Mam 23 lata, rok 1987. Dzień jak co dzień, ciepło jakby na złość. Jadę rowerem do pracy, trochę za szybki, bo świat wydaje się leżeć u moich stóp. Wtedy samochód zjeżdża na mój pas. Gwałtowne szarpnięcie, uderzenie. Pamiętam tylko, że lecę, rower na mnie, a potem krótki, przeraźliwy poślizg po asfalcie. Dwadzieścia pięć stóp ślizgu. A potem... cisza. Lecz ja wciąż widziałem. Widziałem swoje ciało, połamane, na drodze.
Widziałem rower wgnieciony tam, gdzie powinna być moja noga. Lekarze później powiedzą, że została wyrwana od kolana w dół. To ciężar roweru zatrzymał krwawienie. Czułem dziwne szarpnięcie, jakby małe dziecko ciągnęło mnie za rękaw koszuli. Z okolicy pępka. Zacząłem panikować, walczyć z tym niewidzialnym ciągnięciem. Wtedy usłyszałem głos. Nie walcz. Bądź spokojny. Zrelaksuj się.
Przepływ przez igielne ucho
Nie wiem dlaczego, ale posłuchałem. Spokój zalał mnie jak ciepła fala. Pozwoliłem się ciągnąć. Dookoła zapadła ciemność. Rozpędzona, gęsta jak smoła. Ale gdzieś w oddali, maleńki punkcik światła. Jak gwiazda na nocnym niebie. Czułem się, jakbym był nicią przewlekaną przez ucho igły. Dookoła słyszałem dźwięki. Drapanie, jak kot o meble. I krzyki. Ludzkie, agonizujące krzyki. Dziwne, bo mimo tych dźwięków, nie czułem strachu. Zadawałem sobie pytanie, skąd te odgłosy, ale odpowiedź nie nadchodziła.
To nie był strach. To było coś innego. Jakbym obserwował film, w którym nie grałem głównej roli.
Gdy wreszcie wydostałem się z tej ciemności, znalazłem się w miejscu, które... przekraczało wszelkie wyobrażenia. Barwy. Nigdy nie widziałem takich kolorów. Niebo tak błękitne, że do dziś mam łzy w oczach, gdy o tym myślę. Trawa, która nigdy nie więdnie. Miękkość, która kusiła, by położyć się i zasnąć. Woda czysta jak łza, której samo wyobrażenie napawało siłą. Ale najbardziej uderzające były dusze. Setki, tysiące szczęśliwych, uśmiechniętych istot. Zastanawiałem się, czy to nie raj.
Nieoczekiwane powitanie
Zacząłem się poruszać, a właściwie unosić. Chodziłem, ale też płynąłem. „Czy to jest niebo?” – pomyślałem. Wtedy usłyszałem odpowiedź. „Tak, David. To jest niebo i czekałem na ciebie”. Głos był ciepły, łagodny jak kołysanka matki. Nie widziałem, kto mówi, ale czułem obecność tuż obok. „Czekałeś na mnie? Jak to?” – zapytałem. Głos wyjaśnił, że mój czas na ziemi dobiegł końca. Mogę zostać. Albo wrócić. Ale ponieważ czekał, nie musiałem wracać.
„Dlaczego cię nie widzę?” – drążyłem. „Twoje oczy jeszcze nie są otwarte” – usłyszałem. Spróbowałem otworzyć duchowe oczy. Obrazy stały się ostrzejsze. Kolory bardziej intensywne. I wtedy go zobaczyłem. Młodego mężczyznę, z zarostem, oliwkową skórą i najgłębszymi, brązowymi oczami, jakie kiedykolwiek widziałem. Miał na sobie czystą szatę, a na dłoniach i stopach blizny. Nagle mnie olśniło, choć nie jestem człowiekiem religijnym. To był Jezus.
Czułem się jak dziecko, które wreszcie wróciło do domu. Domu, którego szukało całe życie.
„David, musisz zdecydować. Zostać tutaj, czy wrócić do swojego ciała. Pamiętaj, twoje ciało będzie cierpieć resztę dni”. Natychmiast pomyślałem o mojej mamie, tacie, braciach. O żonie, która nosiła pod sercem naszego syna. „Kocham to miejsce” – przyznałem. „Ale muszę wracać. Nie mogę ich zostawić”.
Przepowiednia i wybór
„Jesteś pewien?” – zapytał Jezus. „Pokażę ci, co cię czeka, jeśli wrócisz. Wojna, głód, śmierć, złamane serca. Wszystko to będziesz musiał przeżyć”. Przytaknąłem. „Jestem gotów”. I wtedy Jezus chwycił mnie za rękę. Światło zalało moje myśli. Obrazy pędziły z milionem obrazów na sekundę. Data śmierci mojej mamy. Trzynaście lat po wypadku. Rok 2000 będzie rokiem bólu. Ojciec odejdzie zaraz po nowym roku, w 2001.
Nasz syn umrze w 2014 roku od przedawkowania. Córka zginie w wypadku samochodowym w 2020. A moja żona przegra walkę z rakiem. To nie był jednak najgorszy obraz. Widziałem świat pogrążony w chaosie. Brata przeciwko bratu, naród przeciwko narodowi. Populacja dziesięciu miliardów, która skurczy się do mniej niż miliarda podczas ostatniej wielkiej wojny.
Nie wiedziałem, jak bardzo się mylę, myśląc, że jestem przygotowany.
Jezus zwolnił uścisk dłoni. „Teraz wiesz. Czy nadal chcesz wracać?” Zastanowiłem się. Następnie zapytałem: „A co, jeśli zostanę?”. Ponownie chwycił moją rękę. Tym razem obrazy były inne. Mój syn, bez mojej obecności, wplątałby się w gangi i umarł okrutną śmiercią. Córka nigdy by się nie urodziła. Moja żona wyszłaby za mąż za człowieka, który by ją maltretował. Moja matka, pogrążona w żałobie po mojej śmierci, odebrałaby sobie życie, co doprowadziłoby do tragicznej pomyłki mojego ojca, która kosztowałaby życie innych.
Powrót do bólu i miłości
Jezus ponownie zwolnił uścisk. „Wszyscy znamy odpowiedź, którą wybrałem” – napisałem. Chciałem wrócić dla siebie, dla własnych potrzeb. Ale po tym, co zobaczyłem, wiedziałem, że wracam z właściwych powodów. Spędziłem 26 lat z synem. Widziałem, jak uczy się chodzić, jak dorasta, jak się zakochuje i sam zostaje ojcem. Miałem 30 lat z córką, która inaczej by nie istniała. Z żoną spędziłem 36 lat. Wiedziałem, że rak ją zabierze, ale grałem dzielnego.
Zmarła w lutym tego roku. Dwa miesiące później, dołączyłem do grupy wsparcia. Opowiedziałem moją historię. Wiele osób przeraziła wizja ostatniej wojny. Jeden z członków, Tim, pokazał mi film o kimś, kto widział II wojnę światową. Tak trafiłem na wasz kanał. W przeciwieństwie do innych, nie widziałem, kto zacznie wojnę, ale widziałem zniszczenie po pierwszych bombach atomowych. Ludzie pytają, dlaczego tak długo milczałem, dlaczego czekałem 30 lat.
Bałem się. Nie chciałem, żeby brali mnie za wariata. Nie powiedziałem nawet żonie ani dzieciom. Po śmierci rodziców, traktowałem to jako zbieg okoliczności. Ale gdy zmarł mój syn, zacząłem rozumieć. To, co zobaczyłem, była prawdą. Nie chciałem was przestraszyć. Chciałem przygotować. Wierzę, że Jezus mówił prawdę. Wierzę też, że ostatniej wojny nie da się powstrzymać. Możecie wierzyć, albo nie.
Mam prawie 60 lat, nic już nie muszę zyskiwać ani tracić. Tak, straciłem nogę w tym wypadku. Kierowca, starszy pan, dostał udaru. Zmarł na miejscu. Ten wypadek pokazał mi, jak kruche jest życie. Zostałem chrześcijaninem i zacząłem głosić miłość Boga. Czasem żałuję, że nie powiedziałem wcześniej. Żałuję, że nie powiedziałem żonie i dzieciom. Jeśli macie coś wynieść z mojej historii, to niech to będzie ta jedna myśl: nie ma się czego bać.
Bóg jest z nami. Zawsze. Nawet jeśli nie da się powstrzymać tego, co nadchodzi, nigdy nas nie opuści.
Komentarze
Brak komentarzy. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz