Łazienka, Berlin, dwadzieścia siedem lat na karku. To właśnie tam przeżyłem jedno z moich wstrząsających doświadczeń bliskich śmierci, które było początkiem moich czterech powrotów z tamtej strony.
Mój ojciec stoi na drabinie, ja trzymam się umywalki, drugą ręką podtrzymuję chwiejne szczeble. Ma podłączyć świeżo kupioną podświetlaną szafkę z lustrem, ja wcześniej wywierciłem otwory.
Nagle przeszywa mnie potworny ból, prąd uderza z taką siłą, że wylatuję przez otwarte drzwi łazienki, uderzając plecami o ścianę. Ciemność.
Potem wszechogarniająca, przerażająca cisza. I wtedy... wtedy zobaczyłem swoje ciało leżące na podłodze, a ja byłem wysoko, gdzieś pod sufitem, patrząc w dół. To był pierwszy raz, gdy patrzyłem na siebie z zewnątrz.
Ogarnął mnie ogromny strach, ale nie miałem gardła, aby krzyczeć. Słyszałem za to krzyk mojego ojca: „Żono!
Szybko, zimny okład!” Obserwowałem, jak pędzi do kuchni, a ja, niczym cień, podążyłem za nią. Widziałem, jak chwyta mokrą szmatkę i wraca.
Ojciec, wciąż klęcząc nad moim ciałem, krzyczał do niej, co ma robić, a potem kładł mi ten zimny okład na głowie.
Wszystko było tam, jasne, wyraźne, choć ja byłem gdzie indziej, unosząc się lekko, jakby powietrze było gęste od waty. Czułem się, jakbym wtulał się w chmury.
Błękitne płomienie i szept bez słów
Ta chwila, choć przerażająca, nie była moim pierwszym powrotem. Miałem dziewięć lat, kiedy po raz pierwszy stanąłem na progu.
W Berlinie, w pokoju, miałem akwarium. Nie dla prawdziwych ryb, ale z elektrycznie rzutowanymi obrazami prehistorycznych krabów.
Fascynowały mnie. Ojciec ostrzegał: „Nie zbliżaj się z wodą do gniazdka!” Ale ja chciałem zobaczyć bliżej.
Leżałem na podłodze, zanurzyłem rękę w wodzie, potem... w gniazdku. Huk. I znowu ciemność. Ale wtedy pojawiły się one. Mnóstwo świetlistych istot.
Wyglądały jak płonące świece, błękitnawe od zewnątrz, coraz jaśniejsze ku środkowi. Jak płomienie, ale w ich stożkach światła można było dostrzec ludzką strukturę – bez twarzy, bez dłoni, bez stóp, ale z zarysem ramion i nóg.
Emanowało od nich ciepło, którego nie da się opisać. Było niewypowiedziane, otulające. I wtedy usłyszałem, nie uszami, ale telepatycznie, bezgłośną wiadomość, która rozlała się po mnie niczym ciepły miód:
Nie bój się. Możesz wracać. Jest zdecydowanie za wcześnie, żebyś umarł.
Obudziłem się, leżąc na podłodze, ojciec trząsł mną, a ja powoli wracałem do rzeczywistości, która pachniała metalem i ozonem. Nie wiedziałem, czy to jego wstrząsy mnie ocuciły, czy ta bezgłośna obietnica.
Podwodna cisza i znajome światła
Drugi raz spotkałem je, gdy miałem piętnaście lat. Basen, koledzy. Lubiliśmy nurkować pod nogami, czasem dwa, nawet trzy razy pod rząd.
Jeden z kolegów, dla żartu, gdy nurkowałem po raz drugi, złączył nogi. Zablokowany. Panika. Otwarłem usta, by krzyknąć, ale woda wypełniła mi płuca.
Nie wiem, ile to trwało. Ponownie utraciłem przytomność. Pojawiły się wtedy znajome świetliste istoty – te same stożki światła i analogiczna sytuacja.
Otrzymałem identyczne telepatyczne przesłanie: „Nie musisz się bać, wszystko jest dobrze”. Tym razem nie czułem strachu.
Pamiętałem, jak było za pierwszym razem. Wiedziałem, że wrócę. Czułem się dobrze, spokój ogarnął mnie.
Poczułem się, jakbym wreszcie wrócił do domu, którego szukałem całe życie.
Obudziłem się, gdy ratownik reanimował mnie przy basenie. W tamtych dwóch doświadczeniach nie widziałem siebie z zewnątrz. Byłem po prostu tam, w tej przestrzeni, jasnej jak niebo, ciepłej jak najpiękniejszy sen.
Witaj w domu. Ale ja nie chcę
Wracając do tej łazienki, po trzecim powrocie, było znacznie gorzej. Leżałem bezwładny, z otwartymi oczami, ale nie mogłem się ruszyć ani mówić.
Słyszałem ojca: „Dzięki Bogu, wrócił!” Próbowałem odpowiedzieć, ale z moich ust nie wydobywał się żaden dźwięk.
To sparaliżowanie wprawiło mnie w taką panikę, że zacząłem płakać, bezgłośnie, łzy spływały po skroniach. Ojciec zobaczył łzy. Trwało to wieczność, zanim przyjechał lekarz pogotowia.
Dopiero wtedy powoli zacząłem mówić, najpierw fragmentami, dopiero następnego dnia mogłem budować całe zdania. To było moje najgorsze doświadczenie, bo choć znów powiedziano mi:
To jeszcze nie twój czas. Nie musisz się bać, choć tym razem było źle. Możesz wrócić i żyć normalnie.
– to powrót był tak bolesny i upokarzający. Ale to czwarty raz, 11 stycznia 2000 roku, zmienił wszystko. Urodziłem się wtedy po raz drugi.
Byłem policjantem w Berlinie. Jechałem autostradą A100, kiedy osiemnastolatek staranował mnie od tyłu.
Mój samochód zaczął tańczyć po jezdni. Pchnięty, obrócony, zderzyłem się z wieloma autami, lecąc przez sześć pasów, odbijając się jak kula bilardowa, aż na przeciwległy pas. Po raz pierwszy w życiu zobaczyłem, jak moje życie miga mi przed oczami.
Krótki, szybki przegląd, dokładnie tak, jak ludzie opowiadają. I wtedy znów, znalazłem się tam, w tym samym miejscu, co poprzednio, ale wszystko było jaśniejsze, intensywniejsze.
Było jeszcze więcej istot światła, i pomyślałem, że to być może moi zmarli bliscy. Tym razem nie usłyszałem: „Nie bój się”. Usłyszałem:
Witaj. Jesteś w domu.
To mnie zaskoczyło. Nie spodziewałem się tego. Odpowiedziałem, tak po prostu, z odwagą, która wzięła się z niczego:
Nie chcę. Mam czteroletniego syna, nie mogę go zostawić samego z żoną. Muszę wracać.
Moje życzenie zostało wysłuchane. Powiedziano mi: „Jeśli to twoje pragnienie, możesz wracać, twoje ciało jest wciąż nienaruszone”. Wróciłem.
Ale ten powrót był uderzeniem. Ból był potworny, a ja tkwiłem w płonącym samochodzie. Wtedy, w tamtej chwili, zwątpiłem, czy prośba o powrót była mądra.
Na szczęście, szybko pojawiły się wozy strażackie, ludzie z gaśnicami. Spawali drzwi mojego auta, wyciągnęli mnie razem z siedzeniem.
Usztywnili mi kark, zawieźli do szpitala. Zdiagnozowano złamanie karku, siedem wypadniętych dysków. Byłem sparaliżowany.
Przez pół roku jeździłem na wózku. Powrót do zdrowia zajął mi sześć miesięcy, bym mógł wrócić do służby, a bóle pleców leczyłem przez kolejne trzy lata.
Teraz jest lepiej, dzięki innym lekom, w tym kroplom z medycznej marihuany. Ból zniknął.
Obrazy z serca i nowa misja
Te cztery doświadczenia, a zwłaszcza to ostatnie, wstrząsnęły moim światem. Wychowano mnie na chrześcijanina, ale w młodości Bóg zszedł na dalszy plan.
Były piłka, tenis stołowy, dziewczyny. Po tych przeżyciach, szczególnie po wypadku, wróciłem jednak do wiary z ogromną intensywnością. Moje życie uległo zmianie w wielu aspektach:
- Pracuję w kościele i byłem szkolony na pastora.
- Jestem asystentem w Niemieckim Czerwonym Krzyżu ds. interwencji kryzysowej.
- Nie boję się śmierci i widzę ludzi innymi oczami.
- Staram się dostrzegać w każdym dobro i kocham wszystkich ludzi.
- Od czterech lat pracuję z niepełnosprawnymi dziećmi, w tym z autystycznymi.
- Śpiewam dla nich w klubie „Muzyka niesie uśmiechy” i w hospicjach.
To wszystko daje mi tak wielkie poczucie spełnienia. Dodatkowo, po tych doświadczeniach rozwinął się we mnie pewien talent. Jestem psychologiem i rozmawiam z ludźmi.
Na jednym z seminariów zauważyłem, że gdy patrzę w czyjeś serce – nie tylko w oczy, ale także na ich dłonie, na całą postać – nagle pojawiają się obrazy.
Początkowo byłem zaskoczony. Gdy zapytałem pewną kobietę, czy mogę spojrzeć w serce, a ona pozwoliła, zacząłem rysować to, co widziałem. Konie, ryby, liczby, symbole, które dla mnie nie miały sensu.
Podałem jej kartkę, a ona natychmiast wybuchła płaczem. Wszystko miało dla niej znaczenie. „To szalone” – pomyślałem. Od tamtej pory potrafię spojrzeć w serce każdego człowieka i zobaczyć, co się z nim dzieje.
Czasem widzę wyraźne obrazy – żółtego kanarka z ostrym dziobem – innym razem tylko zarysy, wtedy piszę po prostu: „ptak”. Nie interpretuję, jedynie rysuję to, co mi się ukazuje.
Ktoś może powiedzieć: „Miałem kiedyś papugę, która uciekła i nigdy nie wróciła. To była dla mnie trauma”. Ja sam rzadko rozumiem te obrazy.
Czasem widzę grymasy, wtedy piszę: „Zły grymas, może diabeł”. Te doświadczenia przekonały mnie w stu procentach.
Jest życie po śmierci. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Moja perspektywa na świat, na ludzi, na śmierć – wszystko uległo przemianie.
To tak, jakby ktoś otworzył mi oczy na inną, głębszą rzeczywistość, która jest zawsze obok nas, czekająca, by nas przywitać, gdy przyjdzie nasz czas. I ja już wiem, że to będzie jak powrót do domu.
Komentarze
Brak komentarzy. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz