Niewiarygodna Podróż Deborah King: Od Pomocy Pacjentowi do Własnego Spotkania ze Światłem

Niewiarygodna Podróż Deborah King: Od Pomocy Pacjentowi do Własnego Spotkania ze Światłem

Deborah King, pielęgniarka z Queens, zawsze wierzyła w znaczenie służby innym. Jednak dopiero jej własne doświadczenie bliskie śmierci, poprzedzone niezwykłym spotkaniem z pacjentem, który sam wrócił z zaświatów, na zawsze zmieniło jej postrzeganie życia, miłości i nieśmiertelności duszy. To opowieść o powrocie do domu, głębokim przeglądzie życia i nowym spojrzeniu na świat.

Nazywam się Deborah King i pochodzę z Queens w Nowym Jorku. Dorastałam w niezwykłej, zżytej społeczności, jako część pierwszej generacji włoskich imigrantów. Nasze życie kręciło się wokół kościoła i licznych spotkań rodzinnych. Moja mama była pielęgniarką, co sprawiło, że stała się dla mnie ogromną inspiracją. Od najmłodszych lat angażowałam się w wolontariat i zawsze wiedziałam, że chcę pracować w służbie zdrowia. Ukończyłam szkołę pielęgniarską w Hunter Belleview w Nowym Jorku.

Pracując na oddziale ratunkowym w Belleview, pewnego dnia zostałam zrekrutowana do pracy na oddziale intensywnej terapii w Johns Hopkins. Był początek 1977 roku i pracowałam tam około półtora roku, gdy trafił do nas pacjent z urazami. W trakcie diagnostyki nagle jego stan się pogorszył – akcja serca ustała. Rozpoczęliśmy długą i niezwykle trudną reanimację. Pacjent nie reagował na leki, nie udawało nam się przywrócić stabilnego rytmu.

Kiedy pacjent opowiedział mi o swoim NDE

Pamiętam, jak spojrzałam na głównego rezydenta, a on na mnie. Wiedziałam, że zaraz powie, że powinniśmy zakończyć reanimację. Lecz wtedy, zupełnie spontanicznie, nie wiem skąd, wypowiedziałam te słowa: „Czy możemy spróbować jeszcze raz? Jeszcze jedna runda?” Był lekko zszokowany, ale zgodził się. Kontynuowaliśmy standardowe procedury i… udało nam się przywrócić tego człowieka do życia.

Czterdzieści osiem godzin później wróciłam na wieczorną zmianę. Na raporcie usłyszałam, że pacjent nie tylko żyje, ale poczynił ogromne postępy, odłączono go od respiratora i usunięto rurkę intubacyjną. Weszłam do jego pokoju. Spojrzał na mnie, gdy tylko przekroczyłam próg, zdjął maskę tlenową i powiedział: „To byłaś ty. Ty byłaś tą osobą.” Odwróciłam się, myśląc, że mówi do kogoś za mną. „Ja? Mówi pan do mnie?” zapytałam.

„Tak, widziałem panią, pielęgniarko” – odparł. – „Obserwowałem wszystko, co się działo, stamtąd, z góry.” Wskazał na złote monitory nad łóżkiem. Powiedział, że słyszał wszystko, widział trudności z intubacją, opisał lekarza w niebieskim uniformie z brodą, który pomógł założyć rurkę. Opowiedział, że moje długie włosy, upięte w kok, zaczęły się rozplątywać, i że wyglądałam na bardzo zmęczoną, co było prawdą, bo pracowałam po godzinach. A potem powiedział, że słyszał, jak poprosiłam: „Jeszcze jedna runda”.

Jego szczegóły były tak precyzyjne, że nie miałam wyboru – musiałam mu uwierzyć. Patrząc mi w oczy, ze łzami wdzięczności, powiedział: „Dziękuję, pielęgniarko, że to pani powiedziała. Dziękuję za uratowanie mi życia.”

Zamarłam. Pamiętam, że pomyślałam trzy słowa:

„To zmienia wszystko.”

W tamtej chwili wiedziałam, że moje życie, a na pewno moja kariera w służbie zdrowia, już nigdy nie będą takie same.

Moja własna podróż w otchłań

Pomińmy lata i przenieśmy się do roku 2008 – roku globalnego kryzysu finansowego. Mój mąż, Bob, ciągle podróżował służbowo, pracując z bankami, które padały. To było dla niego ogromne obciążenie emocjonalne, zwłaszcza że wiele banków znajdowało się na terenach wiejskich, gdzie ludzie trzymali oszczędności całego życia. Ten rok był również trudny, ponieważ mój ojciec, który mieszkał z nami, umierał na raka trzustki i odszedł w czerwcu. Było to dla mnie głęboko zmieniające życie doświadczenie; byłam z nim bardzo zżyta i niemal nie wiedziałam, jak funkcjonować bez niego. To było jak tsunami stresu.

Mniej więcej w tym czasie poszłam na badania kontrolne, czułam się tak wyczerpana. Lekarz, po dokładnym badaniu, spojrzał na mnie i powiedział: „Wyniki ma pani świetne, ale pani wygląd już nie.” Nie spodobało mi się to. Mimo zapewnień, że wszystko, co można zmierzyć, jest w porządku, czułam, że jest wiele rzeczy, których zmierzyć się nie da. Nikt nie mógł zmierzyć, jak bardzo złamane było moje serce, dosłownie. Podzieliłam się z nim częścią moich odczuć, ale wiedziałam, że takie rzeczy nie mieszczą się w wartościach laboratoryjnych.

Niedługo po tej wizycie nadeszły święta – pierwsze Boże Narodzenie bez mojego ojca. Mąż rzadko bywał w domu. Próbowałam stworzyć pozory normalności dla moich dzieci, ubieraliśmy choinkę, ale serce mi w tym nie uczestniczyło. Pragnęłam być blisko ojca i mamy, na ich grobie. Pojechałam tam – 2,5 godziny drogi od domu. Odwiedziłam grób, a potem kolejne 2,5 godziny w drodze powrotnej. Prawdopodobnie nic nie jadłam ani nie piłam. Kiedy weszłam do domu, mój mąż Bob spojrzał na mnie i powiedział: „Nie bierz tego do siebie, ale wyglądasz okropnie.” Coś intuicyjnie podpowiedziało mu, że powinien zostać. Powiedział: „Lepiej idź wcześnie spać.” Zgodziłam się, czując ogromne zmęczenie. Pamiętam, jak wchodziłam na górę i mówiłam Bobowi: „Co ty tu robisz? Słucham cię, idę spać, zajmę się sobą.” On odparł: „Posiedźmy tu i poczytajmy chwilę, Deb.” To był nasz zwyczaj. Przygotowałam się do snu, a on, wciąż w dżinsach i koszuli, usiadł obok mnie na łóżku, bacznie mnie obserwując. Coś kazało mu zostać. Gdyby tego nie zrobił, nie siedziałabym tu teraz z wami, ponieważ pięć minut później miałam pełne zatrzymanie akcji serca.

Nauczyłam go resuscytacji krążeniowo-oddechowej. Nigdy w życiu nie pomyślałabym, że będzie musiał użyć tych umiejętności, aby mnie ratować. Zadzwonił pod 911 i rozpoczął uciski. Najpierw przyjechała policja, wykonując podstawowe RKO, a potem zespół zaawansowanego wsparcia życia kardiologicznego. Oni przejęli reanimację. Reanimacja nie szła dobrze. Nie reagowałam na leki, nie udawało się przywrócić trwałego rytmu. W końcu się udało. Kiedy przewieziono mnie do szpitala, intubowano mnie i podłączono do respiratora. Byłam nieprzytomna i nie odzyskałam świadomości. Zaczęłam wykazywać tzw. postawienie decerebracyjne, które jest objawem poważnego uszkodzenia mózgu po długim okresie niedotlenienia. Zazwyczaj oznacza to, że pacjent nie ma dobrych rokowań i doznał nieodwracalnego uszkodzenia mózgu. Mój mąż widział to zza szyby oddziału ratunkowego.

Lekarze wyszli i powiedzieli: „Słuchaj, nie sądzimy, że Debbie przeżyje. Trudno nam to powiedzieć, ale jest jedna rzecz, którą możemy spróbować. Nie mamy pojęcia, czy to zadziała. To nowa, stosunkowo nowa procedura, zwana hipotermią terapeutyczną. Obniżymy temperaturę jej ciała.” Idea jest taka, że obniżona temperatura ciała zapobiegnie najgorszym rodzajom uszkodzeń mózgu. Może to zadziałać, może częściowo zadziałać, ale nie sądzimy, że mamy coś do stracenia. Zabrano mnie na oddział intensywnej terapii, gdzie byłam w śpiączce, i rozpoczęto ten protokół.

Nie pamiętam, jak opuściłam ciało. Pierwsze, co pamiętam, to znalezienie się w czarnej pustce. Mówię „pustka”, ale nie była ona pusta w sensie braku, bo czułam się żywa. Po prostu nie widziałam żadnych granic – ani góry, ani dołu, ani boków. Po prostu unosiłam się. Myśl przyszła mi do głowy dość szybko: „Myślę, że nie żyję.” W ogóle mnie to nie przestraszyło. Pomyślałam: „Jestem sobą. Myślę własnymi myślami.” Byłam bardzo świadoma tego, że jestem sobą. Byłam zafascynowana: „Jak mogę być sobą i być tak żywa?” Co więcej, byłam superżywa! Moje zmysły były tak wyostrzone. Widziałam za sobą, dookoła mnie. Słyszałam bardzo głębokie, harmonijne wibracje, które czułam również w swojej istocie. Czułam się, jakbym była częścią tego wszystkiego i widziałam każdy włókienko światła, każdą gwiazdę i każdą kulę w sposób, w jaki nigdy nie mogłabym w moim ludzkim ciele. Były tam kolory, które nie istnieją na Ziemi. Wszystko było po prostu super realne. Czułam się całkowicie bezgraniczna.

Jako pielęgniarka, chciałam to „sprawdzić”. Pomyślałam: „Dobrze, zobaczmy, czy mam ciało.” Pamiętam, śmieję się teraz, gdy o tym myślę, jak szukałam głowy, ramion, nóg. I byłam dość zadowolona z wniosku: „Okej, żadnego ciała, żadnej głowy, żadnych ramion. Zdecydowanie jestem poza moim ciałem i nie żyję.” Ta myśl, która wydawałaby się przerażająca, wcale taka nie była. Byłam zafascynowana. „Jak mogę być sobą i być tak żywa, superżywa?”

Pomyślałam: „Co ja tu robię? Okej, nie żyję. Co będzie dalej?” I to zapoczątkowało serię doświadczeń, podczas których myślałam jakąś myśl, a zaraz po tym coś się działo. Albo otrzymywałam odpowiedź, albo byłam transportowana do miejsca, gdzie widziałam odpowiedź. Kiedy pomyślałam: „Okej, co dalej?”, poczułam, jak zaczynam się poruszać. Zbliżałam się do czegoś, co wydawało się bardzo małym wejściem, jak wschodzące słońce, gdy jesteś w ciemności i zaczynasz widzieć, jak światło wschodzi nad horyzontem. Tak to czułam. Czułam też, że coś się zaraz zacznie, tak jak wschód słońca zwiastuje narodziny dnia. I zostałam wyrzucona z ciemności w zadziwiająco świetlistą sieć. Powiedziałabym, że wyglądała jak pajęczyna, tak misternie utkana. To było fascynujące. Byłam zachwycona. „Co to jest? To było takie piękne.”

W tym czasie uświadomiłam sobie obecność po mojej lewej stronie. Była wyraźnie po mojej lewej stronie. Przypominało mi to, gdy idziesz do muzeum czy na wystawę sztuki i dostajesz słuchawki z audioprzewodnikiem, który mówi: „Teraz patrzysz na ten obraz czy tę rzeźbę”. Z tą różnicą, że to było interaktywne. Ktoś do mnie mówił. Poczułam się bardzo pocieszona. Nie bałam się, ale pomyślałam: „To ktoś, kto pomoże mi zrozumieć.” Moja analityczna strona się włączyła: „Chcę to rozgryźć. Nie żyję, jestem poza ciałem. Dokąd zmierzam?”

Ta sieć była naprawdę niewypowiedziana, nie potrafię jej opisać słowami. Była tak jasna i tak inteligentna. To była kolejna rzecz, która od razu mnie uderzyła – że składała się z wielu kul światła, które były żywe i inteligentne. Uświadomiłam sobie, że weszłam w jakąś podstawową energię, która była tak wszechwiedząca i mądra, że na pewno czegoś się tam nauczę. Po prostu to czułam. Zaczęłam poruszać się przez sieć.

Przegląd życia i lekcje miłości

Początkowo doświadczenie polegało na obserwacji. Obserwowałam tę piękną sieć i miałam świadomość, że te kule to dusze. Potem rozpoznałam niektóre z nich. Nie potrafię wyjaśnić, jak je rozpoznałam. Po prostu wiedziałam dwie rzeczy: że byłam tam już wcześniej i że znałam te dusze. Nie umiałabym podać ich imion, ale czułam silne poczucie znajomości. Pomyślałam: „Znam to miejsce. Naprawdę nie wiem, skąd je znam.” I mój duchowy przewodnik w tamtym momencie powiedział:

„Tak, znasz to miejsce. Stąd pochodzisz. To jest twój dom.”

I pomyślałam: „Mój dom?” Ale to wydawało się takie właściwe. Nie było nic w tym, co mi mówiono, co wydawałoby się obce. Poczułam: „Okej, to jest to. Jestem w domu.”

Zaczęłam poruszać się przez sieć i szybko uświadomiłam sobie, że widzę sceny z mojego życia. Sceny, które przypomniałam sobie natychmiast, ale które tak naprawdę nie wydawały mi się wcześniej znaczące. Niektóre były trudne do oglądania. Pamiętam, jak pomyślałam: „Okej, jeśli to jest czas, by prosić tego przewodnika o wsparcie, to zrobię to teraz.” Miałam tę myśl, a wiadomość, którą otrzymałam, brzmiała: „To jest o nauce. To jest o ponownym przeżywaniu tego, co wydarzyło się w twoim życiu, i to nie tylko z twojego własnego doświadczenia, ale z doświadczenia innych.” I to zostało mi powiedziane w tym samym czasie, gdy tego doświadczałam, więc było to jakby doświadczenie symultaniczne.

Jedno z takich doświadczeń, które było dla mnie bardzo trudne, dotyczyło czasów, gdy byłam młodą pielęgniarką. Chodziłyśmy ze znajomymi do restauracji, gdzie serwowano duże porcje. Kiedy wyszłam z restauracji z jedną z moich najbliższych przyjaciółek, również pielęgniarką z Hopkins, miałyśmy dużo jedzenia. Pamiętam, że pomyślałam: „Zabiorę to jedzenie do domu dla moich dzieci.” W tamtym okresie mojego życia byłam samotną matką i byłam tak szczęśliwa, że będę mogła zabrać te resztki, te liczne psie torebki, do domu. Wyszłyśmy z restauracji i natychmiast skrzyżowałam spojrzenie z bezdomnym mężczyzną stojącym tuż przed wejściem. Od razu wiedziałam, co mi zostanie pokazane, i nie chciałam tego widzieć. Zawsze dawałam jedzenie, pieniądze czy nawet butelkę wody bezdomnym ludziom. Pracowałam z populacjami bezdomnych w Baltimore w darmowych klinikach i to było do mnie niepodobne, żeby nie dać nic tej osobie. Ale podjęłam świadomą decyzję, żeby tego nie robić, bo chciałam zabrać to jedzenie do domu dla moich dzieci. Pamiętam ten wzrok w jego oczach i nigdy tego nie zapomnę, widzę go teraz wyraźnie. Trudno mi nawet o tym mówić. Czułam to tak głęboko w tamtej chwili.

Potem usłyszałam: „Pomyśl i spójrz na to, czego on doświadczał.” I wtedy pokazano mi coś, czego nigdy bym nie wiedziała o tej osobie. Był głodny, oczywiście, ale czuł ogromny wstyd. Jego myśli, które mogłam słyszeć, brzmiały: „Cóż, oczywiście, że nie dasz mi swojego jedzenia. Dlaczego miałabyś? Spójrz na siebie, wychodzisz z tej restauracji, jesteś ładnie ubrana, a tu jestem ja. Spójrz na mnie. Śmierdzę. Jestem okropny. Dlaczego miałabyś mi dać swoje jedzenie?” Wstyd, który czuł, będąc tak wrażliwym i w takim stanie, był gorszy niż fizyczny głód. Potem pokazano mi, że ten mężczyzna był kiedyś bardzo odnoszącym sukcesy człowiekiem. Miał wypadek samochodowy i uzależnił się od Oxycontinu. Przez serię wydarzeń związanych z tym uzależnieniem stracił swój biznes, rodzinę, małżeństwo – stracił wszystko. Nigdy bym tego nie wiedziała, patrząc na niego z zewnątrz.

W tamtej chwili, podczas tego przeglądu życia, pomyślałam dwie rzeczy: po pierwsze, „Nie pokazuj mi więcej”, bo tak bardzo wstydziłam się, że nie zareagowałam. A potem pamiętam, jak przewodnik pomógł mi zrozumieć, że tak naprawdę nie miało znaczenia, jak on wyglądał na zewnątrz. Nigdy bym tego nie wiedziała. I jest mi to pokazywane, ponieważ nigdy nie wiesz, co dzieje się w czyimś wnętrzu, jaką bitwę ktoś stoczył lub toczy. I pomyślałam: „Nigdy tego nie zapomnę. Nigdy, przenigdy tego nie zapomnę.” Tak jak nigdy nie zapomniałam oczu tego człowieka, widzę je teraz.

Były też inne rzeczy. Nie wszystkie były złe. Było wiele dobrych rzeczy. Pokazano mi, że miałam przywilej bycia pielęgniarką i pracy jako terapeutka, mogąc pomagać ludziom. Pokazane mi rzeczy nie były wielkimi interwencjami, które uznałabym za „Deb, to był dla ciebie naprawdę wspaniały moment”. Pokazano mi drobne rzeczy, które miały ogromne znaczenie dla osób, z którymi pracowałam: dotyk dłoni, płacz z pacjentem. Pamiętam, kiedy po raz pierwszy pozwoliłam sobie na to i co to dla nich znaczyło – że nie byłam tam tylko, przechodząc przez rutynowe czynności, ale że byłam człowiekiem. Te momenty podtrzymywały mnie w przeglądzie życia i czułam się w tamtej chwili podniesiona. Poczułam się nimi podtrzymana i pomyślałam: „To nie tylko wspaniały zawód. To był przywilej. Pracowałam z duszami.”

Przesłaniem, które ze sobą wyniosłam, było to, że wszystko, co zrobiłam w moim ziemskim życiu, miało znaczenie. Nie dobre czy złe, ale znaczące dla innej osoby, wywołujące efekt falowania, którego mogłam nigdy nie poznać, ale który w jakiś sposób był mi pokazywany w tym miejscu, jak wpłynął na tę osobę. Byłam po prostu przytłoczona.

Potem pokazano mi inne życia, inne kule w matrycy. Ta część była dla mnie myląca, ponieważ teraz odchodziłam od mojego życia, by patrzeć na te kule w matrycy. Wszystkie były duszami. I obserwowałam coś, co przypominało pokaz slajdów z wydarzeń z ich życia. Niektóre z nich były dobre, ale wiele było naprawdę trudnych do oglądania. Pokazywano mi surową rzeczywistość tego, jak to było dla danej osoby doświadczać nadużyć, doświadczać odebrania sobie życia lub mieć kogoś w rodzinie, kto odebrał sobie życie. To było tak przytłaczające. Powiedziałam mojemu przewodnikowi: „Mam wystarczająco dużo problemów z własnymi sprawami. Co mam z tym zrobić?” Czułam się bezsilna. „Czy te rzeczy się wydarzyły? Czy wszystkie te rzeczy się wydarzą? Czy możemy coś zrobić, żeby je powstrzymać?”

W tamtym momencie uświadomiłam sobie, że zanim sformułowałam pytanie w mojej duszy, w mojej istocie, ono już było odpowiedziane. Wtedy byłam absolutnie przekonana, że jestem w obecności Boga. Byłam znana tak głęboko, że nie musiałam nawet zadawać pytania, a odpowiedź była bardzo jasna. Odpowiedź brzmiała:

„Nie patrz na wydarzenia, patrz na dusze, patrz na światła.”

Skierowałam wzrok na światła. I światła były niezmienione. Były tak jasne i piękne, jak zawsze. I usłyszałam słowa:

„Widzisz, nic nigdy nie może zranić duszy. Dusza jest nieśmiertelna i nienaruszona. Te rzeczy są trudne do oglądania, ale dusza nigdy, przenigdy nie może zostać zraniona.”

Nie potrafię nawet wyrazić słowami, jak głęboko to poczułam. Powiedziałabym, że poczułam to w każdej komórce mojego ciała, gdybym je miała. To było tak głębokie zrozumienie, że „O mój Boże, to ma sens! Szkoda, że nie wiedziałam tego wcześniej, że nic nie może zranić duszy.”

Potem usłyszałam słowa: „Jest jednak jedna rzecz, która może zmienić duszę.” I wtedy zobaczyłam wydarzenia przed duszami, które były wydarzeniami wspaniałych, wspaniałych rzeczy: miłości, współczucia. Ktoś pomógł komuś przejść przez ulicę, ktoś założył plasterek na kolano dziecku, które upadło, lub objął ramieniem kogoś, kto pogrążał się w żałobie. Kiedy zobaczyłam te wydarzenia, światła stały się jaśniejsze. I usłyszałam słowa:

„Widzisz, to jest to, kim naprawdę jesteśmy. To jesteś ty i to jesteśmy my wszyscy jako dusze. I tylko to ma znaczenie. To naprawdę wszystko, co ma znaczenie.”

Powrót do ciała i życie po przemianie

Po tym zaczęłam znowu się poruszać, a sieć zaczęła zanikać w tle. Dwie kule, które były w sieci, zaczęły zbliżać się do mnie. Pomyślałam: „Wow, co to jest?” Znowu, nikt nie był w ciele, ale rozpoznałam, kim byli, po ich „podpisie energetycznym”. To jedyny sposób, w jaki mogę to opisać. Była to formacja światła, która była tak unikalna dla każdej duszy w matrycy – żadne dwie nie były takie same, były tak indywidualne jak płatki śniegu czy odciski palców.

Pierwsza, która zbliżyła się do mnie, sprawiła, że pomyślałam: „Okej, będę rozmawiać z tymi energiami.” Był to transfer myśli. Rozpoznałam pierwszą jako mojego pacjenta z OIOM-u z lat 70., który opowiedział mi o swoim doświadczeniu bliskiej śmierci. Byłam zdumiona. „Czy to naprawdę ty?” zapytałam. Odpowiedział: „Tak, to ja.” Powiedziałam: „Wow, to niesamowite.” On odparł: „Tak.” Powiedziałam: „Wiesz, chcę ci coś powiedzieć. Kiedy mieliśmy to doświadczenie, gdy byłaś młodą pielęgniarką, to nie było przypadkowe. Nigdy o tym nikomu nie mówiłaś.” Potwierdziłam. „Cóż, teraz musisz to zrobić. To może pomóc wielu ludziom w sposób, którego nigdy nie poznasz, ale twoim zadaniem jest po prostu opowiedzieć swoją historię. Nie musisz nikogo do niczego przekonywać, po prostu podziel się tą historią.” Bardzo szybko doszło do mnie, że jeśli to zrobię i zaakceptuję to zadanie, to muszę wrócić do mojego ciała. A ja już wcześniej podjęłam decyzję, bardzo szybko po rozpoczęciu tego doświadczenia, że stąd nie odejdę. Byłam tam już wcześniej. Czułam się, jakbym była w domu. Byłam wolna. Nie miałam nic do roboty. Po prostu nie potrafię opisać ogromnej miłości, którą czułam, którą byłam otoczona. I pomyślałam: „Kto by kiedykolwiek chciał stąd odejść?” Szybko pomyślałam: „Och, no tak, czekaj. Chciałabym to zrobić, ale tak naprawdę nie mogę, bo nie odchodzę. Właśnie o to chodzi. Po prostu nie odchodzę.” A gdy chciałam kontynuować tę debatę z nim, zaczął się ode mnie oddalać.

Nie wiedziałam, co robić, dopóki druga energia światła nie zbliżyła się do mnie. Natychmiast rozpoznałam energię mojego ojca. Nie potrafię nawet wyrazić słowami, jak się czułam, będąc ponownie w jego obecności. To był wyraźnie on. Nie widziałam jego formy, ale wiedziałam to tak, jakby był w swojej fizycznej formie. I powiedziałam: „Tato, o mój Boże, to ty!” A on powiedział: „Tak, jestem tutaj, ale nigdy tak naprawdę cię nie opuściłem. Opuściłem swoje ciało, ale nigdy ciebie i nigdy cię nie opuszczę.” Pomyślałam: „To jest to.” Byłam tak szczęśliwa, że ponownie jestem z nim połączona. Pomyślałam: „Cóż, straciłam poprzedniego, ale tego nie stracę.” I powiedziałam: „Wiesz, tato, jestem tutaj i po prostu nie mogę… czy mogę z tobą zostać?” A on powiedział: „Nie możesz mnie opuścić. To niemożliwe. I musisz wrócić. Masz jeszcze trochę pracy do wykonania, ale ważne jest, abyś wiedziała, że nie tylko nigdy cię nie opuszczę, ale nigdy nie opuścisz tego miejsca.” A ja powiedziałam: „Cóż, co masz na myśli? Jeśli wrócę, muszę odejść.” A on powiedział: „Tak, to tak nie działa. Wrócisz, ale to miejsce zawsze było częścią ciebie, zawsze nią będzie i nie mogłabyś go opuścić, nawet gdybyś próbowała.” I w tym momencie zaprzestałam oporu. Pomyślałam: „Cóż, ufam temu, co mówi mi mój ojciec.” Nie rozumiałam tego i tak naprawdę mi się to nie podobało, ale zaakceptowałam.

I tak, w momencie wewnętrznego poddania, następną rzeczą, którą pamiętam, było opuszczenie tamtego miejsca i unoszenie się nad łóżkiem na OIOM-ie. Pierwszą rzeczą, która teraz mnie bawi, gdy o tym myślę, było to, że spojrzałam w dół i pomyślałam: „Cholera, przez te wszystkie lata pracy na OIOM-ie nigdy tak naprawdę nie wiedziałam, jak wyglądają te maszyny z góry.” Patrzyłam na nie z góry. A potem zobaczyłam siebie. Zobaczyłam swoje ciało i pomyślałam: „Och, to nie wygląda zbyt dobrze. Jesteś podłączona do respiratora. Twoje oczy są zaklejone taśmą”, co wiedziałam, oznaczało, że byłam w śpiączce. Miałam założone pasy, byłam intubowana. I pomyślałam: „Cóż, to po prostu nie jest dobra sytuacja. Po pierwsze, kto chciałby wracać do tego ciała? To ciało nie jest dobre. Jeśli mam gdzieś wracać, jeśli muszę wrócić, to potrzebuję innego ciała.” Innym uderzającym uczuciem było to, że „nie ma szans, żebym się zmieściła”. To naprawdę trudno ująć w słowa. Czułam się tak rozszerzona, tak bezgraniczna, że pomyślałam: „Cóż, i tak się tam nie zmieścisz.”

W tamtym momencie weszłam z powrotem w moje ciało. Poczułam się, jakbym się dusiła. Poczułam się ogromnie ograniczona i po raz pierwszy ogarnął mnie prawdziwy strach: „Muszę się stąd wydostać!” Po prostu naturalnie wyrwałam moją rurkę intubacyjną. Pamiętam, jak włączyły się alarmy. Zanim zespół przyszedł, patrzyłam na łóżko i była tam krew, a moja rurka leżała mi na piersi. Pomyślałam: „Ktoś w tym pokoju jest naprawdę chory.” Byłam bardzo oderwana. Wiedziałam, że to ja, ale nadal byłam bardziej w duchu. Nadal obserwowałam. A oni mówili: „Debbie, wszystko w porządku? O mój Boże!” I usłyszałam, jak ktoś bardzo głośno powiedział: „O mój Boże, nie wierzę, że się obudziła!”

Życie po przemianie

Moje wyzdrowienie było trudne na poziomie duchowym. Czułam się, jakbym jedną nogą była tutaj, a drugą tam. Wiedziałam, że muszę sobie z tym poradzić. Czułam, że jestem z powrotem w moim ciele, ale nadal czułam, że duża część mnie, więcej niż jedna noga, pozostała tam, i to było trudne. Miałam też uraz mózgu z powodu braku tlenu. Powiedziałabym, że przez dobre 6 miesięcy do roku miałam ogromne trudności z pamięcią, z mową, z czytaniem. Ale prawdziwą paradoksalną rzeczą dla mnie w tym okresie rekonwalescencji było to, że moja pamięć o doświadczeniu bliskiej śmierci była całkowicie nienaruszona. Całkowicie.

Nie mówiłam o tym, ale to było zawsze obecne w mojej głowie. Pamiętam, że myślałam: „Gdybym tam była znowu, nie zmagałabym się tak.” To było dla mnie mylące, bo byłam tutaj. Musiałam sobie z tym poradzić. Byłam bardzo szczęśliwa, że jestem z moimi dziećmi. Ludzie wiedzieli, że przeszłam przez ogromne wydarzenie medyczne. Przychodzili do domu, przynosili jedzenie. Czasem miałam problem z rozpoznaniem, kto to jest. To było bardzo, bardzo przerażające. Ale nadal miałam to poczucie, że gdybym tam była, gdybym była z powrotem w niebie, gdybym była tam, gdzie byłam, nie zmagałabym się tak. Wszystko bym rozumiała. Wszystko tam rozumiałam. Gdy tylko miałam myśl, była ona odpowiadana. A teraz jestem człowiekiem. Jestem z powrotem tutaj i muszę to zrobić. Muszę to zrobić dla mojej rodziny. Wtedy pojawiła się prawdziwa pasja: „Muszę wyzdrowieć. Muszę zaopiekować się tą rodziną. Jestem tutaj i jakoś się z tym pogodzę.”

Zaczęłam dzielić się fragmentami z moim mężem i było to dla niego bardzo, bardzo trudne, a także trudne dla naszego związku, ponieważ to on był świadkiem mojego zatrzymania akcji serca. To on rozpoczął RKO. I za każdym razem, gdy zaczynałam mówić o tym doświadczeniu, nawet trochę, dla niego było to przerażające, ponieważ mówił: „Deb, chcę cię słuchać, ale naprawdę nie mogę tam wracać.” Więc dużo pisałam w pamiętniku. Pisałam i pisałam o tym, modliłam się i medytowałam, i czułam głębokie połączenie z naturą. Kiedy byłam na łonie natury, czułam się, jakbym tam wracała. I to dawało mi poczucie bezpieczeństwa, jakby: „Okej, minie trochę czasu, zanim będę mogła rozmawiać o tym z ludźmi, których kocham, albo z kimkolwiek o tym, ale mogę tam wracać i nadal być w moim ciele.”

To doświadczenie głęboko zmieniło moje życie. Wszystko się dla mnie zmieniało. Naprawdę chciałam uprościć swoje życie, ponieważ pamiętałam słowa mojego pacjenta: „Musisz opowiedzieć swoją historię.” Nie dbałam już o wiele innych rzeczy. Wróciłam z prawdziwym pragnieniem podzielenia się tym z moimi własnymi dziećmi, moimi własnymi wnukami i po prostu z dziećmi. Włożono mi to w serce, że dzieci w dzisiejszych czasach, w świecie, w którym żyjemy, zmagają się z tyloma wyzwaniami psychicznymi, fizycznymi, chorobami; są tak zdezorientowane światem, w którym żyją, że muszą usłyszeć przesłanie, że jesteśmy przede wszystkim pięknymi duszami, że to wszystko, czym jesteśmy, że mamy w sobie światło. To jest to, kim jesteśmy i nikt nigdy nie może im tego światła odebrać. Bez względu na to, co robią, powiedziano mi: „Dusza jest nieśmiertelna i nienaruszona. Twoje światło jest twoje i nikt ci go nie zabierze.”

Skupiłam się bardziej niż kiedykolwiek w życiu na łączeniu się z moimi bliskimi i z każdym, z kim byłam, i służeniu. Stało się dla mnie jasne, gdy wróciłam, że celem naszego bycia w tym ciele jest służenie i uczenie się, na ile to możliwe jako ludzie, jak kochać bez żadnego oczekiwania na wzajemność. Więc w pewnym sensie nadal byłam sobą, ale widziałam świat przez nową parę okularów, przez te nowe soczewki. Widziałam światło w każdym, bez względu na to, kto to był – osoba, którą znałam, nieznajomy na ulicy, ktoś w sklepie spożywczym – bez względu na to, jak wyglądali na zewnątrz, co mówili lub robili. Nie musiałam ich nawet lubić, ale przyciągało mnie światło w nich. I wiedziałam, że nie ma różnicy między mną a innymi. Naprawdę jesteśmy duszami z bardzo tymczasowymi ciałami i wchodzimy w te ciała, aby się uczyć, uczyć się kochać w sposób, który nie jest tak naprawdę naturalny dla ludzi, ale jest naprawdę miłością boską.

I to głęboko zmieniło sposób, w jaki funkcjonowałam w świecie. Nie boję się śmierci. Nasze przejście jest dla nas bardzo łatwe i nie ma się czego bać. Nic nie zabierze żalu. Wiem, że nic nie zabrało mi żalu po stracie mojego ojca w szczególności. A jednak on obiecał mi i wiem, że nadal jest ze mną. Nasi bliscy są nadal tutaj. To znaczy, nie są w ciałach, ale są tutaj, i jestem w kontakcie z moim ojcem cały czas. Pojawia się, kiedy go potrzebuję. I wiem, tak jak wiedziałam w moim doświadczeniu, że jest ze mną, i to jest coś, co naprawdę chcę wykrzyczeć z dachów, ponieważ naprawdę idziemy dalej.

Źródło: youtube
Tekst został opracowany redakcyjnie na podstawie oryginalnej relacji.
Redakcja Na Granicy Światła

Tłumaczymy i opracowujemy redakcyjnie prawdziwe historie doświadczeń bliskich śmierci (NDE) z całego świata. Każdy tekst powstaje na podstawie wiarygodnych źródeł — wywiadów, baz danych NDERF i publikacji naukowych. Zachowujemy 100% faktów z oryginału.

Więcej o naszej misji →

Czy ta historia Cię poruszyła?

Komentarze

Brak komentarzy. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

Komentarz pojawi się po moderacji