Tego lata, w 1998 roku, życie toczyło się na krawędzi. Mój ojciec, bogaty biznesmen z Korei, stracił wszystko w azjatyckim kryzysie finansowym. Z dnia na dzień byłem bez pieniędzy, bez domu, rzucony na studia w Pomona College w Kalifornii. Wylądowałem w miejscu, które okazało się centrum handlu narkotykami i nieustannych imprez. Jako buddysta, wierzyłem, że nie ma wyraźnych granic między dobrem a złem; wszystko było częścią drogi do nirwany.
Narkotyki? Po prostu kolejna forma przyjemności, kolejna używka, jak papierosy czy alkohol. Szybko pogrążyłem się w świecie trawki, ecstasy, metamfetaminy. Ale to, co nadeszło potem, było gorsze niż najgłębsza otchłań, jakiej doświadczyłem na ziemi.
Cena za ulgę
To był koniec wakacji, kiedy trafiła mi się „death bowl” – uliczna nazwa śmiertelnej mieszanki heroiny, kokainy i PCP. Pamiętam, jak zapaliłem to świństwo. Mój lęk, zagubienie, panika – wszystko zwielokrotniło się z siłą, której nigdy wcześniej nie znałem. Przez dziesięć dni i nocy nie zmrużyłem oka. Dwustu czterdziestu godzin bez snu. Modliłem się do Buddy o odpoczynek, ale buddyzm i narkotyki to fatalne połączenie.
Piątego dnia spojrzałem w lustro i nie poznałem własnej twarzy. Czysty terror. Moi przyjaciele mówili: „Steve, wyglądasz inaczej. Jesteś zagubiony, zmęczony.” Wiedziałem, że coś jest nie tak, ale nie potrafiłem tego zatrzymać. Ósmego dnia, po powrocie do domu, zacząłem pisać list do matki. Wtedy mnie odwiedził. Był to starzec, wyglądający na Azjatę. Przyszedł do mnie w wizji. Powiedział: „Musisz cierpieć.
Jeśli złożysz siebie w ofierze, oszczędzę ci pięćdziesiąt tysięcy lat w piekle.” To był pakt. Szybko podliczyłem: trzy minuty bólu w zamian za pięćdziesiąt tysięcy lat mniej w piekle? Wydawało mi się, że to dobry interes. W buddyzmie są różne ścieżki – raj, reinkarnacja, piekło. Czułem, że moje przeznaczenie nie będzie dobre, a cierpienie na ziemi było tak intensywne, że ucieczka wydawała się warta każdej ceny.
Dziewiątego dnia planowałem, gdzie i jak to zrobić. Ten starzec nie pojawiał się już fizycznie, ale jego słowa pulsowały mi w głowie. Musiałem się zabić. Wierzyłem, że to uwolni mnie od bólu, który mnie oplatał, i zapewni mniejsze męki w zaświatach.
Tańczący na ostrzu
Znalazłem największy nóż w kuchni. Padłem na kolana. Nigdy wcześniej nie próbowałem samobójstwa. Zastanawiałem się, jak to zrobić, żeby bolało jak najmniej. Czy tak, czy inaczej? Wsadziłem do torby swój buddyjski święty tekst i portfel. „Może będę mógł coś kupić w zaświatach” – myślałem w swojej ignorancji. Diabeł przychodzi, by kraść, zabijać i niszczyć, i właśnie to robił z moim życiem.
Moja biedna matka weszła do salonu, kiedy ja szukałem odpowiedniego kąta. Jej krzyk. Zadzwoniła pod 911. W ciągu kilku minut w pokoju zaroiło się od policjantów z Irvine w Kalifornii – to jedno z najbezpieczniejszych miast w Ameryce, ale chyba nie duchowo. Krzyczeli: „Odłóż nóż!” Ale ja nie mogłem. Azjatycki dziadek mówił: „Teraz albo nigdy!” Wbiłem sobie nóż w brzuch. Przeszedł, ale nie tak głęboko, jak chciałem. Kłułem się raz za razem.
Ból był straszny, ale policjanci już skakali na mnie, psikały gazem pieprzowym, bili pałkami. Dziadek krzyczał: „Szybciej! Szybciej!” Więc poszedłem na szyję. Pamiętam, jak wbiłem sobie nóż trzynaście, piętnaście, może siedemnaście razy. Krew trysnęła, pokrywając cały salon – moja matka opowiedziała mi później, że nie było ani jednego miejsca bez czerwonych plam. Odcięta tętnica.
Walczyłem z trzema, czterema policjantami, ale gdy użyli gazu pieprzowego, puściłem nóż. To było okropne. Leżałem pokrojony, wykrwawiający się. Wyniesiono mnie na noszach, do karetki, wioząc do UCI Medical Center. Wtedy zaczęło się to, co nazywają OOBE – doświadczenie poza ciałem. Wpadałem i wypadałem ze świadomości.
Spadać bez końca
Moje ciało na stole operacyjnym. Widziałem je z góry. Moja matka trzymająca moją rękę. Wpadałem i wypadałem z mojego ciała. Byłem w wieczności, wracałem do świata doczesnego, znowu w wieczność. W pewnym momencie po prostu już nie wróciłem. Zacząłem tonąć, spadać w dół, jak w windzie, która nigdy nie jedzie w górę.
Groza. Tonąłem. Tonąłem. Azjatycki dziadek zniknął. Chciałem go zapytać, co dalej, czy pokaże mi niebo. Ale go nie było. Zostałem sam. Spadałem jak rollercoaster, jak winda bez powrotu. I nagle, z hukiem, wylądowałem. Rozglądnąłem się. Jako buddysta uważałem się za całkiem dobrego człowieka. Sprzedawałem trawkę, ale przecież ktoś musiał. Nigdy nikogo nie uderzyłem. Kłamałem, ale to były „słodkie kłamstwa”, dla dobrego powodu. W moim światopoglądzie byłem wystarczająco dobry, by iść do nieba. Ale tu byłem. W piekle. W miejscu, w które nie wierzyłem.
Kraina bez światła
To miejsce było pozbawione światła. Nie było roślin. Tylko sucha ziemia, spękana. Nie byłem sam. Tłoczyło się tam tak wielu ludzi. Demony nie były małymi stworzeniami, które szepczą pokusy. Były ogromne. Trzy, cztery, pięć pięter wysokie, w płaszczach. Wiedziałem, że to byli bogowie tego miejsca, jego władcy. Nikt nie musiał mi tego mówić, po prostu wiedziałem to nadprzyrodzenie. Na lewo, olbrzymi klif, fioletowe, ciemne skały. Na prawo – to samo.
Nad głową – tylko smolista czerń. Jak to miejsce mogło być tak ciemne? Ból. Ból duchowy, emocjonalny, fizyczny, społeczny. Wszystko zwielokrotnione trzydzieści, sześćdziesiąt, sto razy. To coś, czego żaden człowiek nie powinien doświadczyć. Na ziemi jest choć trochę łaski – słońce, jedzenie, a przynajmniej koniec bólu. Tutaj, w piekle, nie było końca. To był stały ból, wieczna separacja od Boga. Pamiętam, jak łańcuch przechodził przez mój brzuch.
Bolało tak bardzo. Nie można było zapytać nikogo: „jak się masz?” Było się w zbyt wielkiej agonii.
Pierwszy raz w życiu wiedziałem, że jestem grzesznikiem. I że zasługuję na to miejsce.
Po prostu wiedziałem, że jestem złą osobą, że zasługuję tu być. Po drugie, nadprzyrodzenie wiedziałem, że to miejsce będzie na zawsze. Nigdy się stąd nie wydostanę. Z łaski Bożej posmakowałem wiecznej śmierci. Trwało to nie wiem ile. Fizycznie osiem godzin, ale w piekle czułem, jakby minęło piętnaście, dwadzieścia minut. Ból był tak wszechogarniający, że nie patrzyłem ludziom w twarze. Demony nie mówiły, ale przechadzały się, obserwując. Wiedziałem, że będą mnie torturować. Są jak bogowie. Będę tu na zawsze. Teraz rozumiem, że to właśnie o tym piekle mówi Biblia.
Niewypowiedziana modlitwa
W tym czasie, gdy byłem w otchłani, lekarze w szpitalu walczyli o moje życie. Osiem godzin prób reanimacji. Cudem. Moja mama, która do tej pory była zagorzałą buddystką, zadzwoniła do swojej jedynej chrześcijańskiej przyjaciółki – matki dilera, u którego mieszkałem. Buddyjscy przyjaciele? Odmówili pomocy. „Robimy cichą modlitwę w tym tygodniu” – powiedzieli. Moja mama była zszokowana. Zaczęła wątpić.
Czemu Budda nie pomaga jej synowi, który modlił się do niego przez tyle lat? Jej przyjaciółka, pani Kim, z Kościoła Grace Ministries International, powiedziała: „To jest wojna duchowa.” Moja mama nie wiedziała, co to znaczy, ale prosiła o pomoc. Pani Kim wysłała ośmiu pastorów i wstawienników do UCI Medical Center. Modlili się nade mną przez osiem godzin. Modlitwa zmienia wieczne przeznaczenie. Modlitwa przynosi odrodzenie.
Modlitwa zabiera ludzi, którzy powinni iść do piekła, do nieba. Wierzę, że to właśnie modlitwa kierowała rękami lekarzy. Lekarz powiedział mi później: „Steve, to cud, że żyjesz. Musieliśmy wykonać dwie operacje zamiast jednej. Mimo że połączyliśmy wszystkie naczynia krwionośne, twoje tętno i ciśnienie krwi ciągle spadały. Myśleliśmy, że cię stracimy.” Byłem wdzięczny lekarzowi, ale wiedziałem, że to coś więcej niż medycyna. To była modlitwa.
Odzyskać oddech
Tuż przed przebudzeniem miałem inne spotkanie. Nie widziałem Go fizycznie, ale usłyszałem w sercu Jego głos:
Nigdy nie widziałem Jezusa, ale usłyszałem w sercu Jego głos: 'Koniec z narkotykami. Koniec z buddyzmem. Kocham cię, Steve'.
Kiedy otworzyłem oczy, byłem w szoku, że żyję. „O Boże, mam kolejną szansę!” Byłem otoczony przez ludzi, którzy modlili się nade mną. Pamiętam, jak pewna pastor, pełna Ducha, spojrzała mi w oczy i powiedziała: „W imię Jezusa, diabeł niech odejdzie!” Odpowiedziałem: „Nie jestem diabłem!” Powiedziała: „Dobrze, chciałam się upewnić.” Zapytała, co widziałem. Opowiedziałem jej. „Widziałeś piekło” – rzekła. „Tak, myślę, że tak” – odpowiedziałem.
„Nie chcę tam iść.” Kazała mi powtórzyć modlitwę grzesznika. Powtórzyłem. Raz. Drugi. Trzeci. Nie czułem spokoju. „Proszę, czy mogę modlić się jeszcze raz?” – zapytałem. „Modliliśmy się dziesięć razy tego dnia.” Chciałem mieć pewność, że już nigdy tam nie wrócę. Następnie umieszczono mnie na dziesięć dni na oddziale psychiatrycznym. Potem wróciłem do domu na dwa tygodnie. Ale nawet w domu miałem retrospekcje. Byłem tak wyczerpany.
Moje nogi były spuchnięte, brzuch wystawał, blizny krwawiły. Fizyczne wyzdrowienie zajęło mi kilka miesięcy, ale to był tylko początek. Członkowie lokalnego kościoła odwiedzali mnie każdego dnia. Przynosili jedzenie, czytali Biblię. Byłem tak wzruszony ich dobrocią. Ci ludzie, których dopiero co poznałem, poświęcali swój czas. Modlili się osiem godzin, a teraz przychodzili do mojego domu.
Podczas jednej z tych wizyt, pastor spojrzał na mnie i zapytał: „Teraz, gdy Pan cię ocalił, Steve, kim chcesz być?” Nie wiem, jak to powiedziałem, ale odpowiedziałem: „Chcę być pastorem.” Oni powiedzieli: „Bóg cię powołał.” Wypowiadali proroctwa nad moim życiem. Kilka tygodni później pojechałem na Górę Modlitewną Grace w Corona w Kalifornii. Tam, gdzie ludzie modlili się trzy razy dziennie.
Chciałem poznać Ducha Świętego, zagłębić się w tę nową wiarę. To doświadczenie zmieniło mnie całkowicie. Ze ślepego dążenia do nirwany, przez uzależnienie i piekielną otchłań, znalazłem zbawienie i nowy cel. Moje życie, które miało się skończyć w agonii, stało się świadectwem cudu.
Komentarze
Brak komentarzy. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz