. Wszystko to przeszło mi przed oczami niczym film. Zapytali: „Czy uważałeś, że byłeś bardziej pozytywny, czy bardziej negatywny?”. Myślałem o kłamstwie, choć Bob ostrzegał, bym tego nie robił. I byłem przerażony, choć też mówił, bym się nie bał.
Wiedziałem jednak, że muszę być szczery. Przyznałem: „Byłem bardziej negatywny”. Wtedy zaoferowali mi wybór: zostać tam, czy wrócić do mojego życia. Błagałem, bym mógł zostać. Ten spokój, to poczucie przynależności – chciałem go. Ale oni nie zgodzili się, kłóciliśmy się. W końcu zostałem wyrzucony do ogrodu, gdzie stała biała kamienna ławka.
Powrót do ciała i szum rzeki zapomnienia
Siedziałem w tym ogrodzie, myśląc, co robić. Jak błagać, żeby mnie zostawili? Wtedy przyszedł Bob, usiadł obok mnie. „Co zamierzasz zrobić?” – zapytał. Powiedziałem mu, że chcę zostać. „To chyba nie jest najlepszy pomysł” – odparł. Wyjaśnił, że jeśli nie nauczę się prawidłowo obchodzić z własną energią, z własnymi emocjami, nie będę w stanie zrobić tego, co muszę.
Zrozumiałem, że chodziło o samokontrolę, o świadome decydowanie, a nie błądzenie na oślep. Rozmawialiśmy długo. W końcu, podjąłem decyzję. „Wracam” – powiedziałem. „Dobra odpowiedź” – odparł Bob. W pobliżu płynęła rzeka. Bob powiedział, że to Rzeka Zapomnienia. Jej wody miały odebrać mi niektóre rzeczy, których nauczyłem się podczas tego doświadczenia – te, których nie wolno mi było nikomu przekazać.
Wszedłem do niej i wyszedłem po drugiej stronie. Tam, w dole, znajdowało się przejście do przestrzeni kosmicznej. Kiedy wyszedłem, zobaczyłem iskrzący szlak, migotliwą ścieżkę. Musiałem wrócić do domu sam. Szedłem za tym światłem. Kiedy dotarłem, stanąłem przy bramie i obserwowałem wschód słońca. Nie mogłem uwierzyć w jego piękno. Ogrzało mi duszę. Wszedłem do domu, tak jak z Bobem – przez ściany, nie przez drzwi. Znowu stałem nad moim ciałem.
Czy naprawdę tego chcę? – pomyślałem. – Mogę iść, gdziekolwiek zechcę. Jestem duchem, właśnie tego doświadczyłem. Ale wiedziałem też, że duch, który nie idzie tam, gdzie powinien – do miasta, które widziałem – w końcu zapomina wszystko. Nie chciałem ryzykować. Wiedziałem, że istnieją też mroczne duchy, które mogłyby mnie zwieść lub skrzywdzić. Postanowiłem wrócić. Położyłem się na moim ciele.
Po prostu się na nim rozpuściłem, wsiąknąłem. Kiedy wróciłem, to był wstrząs. Szarpnięcie, jak uderzenie w twarz, tak szybkie, tak intensywne. I wtedy byłem już całkowicie obudzony.
Montana i nowe życie
Pierwsze, co zrobiłem, to sprawdziłem, czy wszystko działa. Oczy, mózg, uszy, nos, palce u nóg – każda część mnie. Wszystko było na miejscu. Wstałem, podniecony tym, co widziałem i co pamiętałem z niesamowitą dokładnością. Moi przyjaciele leżeli na podłodze, pijani. „Chłopaki, chłopaki, posłuchajcie! Zobaczcie, co mi się stało!” – krzyczałem. Ale oni tylko mruczeli: „Przestań z tymi swoimi szalonymi gadkami. To tylko narkotykowy trip”.
Nie wierzyli mi. Nikt nie chciał słuchać. Moja matka, której próbowałem opowiedzieć o wszystkim, powiedziała tylko: „Nie chcę o tym wiedzieć”. Cały dzień próbowałem mówić, ale ludzie tracili zainteresowanie, albo po prostu mi nie wierzyli. Wróciłem do domu. Przez następne dwa tygodnie nie wychodziłem. Hibernowałem. Nie widziałem się z przyjaciółmi, prawie z nikim nie rozmawiałem.
To doświadczenie było dla mnie najważniejszą rzeczą, jaka kiedykolwiek mi się przydarzyła, a jednocześnie nikt nie chciał tego przyjąć do wiadomości. To mnie złamało. Potem zacząłem zmieniać życie. Dostałem pracę w Taco Bell, potem w warsztacie maszynowym, gdzie pracował mój ojczym. Ale wciąż byłem w tym samym, starym miejscu, z tymi samymi ludźmi. Potrzebowałem czegoś więcej. Potrzebowałem prawdziwej zmiany. Dlatego wyprowadziłem się do Montany.
I to była najlepsza decyzja w moim życiu. To piękne miejsce. Góry mają w sobie specjalną energię, którą czuję, kiedy na nie patrzę. Teraz moje życie jest w większości pozytywne. Pracuję, myję naczynia, ale ludzie mnie lubią, dbają o mnie. Dostałem nawet nagrodę za szkolenie studentów z zagranicy. Polubiłem swoje życie. Wierzę, że to doświadczenie miałem po to, aby dzielić się nim z innymi.
Aby przekazać lekcje o tym, jak traktujemy siebie nawzajem, jakie są konsekwencje, jeśli nie postępujemy z miłością. Jak ważne jest, by dbać o planetę, bo jej energia jest również naszą energią. Mam nadzieję, że moja historia sprawi, że ludzie będą podejmować lepsze, bardziej pozytywne decyzje w swoim życiu. Bo kiedy jesteś dobry dla innych, kiedy miłość jest twoją domyślną reakcją, tworzysz pozytywną energię.
I moim zdaniem, właśnie to pozwoli ci, kiedy nadejdzie czas, pozostać w tym miejscu, które nazwałem miastem duchów. Bo to, czego doświadczysz tam, zależy od tego, co robisz tutaj. Dlatego zawsze powtarzam: uważaj, co zamierzasz zrobić, bo to ma większe znaczenie, niż ci się wydaje.
Komentarze
Brak komentarzy. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz