Poczułam nadchodzącą śmierć: Na krawędzi istnienia
Była około dziesiątej, może jedenastej wieczorem, gdy nagle ogarnęło mnie przeczucie zbliżającej się zagłady. Pamiętam, jak spojrzałam na męża i powiedziałam mu z całkowitą pewnością:
„Umrę.”
Natychmiast zawieziono mnie na salę operacyjną. Lekarze i pielęgniarki otaczali moje łóżko, przetaczając mi krew tak szybko, jak ją traciłam. Było mi tak zimno, czułam niewyobrażalny ból. Całe łóżko trzęsło się ode mnie, ponieważ byłam w głębokim szoku. Spojrzałam na monitor i zobaczyłam na nim cyfry „46 nad znakiem zapytania”. Jedną z moich ostatnich świadomych myśli było:
„Niesamowite, nie wiedziałam, że ciśnienie może spaść aż tak nisko.”
Potem nagle ból zniknął. Przestało mi być zimno. Poczułam otulające ciepło i życzliwość, choć nadal znajdowałam się w szpitalnej sali. W pewnym momencie straciłam przytomność, a moją pierwszą myślą w tej chwili było:
„Aha, to jest umieranie. To było jak wspomnienie.”
Bardzo mi się wydawało, że to już kiedyś robiłam. Wcale nie było strasznie. Od tej chwili przestałam istnieć w fizycznej rzeczywistości; byłam całkowicie poza naszymi konstrukcjami przestrzeni i czasu.
Złożona ścieżka: Od dziecięcych trudności po uzależnienie
Nazywam się Danielle Slupesky i dorastałam w rejonie San Francisco Bay. Jako dziecko często się przeprowadzaliśmy – w ósmej klasie chodziłam do trzech różnych szkół. Szybko stało się dla mnie jasne, że wiele rzeczy, które działy się w moim domu, nie miało miejsca w domach moich przyjaciół. Dużo alkoholu, kłótni, walk i problemów finansowych – to wszystko było dla mnie ogromnym wyzwaniem. Sposobem, w jaki sobie z tym radziłam, był perfekcjonizm. Udawało mi się być MVP w siatkówce, koszykówce i softballu. W ósmej klasie miałam praktycznie same szóstki. Bardzo wcześnie wykształciłam w sobie pewien rodzaj podwójnego życia: wewnątrz rozgrywały się te wszystkie trudne rzeczy w domu i wokół mnie, które próbowałam stłumić i odepchnąć, a na zewnątrz prezentowałam się jako osoba, która ma wszystko pod kontrolą i odnosi sukcesy. Myślę, że częściowo rozwinęłam ten mechanizm radzenia sobie, ponieważ chciałam utrzymać rodzinę razem. Obawiałam się, że gdyby ktoś naprawdę wiedział, co się dzieje, mogłyby wkroczyć służby opieki społecznej, a ja i moi bracia zostalibyśmy rozdzieleni. Jestem najstarsza z trójki, mój młodszy brat jest ode mnie o sześć i pół roku młodszy, a potem następny o osiemnaście miesięcy. Było dla mnie ważne, żebyśmy jako dzieci pozostali razem.
Miałam też wiele problemów zdrowotnych: bóle głowy, migreny, napady drgawek. Moja pierwsza poważna operacja – usunięcie migdałków i trzeciego migdałka – odbyła się, gdy miałam jedenaście lat. Dostałam płynną kodeinę na receptę. Pamiętam, jak mama podała mi buteleczkę, mówiąc: „Oto twoje lekarstwo”. Bardzo szybko odkryłam, że to było wspaniałe uczucie. Czułam się świetnie, odrywałam się od rzeczywistości, bywałam odrętwiała, czułam euforię. Pamiętam, jak przyniosłam jej buteleczkę i powiedziałam: „Potrzebuję więcej”. A ona na to: „Zaraz, zaraz, jeszcze nie powinno się skończyć”.
W wieku trzynastu lat zdiagnozowano u mnie chorobę Blounta, w której płytki wzrostowe w piszczelach przedwcześnie się zamknęły, powodując deformację i wygięcie podudzi. Pierwszą operację z tego powodu miałam w wieku trzynastu lat, a ostatnią, gdy miałam osiemnaście. Przez większą część liceum poruszałam się na wózku, z chodzikiem, o kulach lub z laską. Zbiegło się to z premierą filmu „Forest Gump”, więc ciągle słyszałam żarty typu „Biegnij, Forest, biegnij!”.
Po ukończeniu liceum, dosłownie tydzień później, rozpoczęłam kurs ratownika medycznego w miejscowym college’u. Zrobiłam certyfikat EMT i absolutnie to pokochałam. Pracowałam dla firmy świadczącej opiekę medyczną na koncertach, festiwalach i w klubach nocnych w San Francisco. Zawsze żartuję, ale to prawda – spędzałam czas w klubach, zanim legalnie mogłam do nich wchodzić. Byłam wtedy osiemnastoletnią ratowniczką.
Po rozpoczęciu pracy jako EMT poczułam, że chcę zostać paramedykiem. Dostałam się do NCTI, szkoły paramedycznej, ale ze względu na moją historię napadów drgawek nie mogłam uzyskać certyfikatu kierowcy karetki. Ta ścieżka wydawała mi się zamknięta. Sprawdziłam, jakie klasy już zaliczyłam i co jest dostępne, i pomyślałam: „Złożę podanie do szkoły pielęgniarskiej”. Ukończyłam Cal State Hayward z tytułem licencjata pielęgniarstwa. Od razu po studiach odbyłam staż na ostrym dyżurze w Eden, szpitalu z centrum urazowym pierwszego poziomu. Było to, delikatnie mówiąc, intensywne doświadczenie. Wiele urazów wynika z tego, co ludzie robią sobie nawzajem: napaści, rany postrzałowe, ugodzenia nożem. Byłam wtedy całkowicie nieświadoma swojej wrażliwości i nie radziłam sobie z tym dobrze. Moje uzależnienia nasiliły się podczas pracy na ostrym dyżurze. Byłam świetną pielęgniarką – gdyby ktoś miał poważny problem, chciałby, żebym to ja się nim zajęła. Ale w chwili, gdy kończyłam pracę, sięgałam po drinka lub garść tabletek na receptę. Było to też dość znormalizowane w środowisku, w którym pracowałam. Wielu z nas kończyło pracę o 7:00, 7:30 rano i znaliśmy restaurację, która serwowała alkohol o tej porze. Racjonalizowaliśmy to, mówiąc: „Cóż, właśnie skończyliśmy pracę, prawda? Wszyscy inni mają happy hour. Dlaczego my nie?”. Przez cały ten czas byłam uzależniona od leków na receptę i piłam zdecydowanie za dużo. Byłam bardzo funkcjonalną osobą uzależnioną i alkoholiczką.
Poza czasem i przestrzenią: Światło i kosmiczny przegląd życia
W kwietniu 2013 roku, ja i grupa koleżanek pielęgniarek wynajęłyśmy limuzynę na własny, że tak powiem, „alkoholowy rejs”. W pewnym momencie byłam już praktycznie nieprzytomnie pijana, wysiadając z limuzyny, zahaczyłam obcasem o drzwi i upadłam, uderzając kolanem o krawężnik. Złamałam kość udową bez przemieszczenia, co oznaczało, że nie potrzebowałam operacji. Byłam unieruchomiona przez osiem tygodni. Podczas tego unieruchomienia, przebywając w domu i nie pracując, nieświadomie rozwijała się u mnie zakrzepica w tej nodze. Kiedy wróciłam do pracy w czerwcu, próbowałam nadrobić stracone pieniądze i urlop, więc pracowałam na kilku zmianach nadliczbowych, jedna po drugiej. Dosłownie szesnastogodzinne zmiany. Moja noga była bardzo czerwona i bolała. Zrobiłam to, co robi każda dobra pielęgniarka: złapałam bandaż elastyczny, owinęłam ją bardzo ciasno i parłam do przodu. Kiedy wróciłam do domu tamtego czerwcowego ranka w Kalifornii, było ciepło i przyjemnie. Zamierzałam pospać na podwórku. Byłam w łazience, nakładając krem przeciwsłoneczny, kiedy zemdlałam. Nie wiedziałam, że skrzep z mojej nogi przedostał się do płuc. Tuż przed tym, zamierzając pójść spać na podwórku, wzięłam mnóstwo leków: tabletki nasenne, przeciwbólowe, a także Benadryl, ponieważ czułam swędzenie po tabletkach przeciwbólowych. Nazwałam to „garścią pigułek”. Kiedy zemdlałam, leżałam nieprzytomna przez osiem do dziesięciu godzin. Upadłam w taki sposób, że moja głowa znalazła się w wannie, a nogi na zewnątrz, więc krawędź wanny uciskała moje podbrzusze i biodra. Kiedy mięśnie nie otrzymują krwi, umierają, uwalniając białko do krwiobiegu, co zatyka nerki. Kiedy mój mąż wrócił z pracy i zaczęliśmy rozmawiać o tym, co się mogło stać, próbowaliśmy ustalić, czy złamałam kręgosłup, czy uderzyłam się w głowę. Moje nogi w ogóle nie działały, nie mogłam nimi poruszyć. Zadzwoniliśmy pod 911 i zawieźli mnie do najbliższego szpitala. Na ostrym dyżurze znaleziono duży skrzep w moich płucach. Było jasne, że moje nerki przestają działać. Zostałam przyjęta na oddział intensywnej terapii. W momencie przyjęcia ważyłam 30 kg. Dziesiątego dnia ważyłam już 95 kg, byłam spuchnięta od płynów. W pewnym momencie dłonie i podeszwy stóp dosłownie mi popękały. Miałam pęcherze na nogach, z których wyciekał płyn. Wtedy rezydentka postanowiła ulżyć mi w oddychaniu i zmniejszyć ciśnienie w brzuchu, wykonując paracentezę – procedurę, w której wbijają igłę w brzuch, aby odpompować płyn. Kiedy rezydentka to zrobiła, wykonała procedurę nieprawidłowo, bez użycia ultradźwięków do prowadzenia. W rezultacie perforowała moje jelita. Przez kolejne dwa dni po tym zdarzeniu kał powoli przeciekał do mojego brzucha i dostałam sepsy.
Była około dziesiątej, może jedenastej wieczorem, gdy nagle ogarnęło mnie przeczucie zbliżającej się zagłady. Pamiętam, jak spojrzałam na męża i powiedziałam mu z całkowitą pewnością: „Umrę”. Natychmiast zawieziono mnie na salę operacyjną. Nie udało im się zakończyć pierwszej operacji i odesłali mnie z powrotem na górę, z otwartym brzuchem. W ciągu pierwszych trzydziestu sześciu godzin, myślę, że wchodzili do mnie trzy razy. Ponieważ byłam tak opuchnięta i wymagało to ogromnego wysiłku, użyto szwów retencyjnych, podobnych do tych, jakie stosuje się po operacji na otwartym sercu. Musieli ponownie włączyć leki rozrzedzające krew, ponieważ nadal miałam skrzep w płucach, więc wznowili podawanie heparyny. Wtedy ta rana zaczęła krwawić. Lekarze i pielęgniarki otaczali moje łóżko. Przetaczali mi krew tak szybko, jak ją traciłam. Pamiętam, jak było mi zimno. Czułam niewyobrażalny ból. Całe łóżko trzęsło się ode mnie, byłam w szoku. Spojrzałam na monitor i zobaczyłam na nim „46 nad znakiem zapytania”. Jedną z moich ostatnich świadomych myśli było: „Niesamowite, nie wiedziałam, że ciśnienie może spaść aż tak nisko”. Potem nagle ból zniknął. Przestało mi być zimno. Poczułam otulające ciepło i życzliwość, choć nadal znajdowałam się w szpitalnej sali. W pewnym momencie straciłam przytomność, a moją pierwszą myślą w tej chwili było: „Aha, to jest umieranie”. To było jak wspomnienie. Bardzo mi się wydawało, że to już kiedyś robiłam. Wcale nie było strasznie. Od tej chwili przestałam istnieć w fizycznej rzeczywistości. Nie doświadczyłam momentu, w którym obserwowałabym wszystko z zewnątrz ciała. Po prostu, gdy już się „wydostałam”, byłam gdzie indziej. Od tego momentu wszystko działo się jakby jednocześnie. Byłam całkowicie poza naszymi konstrukcjami przestrzeni i czasu. Zajęło mi dużo czasu, aby w ogóle rozdzielić poszczególne elementy tego doświadczenia i ubrać je w słowa.
W pewnym momencie odnalazłam siebie. A kiedy mówię „siebie”, nie chodzi mi o Danielle. Chodziło o mnie, o moje prawdziwe „ja”. Czuję, że obecnie gram rolę Danielle, ale w tamtej chwili byłam tym większym, nieskończonym „ja”. Wtedy nie miałam ciała. Widziałam w 360 stopniach, ale nie tylko na jednej płaszczyźnie. To było raczej kuliste widzenie, gdzie mogłam widzieć wszystko wszędzie. A światło – było ono bezpośrednio nade mną i było... wszystkim. Bardzo przypominało to uczucie, gdy pływasz pod wodą i patrzysz w górę, wiedząc, gdzie jest słońce. Jest ten centralny punkt światła, ale jest ono bardzo rozproszone i jakby iskrzy się na brzegach. To był Bóg, źródło, wszechświat. Niezależnie od terminów, jakich próbujemy użyć w ludzkim języku, to światło wydawało się być całością wszystkiego. I wiedziałam, że jestem jego częścią. Pochodzę z niego. Należałam do niego. Nigdy nie czułam tęsknoty ani nostalgii za żadnym miejscem na Ziemi. Przeprowadzaliśmy się tak często, kiedy byłam dzieckiem. Ale to uczucie było jak powrót do domu na poziomie, którego nigdy wcześniej nie doświadczyłam. A jednak nie miałam jak się do niego dostać. Nie miałam żadnej metody poruszania się. Czułam się bardzo podobnie jak we śnie, kiedy próbujesz biec, ale nie możesz, albo próbujesz uderzyć, ale ci się nie udaje. W tamtej chwili ogarnęło mnie poczucie desperacji i czułam się jakbym tonęła. Nie dlatego, że było to bolesne, ani dlatego, że się bałam, ale dlatego, że:
Potrzebowałam tego światła tak samo, jak teraz potrzebuję tlenu.
Czułam, że muszę być częścią tego światła, tak samo jak muszę oddychać. Było to po prostu to wszechogarniające przekonanie, że to światło jest wszystkim.
W innym momencie, lub może w tym samym, znalazłam się w pewnym pomieszczeniu. Była to ogromna, rozległa przestrzeń, ale wydawała się bardzo mechaniczna, podobnie jak drzwi obrotowe lub stary karuzelowy rzutnik slajdów. Każda z tych indywidualnych sekcji była jednocześnie nieruchomym obrazem, na który mogłam patrzeć jak na fotografię. Był to też film lub trójwymiarowa, holograficzna wizualizacja tego doświadczenia, na którą mogłam patrzeć z perspektywy trzeciej osoby, ale jednocześnie w jakiś sposób sama uczestniczyłam w tym doświadczeniu, i to nie tylko ze swojej perspektywy. Było to także z perspektywy wszystkich innych osób obecnych w tym pomieszczeniu. Moje postrzeganie rozdzieliło się na wiele sposobów w tej jednej chwili. Na początku miałam czas, aby naprawdę pogłębić się w każde z tych doświadczeń. Mogłam dokładnie wiedzieć, co myślą i czują inni ludzie. Mogłam także w czasie rzeczywistym doświadczyć wpływu i oddziaływania nie tylko moich słów i czynów, nie tylko zewnętrznych aspektów mnie, ale także moich myśli i mojej energii. Wydawało mi się, że mam też niewielki dostęp do tego, co wydarzyło się danej osobie przed naszą interakcją, co ukształtowało jej perspektywę w tamtej chwili. Wiedziałam, dlaczego postrzegają mnie w ten sposób, dlaczego czują to, co czują. Miałam też trochę wglądu w to, jak ta interakcja ich zmieniła. Jestem teraz bardzo świadoma, że każda nasza interakcja sprawia, że kogoś albo zostawiamy w neutralnej pozycji, albo w bardziej pozytywnym, albo bardziej negatywnym miejscu, niż był, zanim zaczęliśmy ze sobą. Były momenty, kiedy robiłam coś wspaniałego, i oni czuli się naprawdę dobrze. Były też momenty, kiedy robiłam wiele „złych” rzeczy, i te nie czuły się dobrze. Było to dla mnie poczucie rozpoznawania, co czuło się dobrze w moim ciele, a co nie. Nie było to osądzanie, ale analizowanie. Robiłam to z tą samą energią, z jaką uczyłabyś dziecko, jak zawiązać buty: jeśli coś źle zrobi, niekoniecznie je karcisz czy karzesz.
Po prostu mówisz: „Nie, rozwiążmy to i spróbujmy jeszcze raz”. I właśnie w taki matczyny, troskliwy sposób przeglądałam wszystkie doświadczenia Danielle.
Teraz doskonale rozumiem wpływ naszych interakcji jako ludzi. Czasami interakcja może być tak prosta, jak jazda samochodem i osądzająca myśl o kimś idącym chodnikiem. Może nam się wydawać, że to nie ma żadnego wpływu, ale ma. Całe to doświadczenie sprawiło, że stałam się znacznie bardziej świadoma tych doświadczeń i interakcji z ludźmi. Mam znacznie głębszą świadomość moich myśli i mojej energii. Idea prowadzenia podwójnego życia, jak to robiłam, po prostu już nie działa. Bo to tak jasne, że możesz robić wszystkie właściwe rzeczy i mówić wszystkie właściwe rzeczy na zewnątrz, ale jeśli intencja stojąca za tymi działaniami nie jest czysta, to jest to niemal tak samo złe, jak robienie złych rzeczy. Istnieje ogromna różnica między robieniem czegoś ze świadomą intencją a życiem i działaniem całkowicie nieświadomie. Ja prowadziłam bardzo nieświadome życie. Było to coś w rodzaju: „Co muszę zrobić, żeby przetrwać ten dzień pracy, żeby dotrwać do końca dnia, żeby przetrwać ten tydzień, żeby dotrwać do weekendu, żeby może w końcu wyjechać na wakacje w tym roku?”. Po prostu tryb przetrwania, tylko przebrnięcie przez to. Czułam dużo nienawiści do siebie, to może być nawet właściwe słowo; byliśmy tak daleko od samowspółczucia czy miłości własnej. Głęboko wierzyłam w swoją niewartość, w to, że nie jestem wystarczająco dobra. Częścią tego, co zrozumiałam w tym doświadczeniu, było to, że tak złe traktowanie siebie wewnętrznie, znowu, czuło się tak samo źle, jak wtedy, gdy faktycznie zrobiłam coś złego innemu człowiekowi lub powiedziałam coś złego innej osobie. Miało to dla mnie ten sam efekt i to samo odczucie. Zatem zmieniło to nie tylko to, jak wchodzę w interakcje ze światem zewnętrznym, ale także mój wewnętrzny dialog i to, jak traktuję siebie. Niektóre z tych wspomnień uważałabym za nieistotne, ale czułam, że przeżyłam każdą chwilę mojego życia w pewnym momencie tego doświadczenia. Jedno ze wspomnień, które najbardziej mi utkwiło, to to z pierwszej lub drugiej klasy. Była w naszej klasie dziewczynka, która zawsze była dręczona. Teraz, patrząc na to dorosłymi oczami, było jasne, że była zaniedbywana i prawdopodobnie krzywdzona w domu. Były trzy popularne dziewczynki – tak popularne, jak dziewczynki mogą być w pierwszej lub drugiej klasie. Dręczyły ją. Stały, zaganiając ją pod ścianę na naszym dziedzińcu. Ja bawiłam się na placu zabaw, na drabinkach. Widziałam, co się dzieje, zeskoczyłam i pobiegłam tam z pełną prędkością. Stanęłam między nimi i bardzo się z siebie śmieję, bo maleńka ja dosłownie, z ręką na biodrze i wyciągniętym palcem, zawstydzała te dziewczynki, dając im do zrozumienia, że to, co robią, nie jest w porządku. W tamtym momencie poczułam, jak to jest być zawstydzonym – te dziewczynki wiedziały, że to, co robią, jest złe. Ale poczułam też, jak czuła się tamta dziewczynka, gdy ktoś się za nią wstawił. I to jest jedna z tych rzeczy, które dotyczą rozpoznawania twojego wpływu w interakcjach: to był jeden z pierwszych razów, kiedy ktoś sprawił, że poczuła się warta tego, by się za nią wstawić, że zrozumiała swoją własną wartość. I mogłam zobaczyć, jak ta jedna mała chwila zmieniła dla niej wszystko. To było bardzo realne w tamtym momencie i wciąż mnie wzrusza, ponieważ uświadamia, jak wielką mamy możliwość krzywdzenia lub uzdrawiania we wszystkim, co mówimy i robimy. Jeśli tamta chwila dała jej możliwość spojrzenia na siebie w nowy sposób, dokąd to ją zaprowadziło? Komu jeszcze mogła potem pomóc i kogo uzdrowić? To bardzo przypomina wrzucanie kamyków do czystego, gładkiego jeziora, gdzie obserwujesz te wszystkie małe fale, które odbijają się od siebie i po prostu idą dalej.
Miałam mnóstwo czasu, aby pogłębić się w każdą z tych rzeczy i je poczuć, a potem to się „przeklikało”. Po prostu przeniosłam się do następnej sceny, gdziekolwiek się skupiłam, byłam tam natychmiast. To taka idea, że gdzie idzie twoja uwaga, tam płynie energia. Wystarczyło skupić się na czymś, a już tam byłam. W końcu to „przeklikiwanie” zaczęło dziać się coraz szybciej, aż do punktu, w którym wszystko wydawało się dziać jednocześnie – doświadczałam całego mojego życia z perspektywy każdego człowieka, z którym kiedykolwiek miałam kontakt, wszystko naraz. Kiedy to wszystko wirowało, wydawało się, że tworzy siłę ssącą, jak wir, który zaczął mnie wciągać w górę. W tym aparacie, w którym się znajdowałam, nie było sufitu ani podłogi. Ale w jakiś sposób wiedziałam całą sobą, że jeśli przekroczę ten niewidzialny próg nade mną, nie będę mogła wrócić. To byłby koniec. Kiedy przyszła mi ta myśl lub to uświadomienie, następną rzeczą, która pojawiła się w mojej głowie, był mój mąż. I wiedziałam, że nie będzie z nim dobrze, jeśli odejdę w takich okolicznościach. Więc kiedy jestem wciągana w górę i zbliżam się coraz bardziej do tego progu, teraz mnie to śmieszy, bo dosłownie czuję, że podniosłam palec w stronę Boga i powiedziałam:
„Poczekaj chwilę. Daj mi minutę.”
Miałam bowiem zamiar kontynuować podróż, miałam zamiar wrócić do domu – ale musiałam wrócić i się pożegnać. Mój proces myślowy, jeśli w ogóle mogę to nazwać procesem myślowym, był po prostu tym natychmiastowym zdarzeniem: „Wrócę. Pożegnam się i zaraz wracam”. Wiedziałam, że to oznacza powrót do mojego ciała, które w tamtym czasie było naprawdę zrujnowane. Wiedziałam, jak bolesne to będzie, i wcale na to nie czekałam, ale czułam się do tego zmuszona. Musiałam. A sposób, w jaki myślałam, że mogę się wydostać z tej rzeczy, z tego wirującego pokoju, polegał na zablokowaniu mechanizmów lub ich zepsuciu. Uderzyłam pięścią, co nadal nie ma większego sensu, bo w tamtym momencie nie miałam ciała. Nie byłam sobą. Ale kiedy to zrobiłam i przebiłam się przez wirujące coś, poczułam, jakbym znalazła rękę męża po drugiej stronie, i przeżyliśmy ten moment jak z filmowego cliffhangera, gdzie niemal na paznokciach czułam, jak mnie ciągnie. Kiedy to coś wirowało, musiałam się jakby spłaszczyć – czułam się bardzo kreskówkowo – spłaszczyłam się i zostałam wciągnięta z powrotem do swojego ciała. Z perspektywy 3D zostałam ponownie zaintubowana, więc znów byłam podłączona do respiratora. Wpompowano we mnie wystarczająco dużo krwi i produktów krwiopochodnych, żeby krwawienie ustało, ale nie reagowałam na personel ani lekarzy. Kiedy mój mąż podszedł do mojego łóżka, trzymał mnie za rękę i ściskał ją, szepcząc mi do ucha, wierzę, że wtedy właśnie miałam ten moment „muszę wrócić”, bo wyczułam go w świecie fizycznym. Ścisnęłam mu rękę i było jasne, że nadal tam jestem. Nie wiem nawet, ile czasu minęło, zanim faktycznie odzyskałam przytomność, ale moja hospitalizacja trwała łącznie trzy i pół miesiąca.
Powrót, odkrycie i przebudzenie do nowego celu
Wszyscy nasi przyjaciele byli wtedy lekarzami i pielęgniarkami. Wspomniałam o części tej historii kilku osobom, które natychmiast bardzo logicznie to skomentowały, mówiąc: „Cóż, to ma sens, prawda? Miałaś niedotlenienie. Miałaś niski poziom tlenu. Krwawiłaś. Mózg prawdopodobnie uwalnia DMT, kiedy umiera”. To były te wszystkie standardowe, materialistyczne sposoby patrzenia na takie doświadczenia. Zatem po prostu zamknęłam się w sobie i nie rozmawiałam o tym dalej. Sama to zdyskredytowałam. Robiłam wszystko, co mogłam, aby to zdyskredytować, ponieważ implikacje tego, że to było prawdziwe, były znacznie większe, niż byłam gotowa zaakceptować. Wychowywałam się w tradycji luterańskiej, a Bóg, o którym mnie uczono, w ogóle nie pasował do tego, czego doświadczyłam. Nie miałam ram dla tego kochającego, troskliwego, bezosądowego, otwartego Stwórcy. Nie miałam też miejsca na wiele skutków ubocznych, które teraz odczuwałam. Wcześniej byłam empatyczna i wrażliwa na ludzi, ale teraz to był zupełnie inny poziom. W tłumie ludzi nagle czułam się bardzo zła, albo bardzo smutna, albo bardzo niespokojna, a uczucia te przychodziły i odchodziły równie szybko, jak przechodziłam przez tłum. Czasami faktycznie słyszałam rzeczy, których nikt inny nie słyszał. Wszystko to razem sprawiło, że doszłam do wniosku, że muszę być szalona, że to doświadczenie wywołało u mnie schizofrenię. W pewnym momencie powiedziałam mężowi, że jestem prawie pewna, że mam schizofrenię, że muszę iść do kogoś po pomoc. Muszę o tym porozmawiać, bo to nie jest w porządku. Nie miałam gdzie tego umieścić poza patologią; wszystko to patologizowałam.
Gdy tylko zostałam wypisana przez zespół medyczny, ja i mój mąż przeprowadziliśmy się na Wyspy Dziewicze. Sprzedaliśmy wszystko, co posiadaliśmy, rzuciliśmy pracę i po prostu powiedzieliśmy: „Jedziemy tam spróbować”. Założyłam bardzo małą firmę sprzątającą domy i zarządzającą nieruchomościami. Zarządzałam kilkoma obiektami Airbnb dla kilku osób, a jednym z moich klientów był dżentelmen, który był typowym zbieraczem, i wszędzie miał stosy papierów. Jego żona poprosiła mnie o posprzątanie jego biura, gdy on był na zabiegu medycznym, więc jakby przemyciła mnie, żeby to zrobić. Sprzątałam wokół tych wszystkich stosów i to było najdziwniejsze. Mniej więcej w jednej trzeciej tego ogromnego stosu papierów, trafiłam prosto na tę teczkę, która była trochę stara i pożółkła, wyglądała jak raport z lat 80., faktycznie napisany na maszynie do pisania. Wyciągnęłam ją i usiadłam na jego łóżku, natychmiast zaczynając czytać. Kiedy to robiłam, strofowałam się: „To jest wysoce niestosowne. Co ty robisz? Nie grzebiesz w czyichś rzeczach. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie robiłam”. Ale kiedy zaczęłam czytać, zdałam sobie sprawę, że to była praca magisterska napisana przez studenta na temat doświadczeń bliskiej śmierci. I ten dżentelmen był jednym z trzech, z którymi przeprowadzono wywiad. Był nurkiem, któremu eksplodowała butla ze sprężonym powietrzem na pomoście obok niego, rozrywając mu tułów. Sposób, w jaki opisał światło, był dokładnie taki sam, jak mój. Opisał ten rodzaj okrągłego układu, w którym się znajdował, przeglądając swoje własne wspomnienia. Po prostu zaczęłam płakać. Nie mogłam się opanować, bo w tamtym momencie wiedziałam: „Cóż, jeśli ktoś inny tego doświadczył, to nie może być tylko halucynacja czy błędne wyładowania w moim anatomicznym mózgu, prawda?” Musiało być w tym coś. Zeszłam na dół i usiadłam na ich kanapie, trzymając tę teczkę i czekając, aż wrócą do domu. Weszli, a ja nigdy nie zapomnę, jak jego oczy rozszerzyły się, gdy zobaczył, co trzymam. Spojrzał na mnie i zobaczył, że płakałam, a potem powiedział:
„Ty widziałaś.”
To otworzyło całą rozmowę. On nigdy nawet swojej żonie nie opowiedział o tym doświadczeniu. Kto wie, jak długo ta teczka leżała w tym stosie papierów i nigdy nie była ruszona. Ale to był pierwszy raz, kiedy z całą pewnością wiedziałam, że to było bardzo realne doświadczenie. Nie było to coś, co sobie wymyśliłam.
Sens istnienia: Życie jako gobelin i oddech Boga
W 2017 roku Karaiby nawiedziły huragany Irma i Maria, jeden po drugim. Potem wszystko pokryło się pleśnią. Ten rozrost pleśni znowu bardzo mnie rozchorował. Schudłam do około 47 kg. Działo się ze mną wiele rzeczy medycznych. I częścią tego procesu zdrowienia było to, że stałam się bardzo cicha, a potem mój wewnętrzny głos przemówił do mnie wyraźnie:
„Cóż, nie robisz tego, co obiecałaś, że zrobisz, kiedy wróciłaś. Nic dziwnego, że chorujesz.”
Wiadomość, którą otrzymałam, brzmiała mniej więcej tak: „Słuchaj, możesz odejść, jeśli chcesz, ale chciałaś wrócić i zrobić te rzeczy. Więc zróbmy to”. I wtedy musiałam naprawdę zastanowić się, czy to naprawdę było prawdziwe, i co to wszystko oznacza. Wtedy przypomniałam sobie, że częścią mojego planu, a raczej Planu powrotu, było pomaganie ludziom zrozumieć, że śmierć nie jest końcem, że nie jest to nic strasznego. To tylko przejście do następnego stanu istnienia, do następnego miejsca bycia, jeśli wolisz. W końcu wyszłam z tego doświadczenia i powiedziałam mężowi: „Cóż, mam być coachem śmierci”. Na początku spojrzał na mnie jak na wariatkę, a ja powiedziałam: „Tak, nie coachem życia, ale coachem śmierci”. I wyjaśniłam. Usiadłam przy komputerze i wygooglowałam „coach śmierci”. I wtedy pojawiło się określenie „doula śmierci”. Wcześniej nigdy nie słyszałam tego terminu. Nie wiedziałam, że coś takiego istnieje. Natychmiast znalazłam swoją szkołę szkoleniową i przeszłam szkolenie. To wszystko było po prostu przypomnieniem nie tylko samego doświadczenia, ale także tego, kim jesteśmy jako ludzie. Teraz czuję, jakbyśmy udawali, jakbyśmy po prostu odgrywali te role przez pewien czas, i tak, przyjęłam rolę Danielle w tym wcieleniu. I dosłownie tak to nazywam. To bardzo przypomina coś, co już kiedyś robiłam i co zrobię ponownie w innej inkarnacji. Dla mnie celem tego wcielenia jest współczucie i połączenie. Jak je znaleźć? Jak je pielęgnować? Jak je rozwijać? A praca u schyłku życia jest jakby kulminacją tego. To najbardziej pokorna i satysfakcjonująca rzecz, jaką kiedykolwiek robiłam. I łączy wszystkie moje wcześniejsze doświadczenia: trudne rzeczy z dzieciństwa, niektóre traumatyczne wydarzenia, samo doświadczenie pielęgniarskie, doświadczenie opieki medycznej, doświadczenie bliskiej śmierci. Nagle wszystko nabiera sensu. I to jest powód, dla którego tak pasjonuje mnie praca z ludźmi u schyłku życia i przygotowywanie się do końca życia, zwłaszcza w ten bardzo świadomy, zamierzony sposób. Ponieważ przygotowując się do świadomej śmierci, automatycznie zaczynamy żyć bardziej świadomym życiem. Już samo prowadzenie tych rozmów czy słuchanie takich historii wnosi nową świadomość do twojej sfery. Prawdopodobnie mocniej przytulisz swoje dzieci, będziesz trochę milszy dla swojego współmałżonka, będziesz trochę milszy dla siebie, gdy nagle uświadomisz sobie ograniczony czas, jaki masz do dyspozycji. I że istnieje ta nieskończona część ciebie, która jest tutaj i uczy się, doświadcza, kocha i traci, i wszystkie te rzeczy, które wiążą się z byciem człowiekiem. Mamy tak wiele możliwości jako ludzie wcieleni na tej planecie, aby doświadczać, dawać i otrzymywać, i tracić. I jest tak wiele wartości nawet w tych doświadczeniach straty. Życie bardzo przypomina gobelin. Tutaj widzimy jego tył. Widzimy wszystkie pętelki, sęki i strzępienia, a gdy dochodzimy do drugiej strony, jest piękny obraz, który ma doskonały sens, a każda pojedyncza nitka jest niezbędna, aby obraz miał sens. Często mówię, że nigdy nie oddałabym żadnego z moich doświadczeń. A przeszłam przez kilka trudnych. Kiedy miałam jedenaście lat, mój biologiczny ojciec i dziadek zostali zamordowani w Oakland. I nawet tego doświadczenia nie oddałabym. Otworzyło ono tak wiele możliwości uczenia się, kochania i przebaczania. Wybranie przebaczenia mężczyźnie, który odebrał im życie, to duże wymaganie dla człowieka. Ale co za piękna okazja, prawda? Tak wiele z mojego doświadczenia i tego, co teraz robię, polega na pomaganiu ludziom to zrozumieć. Zrozumieć, że istnieje mnóstwo możliwości dla tego rodzaju otwierających i budzących doświadczeń. I nie trzeba chorować, żeby je mieć. Nie trzeba umierać, żeby je mieć. Ale trzeba być świadomym i intencjonalnym. Trzeba wybrać, aby patrzeć na rzeczy z takiej perspektywy. Teraz postrzegam każde doświadczenie jako okazję do nauki. I nawet gdy jestem w trakcie naprawdę trudnych doświadczeń, w tych chwilach staram się wejść w moje przyszłe ja i zadać sobie pytanie, co jest tu dla mnie. Zawsze jest tu coś dla mnie. Nie wierzę, że życie nam się przydarza.
Życie dzieje się dla nas.
Nawet najbardziej przerażające rzeczy. I jest wartość nawet w tych doświadczeniach, jeśli zdecydujemy się strawić doświadczenie i przetworzyć je w jakiś sens. Czy to dla nas osobiście, czy dla tych, którym możemy pomóc dzięki temu doświadczeniu, ale wszystko ma swój cel. Czuję też, że wiele z tych rzeczy dzieje się może dlatego, że nie jesteśmy na swojej ścieżce. Nie jesteśmy tam, gdzie powinniśmy być na pewnym etapie. I myślę, że właśnie dlatego miałam takie doświadczenia medyczne, jakie miałam. Żyłam, jak powiedziałam, niezwykle nieświadomie, bardzo negatywnie w stosunku do siebie. I myślę, że to było... potrzebowałam ciosu deską w głowę.
Myślę, że celem wcielenia się w ludzkie ciało jest doświadczenie. Po prostu doświadczenie. Że jedyny umysł, Bóg, twoje źródło, wszechświat – to bardzo podobne do tego, jak ryba nie wie, że jest w wodzie, ponieważ jest otoczona wodą. Czyste białe światło i energia miłości, w której wierzę, że źródło jest kulminacją wszystkich rzeczy. To wszystkie emocje. To wszystkie doświadczenia. To wszystkie częstotliwości. I dlatego nie może faktycznie niczego doświadczyć. Musiało rozwinąć system, dzięki któremu może czuć, i odczuwać, i być, i działać. I myślę, że to właśnie jest wcielenie się w fizyczny świat i fizyczne ciało. Słowo „doula” pochodzi ze starożytnej greki i oznacza „kobietę, która pomaga lub służy”. Często słyszymy o tym w odniesieniu do narodzin i macierzyństwa. Ale wykonujemy tę samą pracę po obu stronach, jak to nazywam, tej samej monety, czy mówimy o narodzinach, czy o śmierci. I ma to dla mnie dużo sensu, zwłaszcza gdy przypominam sobie cytat Edgara Cayce’ego, że:
Narodziny w świecie fizycznym są śmiercią w świecie duchowym, a śmierć w świecie duchowym jest narodzinami w świecie fizycznym.
I znowu to jest ta idea, ten ciągły przypływ i odpływ wszechświata. I teraz prawie myślę, że cały ten cykl jest jakby oddechem Boga. Każdy oddech to nowy początek i koniec, nowe narodziny i śmierć. To prawie tak, jakby wszechświat po prostu wciągał nas i wydmuchiwał z istnienia.
Komentarze
Brak komentarzy. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz