Tego siedemnastego maja, kiedy obudziłem się z wielkim guzem na szyi, pomyślałem, że to pewnie jakieś banalne zakażenie. Nic, czym nie poradziłbym sobie w milczeniu, zmagając się z trudnościami w oddychaniu i połykaniu. Ale to nie było nic banalnego. Guz rósł w zastraszającym tempie. Kiedy moja żona, Carol, wreszcie przekonała mnie, bym pojechał na pogotowie w Willow Park, czułem już, że powietrze staje się luksusem. Po serii badań – tomografii, testach krwi – w mojej głowie zaczęły pulsować sygnały alarmowe. Podano mi sterydy, antybiotyki, czekaliśmy. Wtedy do pokoju wszedł lekarz. Usiadł na małym stołku i spojrzał mi prosto w oczy. Jego mina była poważniejsza niż cokolwiek, co widziałem w życiu. Włoski na karku zjeżyły mi się mimowolnie. Powiedział:
„Powiem panu wprost. Skonsultowałem się z dwoma innymi lekarzami, wysłałem im pańskie wyniki tomografii i badania krwi. Wszyscy jesteśmy zgodni: to jest nowo zdiagnozowany, bardzo rzadki i niezwykle agresywny rodzaj raka.”
Rak. Agresywny. Musiałem umówić się do onkologa na poniedziałek. Ale ja do tego poniedziałku już nie dotarłem.
Cień na tchawicy
Dwa dni później, w niedzielę, oddychanie stało się torturą. Woda dławiona z trudem, każde zaciągnięcie się powietrzem – walka. Carol zawiozła mnie do głównego szpitala w Fort Worth. Już sama jazda była wyzwaniem; ledwie byłem w stanie utrzymać się na siedzeniu. Natychmiastowa intubacja, a potem OIOM. Leżałem tam, podłączony do rurek, monitorowany. Lekarka uśmiechała się, mówiła, że wszystko wygląda dobrze. Carol wyszła z nią, by porozmawiać przy biurku pielęgniarek. Ich nieobecność trwała zaledwie trzydzieści pięć, może czterdzieści minut.
To był moment, w którym guz na mojej szyi przemieścił się, zakrywając tchawicę. Nagle, w ciszy wypełnionej jedynie szumem aparatury, poczułem, jak światło gaśnie. Ciemność. Potem... uniosłem się. Tak, uniosłem się nad własne ciało, niczym balon uwolniony z uwięzi. Patrzyłem z góry, jak ratują moje martwe ciało. Pielęgniarki wpadły do pokoju, na alarm zabrzmiał sygnał „Code Blue”. Widziałem, jak lekarze i pielęgniarki, niczym mrowie, zapełniają salę, spychając Carol na korytarz. Ktoś robił mi masaż serca, próbując przywrócić rytm.
Inni usiłowali ponownie mnie zaintubować, ale rurka nie chciała wejść. Dopiero po dwóch nieudanych próbach zrozumieli: to guz blokował drogę. Zdecydowali się na tracheotomię. Widziałem, jak tną moją szyję, jak ciało podskakuje na stole reanimacyjnym. To musiało być okropne. Zapisy medyczne później potwierdziły, że nacięli ją trochę krzywo, uszkadzając naczynia krwionośne. Krew zaczęła wypełniać płuca.
Kiedy wreszcie udało im się umieścić rurkę, tlen nie docierał. Wszystko było chaosem, wrzaskiem, desperacką walką o oddech, którego już nie potrzebowałem. Pociągnęli rurkę – była zablokowana skrzepniętą krwią. Kiedy podłączyli tlen, rozprysnął krew po całej sali. Wtedy właśnie moje serce stanęło po raz pierwszy, na piętnaście długich minut.
Pierwszy wdech nieba
I wtedy to się stało. Bez tunelu, bez chórów anielskich, bez stopniowego przechodzenia. Po prostu byłem tu, a potem tam. Błysk. Stałem w miejscu, które nazwałem „wewnętrznym dziedzińcem”. Chaos OIOM-u zniknął. Zastąpił go absolutny spokój, cisza tak głęboka, że czułem, jakbym wreszcie wrócił do domu, którego szukałem całe życie. Ogarnął mnie uścisk miłości, ciepły i wszechogarniający, jakiego nigdy dotąd nie doświadczyłem. Światło. Nie było słońca. To Jezus, Jego światło przenikało wszystko, niosąc ze sobą Jego miłość .
Było wszędzie, wypełniało każdy zakamarek, każdą cząstkę mojego jestestwa. Drzewa... ach, te drzewa! Mam czterdzieści trzy dęby na swoim podwórku, ale w porównaniu z tamtymi, były to suche patyki. Te w Niebie były monumentalne, o kolorach, które nie istniały na Ziemi – głębokie, żywe, jakby każdy odcień miał swoją własną duszę. Kwiaty, idealnie ułożone, bez jednego zwiędłego listka. Wszystko w idealnej harmonii, otoczone niewidzialną, ale wyczuwalną melodią. To był cichy, melodyjny brzęk, hymn pochwalny.
Każda roślina, każde drzewo wydawało swój własny dźwięk, a wszystkie razem tworzyły majestatyczną orkiestrę uwielbiającą Jezusa. I zapachy! Każdy kwiat, każde drzewo miało swój unikalny, odświeżający aromat, które łącząc się, tworzyły zapach świeżości, który chciałbym zamknąć w butelce. Był tak cudowny, że nigdy nie musiałbym martwić się o pieniądze. Kiedy tak stałem, oszołomiony pięknem, zauważyłem znajomą twarz. Mój ojciec. Ale nie ten, którego pamiętałem z ostatnich lat życia, zniszczonego przez raka gardła, który zabrał go w 2011 roku.
On stał przede mną jako mężczyzna w wieku około 35-38 lat, pełen energii, witalności, zdrowy i uśmiechnięty. Nie potrzebował okularów, był ideałem. Podszedłem do niego z niedowierzaniem. „Tato?” – zapytałem, wciąż niepewny. Uśmiechnął się, a potem powiedział coś, co natychmiast przeniosło mnie w czasy, gdy byłem chłopcem.
„W końcu ci się udało, prawda, synu?”
To było jego specyficzne powitanie po każdej mojej militarnej przygodzie, gdy wracałem cały, ale poturbowany. Tym razem jednak kontekst był inny. „Tato, nic mi się nie udało. Ja umarłem!” – odpowiedziałem, na co on skinął głową, pełen zrozumienia. Rozmawialiśmy chwilę, a potem, w oddali, dostrzegłem sylwetkę otoczoną światłem. „Kto to?” – zapytałem. „Jak myślisz?” – odpowiedział. „Jezus” – szepnąłem. „Tak, tak” – potwierdził. Zastanawiałem się, jak do Niego podejść, jak z Nim porozmawiać.
Ojciec wyjaśnił, że należy uklęknąć najpierw na jedno kolano, potem na drugie, a jeśli będzie miał ochotę na rozmowę, to On ją zacznie. Jeszcze chwilę rozmawialiśmy, on pielęgnował krzewy, a ja byłem zdumiony, bo na Ziemi nigdy nie dotykał ogrodu – od tego miał nas, swoich czterech synów. Ale tu było widać jego prawdziwą radość. „Chcę iść do Jezusa” – powiedziałem. I wtedy, z taką samą nagłością, z jaką się tam znalazłem, znalazłem się z powrotem w moim ciele.
Powrót do chaosu i drugi rejs
Wróciłem do piekła. W sali OIOM-u panował totalny chaos. Lekarze reanimowali mnie, pielęgniarki biegały, maszyny piszczały. Przez piętnaście minut byłem bez tlenu. Moja żona, wierna naszej woli życia, zażądała, aby robili wszystko, co w ich mocy. Wiedzieli, że mój mózg jest uszkodzony, ale musieli walczyć. Moje płuca były wypełnione krwią, pokryte skrzepami. Tlen nie docierał. Musieli wywiercić otwór w moim boku i odciągnąć litr płynu. Skrobali wnętrze moich płuc, próbując utorować drogę dla tlenu. Stres był olbrzymi. Moje serce ponownie się zatrzymało.
Tym razem, bez najmniejszego zawahania, trafiłem prosto do Nieba. Nie unosiłem się. Po prostu byłem. Stałem na rozległej łące. W oddali widziałem wewnętrzny dziedziniec i mojego ojca. Widziałem też moją matkę, ale do niej nie podszedłem. Ponownie ogarnął mnie ten wszechogarniający uścisk miłości, świeże powietrze, totalny spokój. Nagle, przez łąkę, biegły w moją stronę dwa konie i trzy małe psy. Rozpoznałem Shakush i Shocka, nasze ukochane konie, które musieliśmy uśpić ze względu na wiek i chorobę. Dwa z trzech psów też znałem: Fudge 1 i Fudge 2. Trzeci był dla mnie zagadką.
Wszystkie były radosne, zdrowe, pełne życia. I wtedy odkryłem coś niezwykłego – mogliśmy się komunikować! Nie w sensie ludzkiej mowy, ale telepatycznie. Rozumiałem ich myśli, oni moje. Były szczęśliwe, że uwolniliśmy je od cierpienia. Fudge 2, pies ratunkowy, który wcześniej był psem-przynętą w walkach, cierpiał na PTSD i bywał agresywny. Tutaj był całkowicie odmieniony, pełen miłości, bez śladu dawnych traum. Nieznany pies, Annie, był spokojny i uśmiechnięty. Rozmawiałem z nimi, cieszyłem się ich obecnością.
Kiedy wróciłem na Ziemię i opowiedziałem Carol o Annie, wyjęła stare zdjęcie. „To była moja suczka, zanim cię poznałam” – powiedziała. Niesamowite, po ponad trzydziestu latach razem, dopiero w Niebie dowiedziałem się o Annie! Nie chciałem odchodzić od moich zwierzęcych przyjaciół. Ale znowu, tak szybko, jak się pojawiłem, tak szybko wróciłem. Do szpitalnego łóżka, do totalnego chaosu. Moje serce biło. Ale tylko na chwilę.
W objęciach Mistrza
Trzeci raz. Znowu to samo. Chaos, wysiłki personelu medycznego. Ale tym razem, w szpitalu działo się jeszcze więcej, niż jestem w stanie opisać, co odnotowano w moich tysiącach stron dokumentacji medycznej. Moje serce stanęło po raz trzeci, na 43 godziny i 28 minut. I znowu, błysk! Powrót do Nieba. Ten sam zapach, ta sama miłość, to samo uczucie ukojenia, ten gigantyczny uścisk, który otaczał mnie z każdej strony. Stałem tym razem poza wewnętrznym dziedzińcem, ale widziałem w oddali sylwetkę Jezusa. Postanowiłem do Niego podejść.
Szedłem przez Niebo, wzdłuż rzeki życia, podziwiając jeszcze więcej nieziemskiego piękna. W miarę jak się zbliżałem, przypomniałem sobie słowa ojca o klękaniu. Ale wtedy poczułem, że ojciec się mylił. Kiedy stanąłem przed Jezusem, po prostu upadłem. Cały, twarzą do ziemi, płacząc jak małe dziecko. To nie były łzy smutku, ale łzy niezmierzonej radości i czystego zachwytu. Byłem tam, przed Moim Panem i Zbawicielem. To uczucie było nie do opisania, wykraczało poza wszelkie ludzkie pojmowanie. On podszedł do mnie.
Pochylił się, wyciągnął dłoń i powiedział słowa, które do dziś rezonują w mojej duszy:
„Ujmij moją dłoń. Wstań. Wszystko będzie dobrze. Mamy wiele dróg do przejścia i wiele do omówienia.”
Pomógł mi wstać i otarł moje łzy. Pierwsze, co przyszło mi do głowy, to Carol. „Czy mogę wrócić? Muszę się nią zająć, muszę ją pocieszyć!” – powiedziałem. Jezus nic nie odpowiedział, po prostu zaczął iść. Szliśmy przez Niebo, On i ja, przez te czterdzieści trzy godziny i dwadzieścia osiem minut. Pokazał mi wszystko. Nasz dom, w którym będziemy mieszkać. Pokazał mi nasz ogród, gdzie moje psy i konie biegały wesoło po polach. Wyjaśnił mi, dlaczego moi bliscy w Niebie nie pamiętają szczegółów z życia na Ziemi – aby nie zaznali bólu, zmartwień ani tęsknoty. „Zablokuję tę pamięć z ich umysłów,” powiedział, „dopóki nie przybędziecie. A ja pocieszę tych, którzy zostali, i przywrócę im wasze wspomnienia i miłość, by im pomóc, dopóki sami tu nie dotrą.”
Ziemska kotwica
Nie chciałem wracać. Kiedy po tych wszystkich godzinach znalazłem się z powrotem w moim ciele, byłem innym człowiekiem. Całe to doświadczenie jest udokumentowane. Moje medyczne rekordy świadczą o tych trzech śmierciach, o braku tlenu, o tym, co działo się z moim ciałem. Dla większości ludzi to byłoby tragiczne. Dla mnie to było błogosławieństwo. To najlepsza rzecz, jaka kiedykolwiek mi się przydarzyła. Dziś patrzę na świat inaczej. Wiem, że miłość jest wszędzie, że życie trwa, a cierpienie ma swój sens. Pamiętam zapach Nieba, melodię roślin, dotyk ojca i uścisk Jezusa.
Te wspomnienia noszę w sobie, są moją kotwicą w ziemskim życiu. Wiedza o tym, co jest po drugiej stronie, zdjęła ze mnie strach. Nie boję się śmierci. Czekam na powrót do domu, gdzie miłość jest światłem, a każda istota śpiewa hymn uwielbienia. Moje życie, choć pełne wyzwań, jest teraz przesiąknięte tą niezwykłą, niebiańską perspektywą, którą otrzymałem w darze. Wiem, że wszystko będzie dobrze. Naprawdę wiem.
Komentarze
Brak komentarzy. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz