Czułam, jak chłód wpełza w każdą komórkę mojego ciała. Byłam uwięziona w pokiereszowanym samochodzie, wraku roztrzaskanym o autostradową barierę. Oddech stawał się coraz płytszy, a w ustach czułam metaliczny smak krwi. Strażacy gorączkowo próbowali wyciąć nas z blachy, a jeden z nich, ten o troskliwych oczach, szeptał moje imię: „Nathalie, zostań z nami, Nathalie, zostań!”. Ale ja już wiedziałam.
To był koniec. Czułam, jak życie opuszcza mnie, jak woda z przebitej butelki. Ciepło, ta niezauważalna energia, która sprawia, że czujesz się żywy, uciekała mi przez moje przebite stopy, przez koniuszki palców, odpływała, zostawiając po sobie lodowatą pustkę. Byłam sparaliżowana, zimna jak marmur, a jednak całkowicie świadoma. Umieram. Ale jak to? Czy to już kres? Nie mam czasu. Muszę nakręcić mój film, muszę się wyspowiadać! Panika wbiła mi szpony w serce.
Całe życie odkładałam spotkanie z Bogiem na później, wierząc, że spowiedź jest dla starców, dla tych, co nie mają nic lepszego do roboty. Teraz było za późno. Jeszcze chwilę wcześniej, na autostradzie A13, rozmawiałam z przyjaciółką o Bogu. Ona, ochrzczona, ale kompletnie obojętna, pod wpływem „ducha świata”, który zabrania zakazów i nakazuje cieszyć się życiem bez ograniczeń. „Kto powiedział, że dzisiaj nie jest ostatnim dniem twojego życia?” – rzuciłam jej, patrząc prosto w oczy, kiedy wyprzedzałyśmy ciężarówkę.
W tamtej chwili wszystko było idealnie: popołudnie, żadnego alkoholu, prędkość stu trzydziestu mil na godzinę, lewy pas. I nagle, jak w najgorszym koszmarze, samochód z prawego pasa zajechał nam drogę. Potężny Renault Espace, który nadjechał jak rycząca bestia, uderzył w nasz samochód, rozbijając się tuż za mną. Nasze auto, stary, rozklekotany wóz bez poduszek powietrznych, katapultowało się w powietrze, a potem roztrzaskało o barierę ochronną. Trzy razy widziałam moją twarz niebezpiecznie blisko przedniej szyby.
Wszystko działo się w zwolnionym tempie, jak w tym pięknym filmie z Romy Schneider, „Rzeczy życia” – gęsta, kłębiąca się mgła brutalnej przemocy. Policjanci, którzy przybyli na miejsce, widząc stan naszego auta, myśleli, że wszyscy będziemy martwi. A ja? Ja czułam, jak duszę się krwią. Mój zmarły ojciec, lekarz, którego wiedzę chłonęłam przez lata, podpowiedział mi w myślach: „Córko, reagujesz na ranę. To krwotok wewnętrzny. Płuco przebite złamanym żebrem”. Wiedziałam, że umieram. Pomoc przyszła z opóźnieniem, karetka czekała ponad dwie godziny, a potem znowu, bo w szpitalu trwał strajk.
Spotkanie z Płaczącym Sercem
Nagle, z tym ostatecznym uderzeniem, wyrzuciło mnie z roztrzaskanego ciała. Nie wiem, jak to opisać. To było jak zmiana sceny w teatrze, rzuciło mną jak piórkiem na wietrze. Znalazłam się w miejscu, gdzie zniknęły wszystkie nasze ludzkie kody. Czas, przestrzeń – to wszystko przestało istnieć. Unosiłam się w rodzaju białej, świetlistej chmury, która otaczała mnie z każdej strony. I wtedy Go zobaczyłam. Twarzą w twarz. Jezusa. Miał na sobie białą tunikę, ale nie to przykuło moją uwagę. Jego twarz była zeszpecona cierpieniem, a z oczu płynęły gorzkie łzy.
Nie, nie zastanawiałam się, jakiego koloru ma oczy, czy jest przystojny. To było nieważne. Widziałam Jego ból. Ból tak ogromny, że zdawał się niemal materialny, doznawalny nie tylko wzrokiem, ale całą moją istotą. A potem pokazał mi swoje serce. Dosłownie wyskoczyło mu z piersi, otoczone koroną cierniową, i roniło krwawe łzy. To było Najświętsze Serce, o którym wtedy nic nie wiedziałam. Czułam to cierpienie jak naczynia połączone. Było tak ohydne, tak stężone, że mnie przygniotło. Zapomniałam nawet o strachu przed własną śmiercią, bo Jego ból był nie do zniesienia.
Miłość, którą do Niego czułam, sprawiła, że Jego cierpienie stało się moim. Męka Chrystusa trwa do dziś – ta myśl przeszyła mnie jak strzała. Nie na krzyżu z drewna, ale w Jego sercu, ukrzyżowanym przez naszą obojętność, chłód i grzechy.
Płaczę, bo jesteście moimi ukochananymi dziećmi. Oddałem za was życie, nie wiem, co innego mógłbym dla was zrobić, a w zamian czuję tylko chłód, pogardę i obojętność. Nie ma nic gorszego niż odrzucenie przez osobę, którą kochasz.
Spytałam Go, bez słów, sercem, dlaczego płacze. A On odpowiedział. Ten głos rozbrzmiał we mnie, był uniwersalnym przesłaniem dla całej ludzkości. To, co łamało Mu serce najbardziej, to nie tylko nasze grzechy, ale nasza obojętność wobec Niego, Boga, który stał się człowiekiem i oddał za nas życie. Szczególnie nasza obojętność – nas chrześcijan, którzy przecież wierzą. Cierpienie, które czułam, było równe Jego bezgranicznej miłości i poświęceniu.
Drżenie Miłości Nieskończonej
Po tym wstrząsającym objawieniu cierpienia, poczułam coś zupełnie innego. Jezus pozwolił mi odczuć swoją szaloną miłość do nas. To nie było abstrakcyjne uczucie, ale fizyczne, intensywne drżenie, jak dreszcze, które przechodzą cię, gdy nagle otworzy się okno i wpadnie chłodny wiatr. Ale to były dreszcze miłości. Miłości bezwarunkowej, szalonej, która nie widzi kast ani podziałów. Wszyscy jesteśmy Jego ukochanymi dziećmi. Gdybyśmy tylko to wiedzieli! Życie zmieniłoby się diametralnie. Choć zmagamy się z krzyżami, smutkami i cierpieniami, to świadomość, że On jest z nami, zmienia wszystko. Możemy oddać Mu nasze troski, nasze grzechy, nasze radości, a On to wszystko weźmie i przemieni. Boże miłosierdzie to największe przedsięwzięcie recyklingowe.
Boże miłosierdzie jest największym przedsięwzięciem recyklingowym. On bierze wszystko. Ofiarowujesz Mu swoje radości – On je bierze. Ofiarowujesz Mu swoje cierpienia – On je bierze. Nawet gdy ofiarowujesz Mu swoje grzechy, On oddaje je tobie, a Ty, wzrastając w pokorze, możesz przez ten grzech wzrastać.
W tamtej chwili, w obliczu Jego cierpiącego Serca, poczułam wstyd. „Jaki wstyd umierać teraz, kiedy to wszystko wiem!” – pomyślałam. Zrozumiałam, że miłość to ulica dwukierunkowa, że Bóg, Trójjedyny, sam nie jest samotny, a miłość to ruch, jedność, dawanie i oddawanie. On pragnie naszej odpowiedzi, naszej miłości, nawet błaga o nią nas, biedne, grzeszne owce. I wtedy pojawiło się we mnie palące pragnienie powrotu. „Chciałabym wrócić na Ziemię – powiedziałam Mu bezgłośnie – aby świadczyć o Twojej szalonej miłości i o tym, że czekasz na naszą odpowiedź, a jej brak łamie Ci serce. Chcę wrócić i pocieszyć Cię, powiedzieć tym, którzy Cię ignorują, jak bardzo Cię kocham.”
Trybunał Prawdy nagiej
W momencie, gdy pomyślałam o powrocie, zostałam przeniesiona. To było jak zmiana sceny w teatrze, tym razem przed inną scenerią. Znalazłam się przed czymś, co przypominało superimperialną mównicę, gigantyczną, zaokrągloną, wysoką, spowitą we mgle. Czułam jej majestat, jej potęgę, która przygniatała. To był trybunał. A ja byłam tam na dole, karzeł, przygnieciony przez własne grzechy. O Boże, pozwól mi zagrać dogrywkę! Chciałabym prosić o wybaczenie, naprawić to wszystko! Ale czas dla Boga nie istnieje. Mamy swoje życie na Ziemi, by dokonać wyboru, by się nawrócić.
To wszystko jest poza naszą kontrolą. Wiedziałam, że to mój sąd. Nie mogłam kłamać, stworzyć fałszywego obrazu siebie. Byłam zmuszona zmierzyć się z prawdą o sobie, zobaczyłam siebie taką, jaką naprawdę jestem – nędznikiem, z moimi grzechami. Nie ma tam psychologicznych barier, nie ma małych grzechów. Każde naruszenie Jego woli, Jego prawa miłości, ma swoje reperkusje, za które będziemy musieli odpowiedzieć. To nie jest kwestia „wszyscy tak robią”. To poważna sprawa. Czułam, że ten trybunał składa się z Ojca, Syna i Ducha Świętego. Nie widziałam kształtów, ale wiedziałam. To była Prawda.
I wtedy usłyszałam głos: „Będziesz sądzona z miłości Boga, którą żywisz do Boga, i z miłości twoich braci i sióstr”. To było tak jasne. Wszystko inne to tylko gadanie. Zrozumiałam, że ci, którym wiele dano – a ja miałam łaskę wiary – wiele będzie od nich wymagane. Poczułam panikę, boję się piekła, bo wiem, że nie mam już wymówek. Nie cofniesz się przed Bogiem jak na szkolnym podwórku. Tutaj stajesz przed Nim i twarzą w twarz ze sobą. To bolesne, bezstronne.
Miłość to ulica dwukierunkowa. Sam Bóg jest w trzech osobach, Trójjedyny, nie jest sam. Miłość to ruch, to jedność – daję, oddaję, to sprawia, że rośniemy. Wymaga odpowiedzi, to wszystko.
Powrót w lawie życia
Z chwilą, gdy wypowiedziałam to pragnienie, zostałam przeniesiona. To było nagłe, gwałtowne. Poczułam się, jakby ktoś wrzucił mnie z powrotem do mojego ciała, w tym pokiereszowanym samochodzie, z którego wciąż mnie nie wyciągnęli. Wyskoczyłam z siedzenia, jakby porażona prądem o niewyobrażalnej sile. Złapałam oddech, jakbym wstrzymywała go przez całe godziny. I wtedy stało się coś odwrotnego do poprzedniego chłodu. Czułam, jakby w moje stopy wstrzykiwano wrzący płyn, palący jak lawa. To gorąco unosiło się w górę, wypełniając każdą komórkę, każdy organ. Wiedziałam, że to jest życie.
Prawdziwe, namacalne życie, które wracało do mnie z każdą falą tego palącego ciepła. Nagle przestałam kaszleć krwią, choć od ponad dwóch godzin wykrztuszałam ją bezustannie. Mogłam się ruszyć. Od tamtego dnia nic już nie jest takie samo. Przed wypadkiem, w Paryżu, byłam typową karykaturą modnej artystki – nadwrażliwa, na krawędzi, szukająca miłości w dekadenckim życiu nocnym. Mimo otoczenia ludzi, którzy mnie kochali, pieniędzy i pozornego sukcesu, byłam nieszczęśliwa, wiecznie szukająca czegoś więcej, wypełniająca pustkę. Moja wiara była „dzikim wilkiem”, samotnym.
Dziś wiem, że prawdziwej miłości szukałam w Bogu, w przystojnym Żydzie, jak Go nazywam. Nigdy wcześniej nie doświadczyłam tego „romantycznego spotkania” z Nim, które przewraca życie do góry nogami. Moja przyjaciółka, która chwilę przed wypadkiem powiedziała „Denerwujesz mnie swoim Bogiem”, po tym wszystkim poprosiła o modlitwę. Została bierzmowana, a moja mama została jej matką chrzestną. Utrzymujemy kontakt do dziś. Moje doświadczenie to nie tylko opowieść o śmierci, ale o owocach, jakie przynosi. To świadectwo, które ma na celu pocieszyć Jego płaczące Serce.
Wiem, że Bóg kocha nas szaleńczo, znacznie bardziej, niż możemy sobie wyobrazić. Potrzeba mu tylko naszej dobrej woli, odrobiny wysiłku. I to wystarczy. To doświadczenie dało mi siłę i poczucie, że jestem niezniszczalna. Zrozumiałam, że nie jesteśmy sami, że On jest zawsze obok, by pomóc nam nieść nasze krzyże. A ja? Ja nigdy już nie zapomnę Jego krwawych łez i dreszczy Jego nieskończonej miłości.
Komentarze
Brak komentarzy. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz