Szpitalne sale potrafią być paradoksalnie miejscem, gdzie wbrew intencjom medycyny, umiera nadzieja.
Dla mnie stały się jednak przestrzenią, w której zmartwychwstałam, by zobaczyć to, czego nikt nie powinien oglądać. To był listopad 2006 roku. Przeszłam poważną operację serca.
To wtedy zaczęło się moje niezapomniane NDE (Near-Death Experience).
Kilka dni wcześniej, podczas rutynowego badania, lekarz zobaczył na monitorze coś, co nazwał guzem w lewym przedsionku. Pamiętam, jak świat zawirował, a potem runął. Operacja na otwartym sercu.
Przyjęli mnie jako absolutny przypadek nagły, pędzili autostradą z włączonymi syrenami, a ja, w pełni świadoma, czułam się, jakbym oglądała własne życie z boku, niczym surrealistyczny film.
Po zabiegu spędziłam dobę na intensywnej terapii, potem dwa dni na sali pooperacyjnej.
Hałas, ostre światło, wyczerpanie totalne – tam jeszcze niczego nie czułam, nic nie widziałam.
Dopiero kiedy przeniesiono mnie na zwykłą salę, kiedy nastała cisza i przygaszone światło, kiedy wreszcie zapadłam w łóżko, to wtedy... to się zaczęło. Poczułam, jakby jakaś niewidzialna siła wyciągnęła mnie z ciała.
Nie, nie było to ani delikatne, ani stopniowe. To było jak gwałtowne pociągnięcie, szarpnięcie, i nagle znalazłam się w czymś, co mogę nazwać tylko „pokojem”.
Ale to złe słowo, bo pokój ma ściany, a to miejsce nie miało żadnych granic. Było nieskończenie szerokie, a światło tam panujące było ledwie tlące się, dziwne. I w tym miejscu, znikąd, zaczęły pędzić na mnie kształty.
Coś więcej niż pokój
To nie były cienie. To były istoty. Grymasy, monstra, rzeczy, które wywoływały paraliżujący lęk.
Pamiętam szczególnie jedną – gigantyczną, robakowatą kreaturę, pokrytą włosami. Wszystkie leciały prosto na mnie, nie, nie na mnie, tylko przez mnie.
Czułam, jak przenikają przez moje ciało, przez mój byt, a każde takie przejście było jak atak, ból bez fizycznego źródła, napaść na moją duszę.
To było przerażające, trwało całą wieczność, jakby całe dnie wypełniały te potworne wizje. W pewnym momencie, gdy moja przyjaciółka przyszła na chwilę, wróciłam do świadomości. Opowiedziałam jej, dławiąc się łzami:
Nie sądzę, że to przeżyję. To po prostu okropne, potworne.
Tak się czułam. Myślałam, że to koniec. Ale ledwo zostałam sama, znów mnie pociągało, znów wypadałam z ciała.
Kiedy wchodzono na salę, wracałam, by za chwilę znów zostać wyrwaną. To było wyczerpujące, niekończące się wahadło między dwoma światami.
Taniec dusz w nieskończoności
Pewnego dnia, ten „pokój” zaczął się zmieniać. Otoczenie napełniło się niesamowitymi kolorami, które stawały się jaśniejsze i jaśniejsze, wibrujące energią, niemożliwe do opisania ziemskimi barwami.
To były odcienie, których nie ma w naszej rzeczywistości.
Całe to bezgraniczne miejsce wypełniło się istotami, które promieniały blaskiem we wszystkich kolorach tęczy.
Nazywam je teraz duszami, choć widziałam tylko ich kontury, wielowymiarowe sylwetki. Patrząc na nie, mogłam zajrzeć w głąb każdej, pojedynczej duszy. Coś niesamowitego!
Wszystkie były ze sobą splecione, poruszały się razem, jak ławica ryb, harmonijnie, w synchronicznym tańcu – raz w lewo, raz w prawo.
Każda była indywidualna, a jednak stanowiły jedność. Nagle, w jednym z rogów tej nieskończonej przestrzeni, pojawił się gigantyczny filar światła.
Sięgał od „ziemi” w górę, nieograniczony żadnym sufitem, wydawał się nie mieć końca. Wtedy zostałam pociągnięta w jego stronę, a wraz ze mną wszystkie te dusze.
Od tego momentu miałam towarzysza, męską energię, która 常に znajdowała się po mojej prawej stronie, nieco z przodu.
Wyjaśniał mi różne rzeczy. To było, jakby ktoś instalował mi oprogramowanie, wgrywał pakiety informacji, których nie byłam w stanie od razu pojąć.
Do dziś nie wiem, czy w pełni je przetworzyłam. To była niewiarygodna ilość wiedzy.
Przestrzeń pełna życia
Gdy wciągnęło mnie w ten filar światła, znaleźliśmy się… w kosmosie, a przynajmniej tak mi się wydawało. Wszystko było głęboko granatowe, a jednocześnie lśniło blaskiem, iskrzyło.
To jedyny sposób, by to opisać. Było jasne, że wszystko, absolutnie wszystko, co istnieje i co możemy dostrzec, jest ze sobą nierozerwalnie połączone.
Jestem malarką, więc kolory zrobiły na mnie ogromne wrażenie – ich absolutna, wysoka częstotliwość, której po prostu nie ma w naszym wymiarze.
Próbowałam to później przenieść na płótno, ale w naszej trójwymiarowej rzeczywistości można to tylko zasygnalizować.
Te kolory nie dają się wiernie odzwierciedlić. Lecieliśmy przez przestrzeń z zawrotną prędkością.
Patrząc w dół, widziałam te dusze, miliony dusz, rozciągające się aż po horyzont – choć tak naprawdę horyzontu tam nie było. Stały tam, jakby na coś czekały. Nie poruszały się.
Niektóre z nich miały lśniące, jasno świecące głowy. Wszelkie inspiracje, jakie otrzymywałam, nie miały formy głosu. Po prostu od razu WIEDZIAŁAM.
Gdy o czymś pomyślałam lub o coś zapytałam, natychmiast, symultanicznie, otrzymywałam odpowiedź. Dowiedziałam się wiele kluczowych informacji:
- Świecące głowy to dusze z konkretnymi zadaniami.
- Pomiędzy planetami nie ma pustki, tak jak to postrzegamy z ziemskiej perspektywy.
- Wszystko jest pełne życia i ożywione.
- Nie ma czegoś takiego jak puste przestrzenie, nikt nie jest sam.
Cała przestrzeń jest wypełniona tymi istotami, choć na innych płaszczyznach. To było naprawdę imponujące.
Cień i światło w szpitalnej sali
Od czasu do czasu wracałam do ludzkiej świadomości. Miałam gorączkę, zaburzenia rytmu serca, migotanie przedsionków i wodę w płucach.
Byłam przekonana, że lekarze zdjęli mnie z respiratorów zdecydowanie za wcześnie. Ale nie byłam w stanie tego powiedzieć.
Nie mogłam zażądać: „Proszę, podłączcie mnie z powrotem do respiratorów!” W tamtych momentach to, co przeżywałam, wydawało mi się super ekscytujące, zwłaszcza gdy wszystko stawało się jasne i świetliste.
Retrospektywnie jednak myślę, że to właśnie migotanie przedsionków wpędzało mnie w te stany.
Mieli mi przebić płuca, ale pomyślałam: Już niczego więcej nie pozwolę zrobić z moim tak bardzo zmasakrowanym ciałem. Poprosiłam o pomoc moich duchowych przewodników. Znałam też uzdrowicielkę praniczną, która kilkakrotnie leczyła mnie na odległość.
I rzeczywiście, po dwóch dniach woda z płuc zniknęła. Tego rodzaju interwencja nie była już potrzebna. Leżałam tam tak przez kolejne dni, aż do momentu wypisu, osiem dni później.
Transportowano mnie z powrotem do szpitala, z którego zostałam skierowana, gdzie czekały na mnie dalsza rekonwalescencja i rehabilitacja.
I za każdym razem, gdy świadoma leżałam w łóżku, zastanawiałam się: Gdzie oni teraz są?
Czy nadal tu są? Kiedy pytałam: Czy nadal tam jesteście? z przeciwległej ściany dochodziły gwizdzące dźwięki.
Niewiarygodne. Potem wracali, wypełniając pokój.
W tym pierwszym szpitalu widywałam je rzadziej, ale zawsze czułam się z nimi połączona – i jestem tak do dziś. Z czasem te wizualne wrażenia zaniknęły, ale połączenie pozostało.
Czasami, zanim zacznę malować, łączę się z tymi płaszczyznami, aby przenieść tę energię na płótno. I często mi się to udaje.
Dlaczego te potworne istoty na początku? Jeszcze zanim zachorowałam, interesowałam się duchowością, śmiercią i umieraniem.
Czytałam Tybetańską Księgę Umarłych, która mówi, że po śmierci przebywa się w świecie pośrednim przez 49 dni, zanim osiągnie się Nirwanę lub odrodzenie.
Wierzy się, że w tym czasie spotykamy się z istotami piekielnymi. Dla mnie było to bardzo intrygujące, przeczytałam tę książkę ponownie.
Pisma te mówią też, że po doświadczeniach piekielnych przechodzi się do sfer światła. Nie wiem, te przerażające istoty z pewnością nie były wysokowibrującymi bytami.
Nie mam na to racjonalnego wytłumaczenia. Po prostu nie wiem. W każdym razie, to pierwsze doświadczenie było straszne, bo fizycznie odczuwałam, jak te istoty przechodziły przeze mnie.
Czułam to jako ataki na mnie, na moje życie, na moją duszę. Myślę, że jesteśmy zbyt ignorancyjni, jeśli chodzi o to, co jeszcze istnieje wokół nas.
Ostatnie pożegnanie
Życie po tym doświadczeniu nabrało nowego sensu. Zaczęłam inaczej patrzeć na ludzi, na świat.
Zobaczyłam potwierdzenie tego, co zawsze podejrzewałam – że jest coś więcej, coś „za”. Jesteśmy znacznie więksi niż nasze ciała i mamy ogromny potencjał.
Choć nikt nam tego nie mówi w tym ziemskim świecie. Moja percepcja wyostrzyła się. Dziś potrafię dużo więcej wyczytać z osoby, którą spotykam – jej nastrój, jakość jej duszy.
Nawet jeśli ktoś jest dla mnie nieprzyjemny, widzę duszę za tym i jestem w stanie wiele wybaczyć.
Po operacji moje serce, to fizyczne i energetyczne, otworzyło się tak bardzo, że potrafię kochać każdego.
Porzuciłam starą pracę, bo wiedziałam, że nie mogę żyć tak, jak wcześniej. Byłam malarką i kazano mi nią pozostać, dokumentując moje doświadczenia. I tak właśnie robię.
Kilka lat później, gdy moja przyjaciółka, z którą znałam się od ponad czterdziestu lat, zachorowała na raka płuc, poprosiła mnie i naszą wspólną przyjaciółkę o towarzyszenie jej.
Było to dla nas oczywiste. Półtora roku trwały chemioterapie i całe konwencjonalne leczenie.
Przez cały czas wspierałyśmy ją, próbując dodawać jej otuchy. Jej największym strachem było uduszenie. Ostatnie sześć tygodni spędziła w hospicjum.
Tam, zaskakująco, zmieniła się o sto osiemdziesiąt stopni i mogłyśmy rozmawiać o rzeczach, które wcześniej by odrzuciła, a nawet wyśmiała.
Mówiłam jej, żeby się nie bała, jeśli wkrótce będzie widzieć jakieś istoty czy ludzi w swoich pokojach. To normalny proces, mówiłam. Nie bój się.
W pewnym momencie powiedziała mi, że ktoś był w pokoju. Uzgodniłyśmy wtedy, że gdy już „przejdzie na drugą stronę”, da mi jakiś znak.
Powiedziałam: Jeśli światło zamiga albo żarówka się przepali, będę wiedziała, że to ty. Dwa dni przed jej śmiercią, czułam jej wyczerpanie i postanowiłam wrócić do domu, choć ona wciąż chciała rozmawiać.
Tej nocy, spałam na prawym boku, ręka wyciągnięta na boki.
Obudziłam się, bo przez moje ciało, z góry na dół, przepływała bardzo potężna energia. To były te same energie, które znałam z mojego pierwszego doświadczenia bliskiego śmierci. Nie było to groźne, wręcz zachwycające.
Myślałam: Co tu się dzieje tej nocy? Ta energia pulsowała w górę i w dół przez moje pole energetyczne i ciało.
Kilka dni wcześniej oglądałam dłonie przyjaciółki – były niebieskawe, żyły wyraźne, tkanka straciła swoją substancję. Jej dłoń zapadła mi w pamięć.
A teraz, leżąc w łóżku, poczułam tę energię. Nie wiem, czy miałam otwarte czy zamknięte oczy, prawdopodobnie byłam w jakimś stanie pośrednim. Byłam jednak świadoma.
Obok mojego łóżka zobaczyłam rodzaj mgły, czegoś jasnego, jak chmura. I z tej chmury wynurzyła się jej dłoń.
Była to bez wątpienia jej dłoń. To była ona. Bardzo wyraźnie to czułam. Położyła swoją dłoń na mojej wyciągniętej dłoni i powiedziała:
Bardzo ci dziękuję, Andrea, za twoją przyjaźń i twoją miłość.
Powiedziała to z niewiarygodną miłością. Obudziłam się, oniemiała.
To mnie głęboko poruszyło, byłam tak szczęśliwa, że taki kontakt był możliwy. To wszystko wydarzyło się zanim moja przyjaciółka zmarła.
Po jej śmierci miałam sen. Szedłem przez korytarz, coś w rodzaju przejścia podziemnego ze ścianami dookoła. Korytarz był bardzo jasno oświetlony, byli tam też inni ludzie, istoty dusz.
Wszyscy szliśmy w tym samym kierunku. Nagle, z lewej ściany wyszła ona.
Była bardzo zajęta. Za życia zawsze dbała o modę, zawsze chciała wyglądać wyjątkowo.
Miała na ramieniu dużą torebkę i, uwierzcie mi, miała na sobie kostium Chanel. Pamiętam do dziś wzór tego kostiumu.
Wydawała się bardzo zajęta. Odwróciła się do mnie, spojrzała bez słów. Ale na płaszczyźnie mentalnej zrozumiałam:
Teraz mnie widziałaś i wszystko w porządku. Jestem tu zajęta. Naprawdę nie mam już czasu.
Przeszła przez korytarz i zniknęła za przeciwną ścianą. Ja stałam tam, mówiąc w myślach: Widziałam cię. To wspaniałe. Dziękuję bardzo.
Cieszę się, że masz się dobrze. To wszystko działo się we śnie i było absolutnie realne.
Moje doświadczenia zmieniły wszystko. Wiem, że nie jesteśmy tylko ciałami. Jesteśmy znacznie więcej.
Otworzyłam się na to, co niewidzialne, a to daje mi ogromne zaufanie do życia. Nawet jeśli przychodzą trudności, wiem, że wszystko, co do mnie przychodzi, jest właściwe.
Nawet jeśli w danym momencie tak nie czuję, to i tak jest to dla mnie właściwe. I to jest oczywiście wielkie błogosławieństwo. Życie stało się dla mnie lekcją, a ja jestem wdzięczna za każdą chwilę, bo wiem, że nic się nie kończy.
Komentarze
Brak komentarzy. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz