Stoję przy maszynie do uginania ramion, zaledwie dwadzieścia powtórzeń za mną. Patrzę na moje przedramiona, bo zaczęły mrowić, zupełnie jakby zasnęły. I w jednej chwili widzę moje ręce, w następnej – jestem gdzie indziej. To było jak przejście przez otwarte drzwi, jak przeniesienie w czasie i przestrzeni, choć nie miałem pojęcia, że moje ciało, to, które znałem, leży już bezwładnie na podłodze. Nie wiedziałem, że umarłem. Ale ja tam, w tym nowym miejscu, nie czułem żadnego strachu, żadnego lęku. Było tylko ciepło, akceptacja, a cisza otulała mnie jak gęsta, aksamitna mgła.
Złoty ocean wszechstworzenia
Unosiłem się. Nie było góry ani dołu, nieba, gwiazd ani galaktyk. Poczułem, jak unoszą mnie i przeszywają fale czystej, energetycznej energii. Przenikały mnie, a moje dłonie – widziałem je, były przejrzyste, jak z najdelikatniejszego szkła – pozwalały im przepływać przez siebie bez najmniejszego oporu. To było jak kąpiel w płynnej miłości. Czujesz, jak coś cię obmywa, oczyszcza, a jednocześnie jest niewidzialne, niematerialne.
Podniosłem wzrok, a tam, przede mną, rozpościerała się ogromna, pulsująca, złocistożółta sfera. Wypełniała całą moją wizję, rozciągała się w nieskończoność. To z niej wypływały te fale, to ona emanowała miłością, powitaniem, absolutną akceptacją.
Była jak dziesięć milionów słońc stłoczonych w jednym miejscu. I mogłem wyciągnąć rękę, dotknąć jej, a mimo to nie czułem najmniejszego przypalenia.
Nie przyszło mi do głowy, że to coś niezwykłego. Po prostu było. Tak dobrze, tak naturalnie. To było gniazdo, źródło wszelkiego stworzenia. Miejsce, w którym wszystko powstaje, zawsze i wszędzie. I wiedziałem, instynktownie, że to tu się narodziłem, że tu narodził się każdy z nas, każda istota. Każdy z nas nosi w sobie to DNA twórczej energii, zabieramy je ze sobą, dokądkolwiek zmierzamy.
Pieśń powrotu do domu
W pewnym momencie dotarł do mnie dźwięk. Na początku myślałem, że to muzyka, ale im bardziej się wsłuchiwałem, tym wyraźniej rozumiałem, że to tony. Wibrowały, a ich rytm współgrał z przepływającymi przeze mnie falami energii. Zinterpretowałem to jako latarnię morską, potężny sygnał. Widziałem inne iskry, podobne do mnie, unoszące się w tej wiecznej przestrzeni, i wszystkie zdawały się dążyć do tego wibrującego dźwięku. To było jak wołanie.
Wołanie do domu. Ten dźwięk, ten blask, ta nieskończona przestrzeń – to wszystko było domem, którego nigdy świadomie nie szukałem, a który teraz, nagle, odnalazłem.
Nieskończoność na wyciągnięcie ręki
Postanowiłem rozejrzeć się, co jeszcze tam jest. Odwróciłem się i zobaczyłem coś, co mogę opisać jedynie jako nieskończoną mnogość wymiarów i wszechświatów, zawieszonych w tej odwiecznej przestrzeni. Wyobraź sobie, że bierzesz wszystko, co wiemy o naszym wszechświecie – miliardy lat świetlnych, planety, gwiazdy, komety – i ściskasz to do rozmiaru pojedynczej kartki papieru. Następnie zawieszasz ją w tej wiecznej przestrzeni.
A potem robisz to samo z kolejnym, kompletnym systemem wszechświata. I stawiasz je obok siebie. Jeden obok drugiego, bez końca, w każdym kierunku, jaki tylko możesz sobie wyobrazić. W pionie, w poziomie, w głąb. Wszystkie te wszechświaty, te wymiary, były zawieszone, a każdy z nich połączony był energetycznym włóknem z pajęczynową matrycą, która otaczała boskiego twórcę. I do każdego z nich płynęło to samo powitanie, miłość, akceptacja i wiedza.
Odwróciłem się i zobaczyłem nieskończoność. Emanacja wieczności działała niczym szkło powiększające – im dalej patrzyłem, tym wyraźniej wszystko się stawało.
Nie dziwiło mnie to. Po prostu czułem: „Wow, to jest naprawdę niezwykłe”.
Powrót – najtrudniejsza podróż
Gdy tak chłonąłem wszystko, pogrążony w zachwycie, tuziny ratowników medycznych i personelu szpitalnego gorączkowo walczyły, by przywrócić do życia moje serce. Minęło co najmniej cztery, pięć minut bez pulsu, bez oddechu – całkowite zatrzymanie krążenia. Gdybym wiedział, co się dzieje, nawet nie mógłbym do nich zadzwonić i powiedzieć: „Nie trudźcie się. Tu jest wspaniale”.
Ale nagle, w mniej niż mgnieniu oka, opuściłem tamten wymiar i znalazłem się z powrotem. Nastąpił drugi szok defibrylatora. Nie jest to żadne „rozruszanie”, to raczej wymazanie całej elektrycznej aktywności, żeby serce mogło się zresetować. I moje serce się zresetowało. Odzyskałem przytomność po ośmiu godzinach. Leżałem na noszach, patrzyłem na zegar na ścianie: ósma. Powiedziałem: „To niemożliwe.
Poszedłem ćwiczyć o jedenastej, czas nie biegnie wstecz”. Usłyszałem, że jest osiemnasta, ale wieczorem. Musiałem zamilknąć, bo nic nie rozumiałem. To było tak, jakbym jedną nogą stał w tej wiecznej przestrzeni, a drugą próbował odnaleźć podłogę w tym świecie. Nic nie miało sensu. Długo zajęło mi pełne zrozumienie tego, co się wydarzyło. Wspomnienia, choć fragmentaryczne na początku, zaczęły się układać w całość.
To, co przeżyłem, jest niezwykle żywe, to nie był sen. Prawie dekadę później mogę odtworzyć całą scenę, odczucia, wszystko. To, co tam zobaczyłem, jest wytatuowane na mojej duszy. Moja żona, Mary, początkowo słuchała moich urywków, niepewna, czy nie oszalałem. Często budziłem się w nocy, szukając „tego złota, tego żółtego koloru”, którego nigdzie nie mogłem znaleźć.
Przewodnik nadziei
Pamiętam, że pewnego ranka Mary zapytała mnie, co powiedziałem zeszłej nocy przez sen. Słuchała uważnie, martwiła się o mnie po zatrzymaniu krążenia. Mówiłem, że „nie wierzę”, a ona zapytała: „W co nie wierzysz?”. Odpowiedziałem: „W to, że wróciłem”. A ona, z cierpliwością, zapytała: „Dlaczego wróciłeś?”. Wtedy powtórzyłem, co mówiłem przez sen: „Kazano mi wrócić, abym był przewodnikiem dla tych, którzy nie mają nadziei”.
Kiedy mi to powiedziała, poczułem, że to jest ta odpowiedź, której szukałem. Lekarze mówili: „Miał pan szczęście. Był pan we właściwym miejscu o właściwym czasie”. Ja wiedziałem, że to coś więcej. Teraz wiedziałem, co. To było moje przeznaczenie. To stało się moją motywacją – pisać o moim doświadczeniu, rozmawiać z ludźmi, z grupami, udzielać wywiadów. Uważam, że to jest to, co mogę zrobić, aby pomóc innym.
Nie czuję się wyjątkowy; po prostu dane mi było niezwykłe doświadczenie. Od tamtego dnia moje życie ma wyraźną linię demarkacyjną. Dało mi to wgląd, którego wcześniej nie miałem, i spokój, którego nigdy nie doświadczyłem. Naszym celem jest akceptowanie i uznawanie boskości w każdym wokół nas, niezależnie od tego, czy go lubimy, czy nie, ponieważ wszyscy jesteśmy częścią tej samej, boskiej istoty, źródła wszelkiego stworzenia.
>A nadzieja jest drogą na naszej życiowej podróży. Nadzieja, o której mówię, to brak strachu przed tym, co nastąpi dalej. To życie, które znamy, nie jest końcem. <a href="/historia/smierc-to-tylko-poczatek-niezwykla-podroz-danielle-slupesky" class="internal-link">Śmierć to tylko</a> przejście od tego, co doświadczamy tu, do czegoś o wiele większego.<
Właśnie to jest ta nadzieja, którą staram się przekazać ludziom – że będziemy trwać, będziemy doświadczać nowych rzeczy przez całą wieczność, bo nasza wewnętrzna esencja, nasz duch, jest częścią boskiego stworzenia. I on nie może zostać zniszczony.
Komentarze
Brak komentarzy. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz