Nazywam się Elizabeth Cone i pochodzę z Houston w Teksasie. Moje dzieciństwo było dość typowe – dorastałam z dwiema młodszymi siostrami, a mój tata prowadził gabinet dentystyczny. Moi dziadkowie mieszkali blisko, więc mieliśmy ze sobą bardzo bliskie relacje. Rodzice wychowywali nas w wierze żydowskiej, w nurcie reformowanym, który można określić jako „judaizm light”. Po ukończeniu szkoły średniej i studiów licencjackich, wyszłam za mąż i rozpoczęłam studia prawnicze. Pociągała mnie logika prawa – wszystko było czarno-białe, albo dobre, albo złe, bez szarych stref. Kiedy zaczynałam studia, miałam już nasze pierwsze dziecko, co nie było łatwym połączeniem. Potem zaszłam w kolejną ciążę i musiałam leżeć przez dłuższy czas w łóżku, co ostatecznie zakończyło moją karierę prawniczą.
Chwila, która zmieniła wszystko: Uderzenie pioruna
Mój mąż był wtedy w podróży służbowej. Była to pierwsza rocznica śmierci mojego dziadka, więc cała rodzina miała być w synagodze, aby odczytać jego imię podczas nabożeństwa. Moi synowie mieli wtedy dwa i cztery lata. Ubrałam chłopców w ich małe garniturki i muszki. Dzień był słoneczny, ale nagle, znikąd, nad naszym samochodem pojawiła się czarna chmura deszczowa. Kiedy wjechaliśmy na parking, deszcz zaczął lać strumieniami. Nie chciałam siedzieć w samochodzie i czekać, aż przestanie, bo bałam się, że przegapię odczytanie imienia dziadka. Zdałam sobie sprawę, że po prostu zmokniemy. Powiedziałam mojemu czteroletniemu synowi, żeby pobiegł pod daszek nad drzwiami i tam na nas poczekał. Przepchałam się przez siedzenie samochodu, żeby wyjąć dwulatka z fotelika. Zabrałam go, chwyciłam parasolkę i zdałam sobie sprawę, że nie dam rady jednocześnie nieść synka i kontrolować parasola. Posadziłam go więc na chwilę, a sama trzymałam jego rączkę.
Parasolkę trzymałam w lewej ręce, bardzo wysoko za trzonek, a mój obrączka dotykała metalu. Kiedy zaczęliśmy iść, nagle poczułam chłód w powietrzu, coś jakby elektryczność statyczna. Spojrzałam na swoją rękę i pomyślałam: „To głupie. Nie powinnam tak trzymać parasola”. W tej samej chwili, gdy przyszła mi myśl: „Puść. Po prostu puść parasolkę”, potężny piorun uderzył w szczyt parasola. Mój dwuletni Andy zaczął krzyczeć. Spojrzałam na niego – miał ręce przy uszach. Zobaczyłam, jak Jeremy biegnie z powrotem w naszą stronę. Byłam zła, przecież kazałam mu tam zostać! Co on robi? Widziałam, jak podbiega, łapie brata i ciągnie go w stronę budynku. Cała sytuacja była dezorientująca. Czułam, że coś jest nie tak.
Poszłam za chłopcami do budynku. Dotarli do drzwi i weszli. Cała trójka byliśmy w holu, kiedy jakiś mężczyzna, który nas znał, przechodził, chyba z łazienki, z powrotem na nabożeństwo. Podszedł, żeby zobaczyć, dlaczego chłopcy krzyczą, i zaczął z nimi rozmawiać. Ja myślałam: „Dlaczego nie rozmawia ze mną? Przecież jestem tutaj”. Nawet na mnie nie spojrzał. Nic nie wydawało się właściwe, wszystko było dziwne. Wszedł tam, gdzie odbywało się nabożeństwo, i usłyszałam, jak mówi: „Potrzebujemy lekarza”. Rabin przerwał nabożeństwo. Synagoga była zaledwie jedną przecznicę od Texas Medical Center, więc nagle, jakby znikąd, około czterdziestu mężczyzn wstało i ruszyło w głąb pomieszczenia. W tym czasie zastanawiałam się, gdzie jest mój parasol, bo był nowy. Znalazłam go – był spalony na szkielet i dymił. Spojrzałam nieco w prawo i zobaczyłam jakąś kupę na ziemi. Patrząc na to, pomyślałam: „O Boże, to ja. To ja”. Miałam na sobie nowe buty i widziałam, jak moje stopy wystają z ich spodu. Byłam zła z powodu butów.
Potem spojrzałam na swoje stopy w holu, gdzie stałam – buty były na moich stopach i wyglądały idealnie. Idealnie. Jedynym problemem było to, że moje stopy nie dotykały ziemi. Unosiłam się kilka cali nad nią. Trudno mi było zrozumieć, co się dzieje, ponieważ zawsze byłam bardzo sceptyczna wobec czegokolwiek podobnego. I w momencie, gdy pomyślałam o tym, znalazłam się nad swoim ciałem. Leżałam w kałuży smaru na parkingu. Próbowałam się zmusić, żeby wstać. „Wstań. Wstań”. I wtedy to do mnie dotarło. „Nie wstanę. Nie żyję”.
Poza ciałem: Rajski Ogród i wszechwiedza
Gdy tylko zdałam sobie sprawę, że nie żyję, pojawiło się światło. To światło pulsowało, było żywe. Było świadome i chciało, żebym za nim podążyła. Zaprowadziło mnie do miejsca, które nazywam Ogrodem. To nie był ogród, jakiego można by się spodziewać tutaj na Ziemi. Brakuje słów, aby odpowiednio opisać to miejsce. Wszystko było tam idealne. To miejsce było niebem. Była tam ławka, bardzo ozdobna i po prostu przepiękna. Głos nakazał mi usiąść. Ten głos należał do mojego dziadka, który zmarł rok wcześniej. Wiecie, kiedy wasz zmarły dziadek mówi, żeby usiąść, to po prostu siadacie. Nie dyskutuje się z tym. Usiadłam, a gdy tylko dotknęłam ławki, poczułam, jakby się przemieniła. Ogarnęło mnie wszechogarniające, przytłaczające uczucie bezwarunkowej miłości. Czułam, że jestem w domu. Myślałam, że wiem, czym jest bezwarunkowa miłość – przecież miałam dzieci, to jest bezwarunkowa miłość. Ale to był zupełnie inny poziom. To było totalnie inne, bardziej intensywne i znacznie głębsze.
Nie wierzę, że ten głos należał do mojego dziadka. Wierzę, że był to głos mojego dziadka, by mnie uspokoić, żebym nie była przerażona. Ale wierzę, że to Bóg siedział ze mną na tej ławce.
W oddali widziałam innych ludzi. Wszyscy wyglądali młodo, zdrowo i doskonale. Każdy był połączony z jakimś przewodnikiem. Nikt nie musiał poruszać się tam samodzielnie. Wszyscy tam byli w niebie. Wiedziałam jednak również, że każdy widział coś innego – każdy widział to, czym niebo było dla niego. Głos, który słyszałam, głos mojego dziadka, powiedział mi, że nie powie już nic na głos. Po prostu przekazywałby mi informacje bezpośrednio do głowy. Zaczęłam zadawać pytania, a odpowiedź pojawiała się natychmiast, tak szybko, jak tylko zadałam pytanie. To było jak natychmiastowe pobieranie informacji. Odbyła się obszerna rozmowa na temat fizyki kwantowej, którą całkowicie rozumiałam. Ale tutaj, na Ziemi, nic nie wiem o fizyce kwantowej. Nie potrafię tego pojąć. Bycie tutaj jest jak pływanie w misce z zupą grochową – jest mętno, ciężko i trudno. Ale wiem, że będąc tam, rozumiałam związek przestrzeni z czasem i jak to działa.
Wybór powrotu i obietnica przyszłości
Wiele z naszych rozmów dotyczyło pytań, które zadawałam o moją rodzinę i moją przyszłość. Otrzymałam wybór: możesz wrócić albo możesz tu zostać. W Ogrodzie była piękna ścieżka, która prowadziła w prawo, w stronę pasma górskiego. Widocznie, gdybym zdecydowała się zostać, poszłabym tą ścieżką przez góry. Przez cały czas, kiedy tam byłam, wszystko było tak idealne. Nie mogłam prosić o nic więcej. Wszystko, czego potrzebowałam, było tam. Dlaczego miałabym wracać? Wtedy usłyszałam:
„Masz jeszcze wiele do zrobienia w tym życiu. Będziesz miała trzecie dziecko. Będzie to dziewczynka. Ona już wybrała ciebie i twojego męża na swoich rodziców. Możesz wrócić teraz i dokończyć – jesteś w 28. roku swojego życia. Albo możesz zacząć od nowa”.
To sprawiło, że wybór był dość prosty. Muszę wrócić i po prostu dokończyć zadanie. Powiedziano mi, że powrót będzie fizycznie bolesny, ponieważ zostałam poparzona przez piorun. Pomyślałam: „Ach, tak, tak”. Spojrzałam na swoją rękę – nie było na niej pierścionka ani żadnych oparzeń. Odwróciłam ją i wyglądała, jakbym miała osiemnaście lat. Wszystko było perfekcyjne. Wtedy usłyszałam: „Okej, jeszcze jedno. Kiedy opuściłaś swoje ciało, twoja dusza się rozszerzyła, a ja będę musiał z powrotem wcisnąć cię w to ciało. Będzie to uczucie ściskające do kości”. Odpowiedziałam: „Okej”. Następną rzeczą, którą poczułam, było łamanie każdej kości w moim ciele. Potem otworzyłam oczy i leżałam w deszczu. Ludzie zaczynali wychodzić, żeby mi pomóc. Wróciłam.
Życie po NDE: Transformacja i potwierdzenie
Wiedziałam, co się stało. Miałam bardzo jasny umysł i pamiętam nawet, że myślałam: „Nie możesz o tym nikomu powiedzieć. Nie mów nic. Będą się z ciebie śmiali. Powiedzą, że jesteś szalona”. Wiedziałam, że nie mogę o tym rozmawiać. Pomogli mi wejść do budynku. Jeden z lekarzy, który tam był, był specjalistą od porażeń prądem. To jego wzywano do każdego, kto trafił do Methodist Hospital w Houston, Texas, cierpiąc na jakikolwiek rodzaj porażenia. Był tam. Powiedział: „Możemy zabrać panią do szpitala i zbadać”, ale miał ze sobą torbę. Osłuchał moje serce i powiedział: „Po prostu zadzwonią do mnie, a ja już tu jestem”. Powiedział mi, że będę potrzebowała leczenia na oparzenia, co też się stało. Spędziłam następne trzy miesiące w łóżku, ponieważ moje stopy były bardzo poparzone i chodzenie było niezwykle bolesne. Mam blizny na stopach po drodze, którą opuścił mnie piorun.
W tamtym czasie nigdy nie słyszałam określenia „doświadczenie bliskie śmierci”. Nic o tym nie wiedziałam. Myślałam, że przeżywam jakiś rodzaj kryzysu duchowego. Nie mogłam niczego zrozumieć. Chciałam porozmawiać z duchownym, z kimkolwiek, żeby ktoś mi pomógł. Rozmawiałam z wieloma rabinami. Jestem Żydówką, więc myślałam, że mnie wysłuchają. Nie chcieli o tym słyszeć. Naprawdę nie chcieli. Nie są szkoleni, aby radzić sobie z czymś takim. Zasadniczo było to poklepanie po głowie i zapewnienie: „Będzie dobrze. Idź już”. Byli mili, ale lekceważący. Opowiedziałam mojemu mężowi i mamie. Moja mama była zafascynowana. Miała tyle pytań i całkowicie w to uwierzyła. Mój mąż śmiał się ze mnie. Powiedział: „Tracisz rozum. To się nie wydarzyło. Spałaś. Miałaś sen”.
Mój mąż i ja pozostaliśmy małżeństwem przez kolejne dziewięć lat. I rzeczywiście, mieliśmy trzecie dziecko, dziewczynkę. Wszystko to okazało się bardzo dokładne. Moje NDE całkowicie zmieniło moje myślenie o życiu i śmierci, o religii, o wszystkim. Ponieważ kiedy wiesz, że śmierć nie jest końcem, zmienia to wszystko. Kiedy patrzę na swoje zdjęcie z tamtego czasu, widzę inną osobę. Jestem teraz znacznie bardziej uduchowiona. Moja dawna ja była bardzo zasadnicza, czarno-biała. Wszystko było bardzo sztywne, bardzo uporządkowane. Nie wierzyłam w życie po śmierci. Myślałam, że kiedy umierasz, to koniec. Światła gasną, i po tobie. A tak nie jest. Świadomość przeżywa.
We wrześniu 2022 roku zmarła moja mama. Był to bardzo trudny czas dla całej mojej rodziny. W październiku odbyły się lokalne wybory w Houston. Poszłam do college’u, gdzie odbywało się głosowanie. Na parkingu byli ludzie w koszulkach wolontariuszy. Jedna z nich podeszła do mnie i zapytała: „Czy jest pani tutaj, żeby głosować, czy na zajęcia?”. Odpowiedziałam: „Żeby głosować”. Ona na to: „Okej” i pokazała mi, do których drzwi mam wejść. Zaczęłam iść, a ona zaczęła iść ze mną. Byłam trochę zirytowana, bo przecież moja mama właśnie umarła, przeżywałam żałobę. Nie chciałam prowadzić pogawędek. W końcu dotarłam do drzwi i weszłam do środka. Byłam tam około półtorej godziny, wyszłam, a ona nadal tam stała. Ta kobieta powiedziała: „Cóż, udało się pani”. Zapytałam: „Co się udało?”. Powiedziała: „Wypełniła pani swój obywatelski obowiązek”. Odpowiedziałam: „Tak, okej. Miłego dnia”. A ona na to: „Gdzie jest ta druga kobieta?”. Zapytałam: „Jaka inna kobieta?”. Ona odpowiedziała: „Starsza kobieta, z którą pani przyszła”. Powiedziałam: „Nie przyszłam z nikim. Byłam sama”. Odpowiedziała: „Nie, ta starsza kobieta. Miała na sobie niebiesko-zieloną bluzkę z dużymi ozdobnymi guzikami”. Powiedziałam: „Muszę iść” i jak najszybciej wsiadłam do samochodu. Moja mama została pochowana w niebiesko-zielonej bluzce z trzema dużymi ozdobnymi guzikami. Moja dawna ja śmiałaby się w tym momencie do rozpuku. Nie uwierzyłabym w to. Tak więc otrzymuję komunikację z drugiej strony. Dzieje się tak w podobnych sytuacjach.
Bez strachu przed końcem: Nowe spojrzenie na życie
Życie jako człowiek na Ziemi jest bardzo trudnym doświadczeniem. Wszyscy zasługujemy na nagrodę za to, że tu jesteśmy, że zgodziliśmy się to robić. To nie jest łatwe. Jedyną rzeczą, która pomaga mi przez to przebrnąć, jest świadomość, że wrócę do domu. Nie boję się śmierci, ale nie chcę, żeby nastąpiła w najbliższym czasie. Chcę patrzeć, jak dorastają moje wnuki. Rozmawiałam z moją pięcioletnią wnuczką. Zapytała: „Ile masz lat, babciu?”. Powiedziałam jej, a ona na to: „Wow, to naprawdę dużo”. Powiedziałam: „Tak, tak”. Zapytała: „Ile lat chcesz dożyć?”. Odpowiedziałam: „Cóż, chcę dożyć na tyle długo, żeby zobaczyć, jak dorastasz, wychodzisz za mąż i masz dzieci”. A ona na to, że to oznaczałoby, że będę miała sto lat. Powiedziałam: „Cóż, ilekolwiek lat dożyję, będzie wspaniale, bo to więcej czasu, który mogę spędzić z tobą. Chodzi o ludzi w twoim życiu. Chodzi o życie, które prowadzisz. Jeśli robisz to, co chcesz robić, jeśli jesteś szczęśliwa, o to właśnie chodzi. I dla mnie to wystarczy”.
Komentarze
Brak komentarzy. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz