Czułam, jak gaśnie we mnie życie. To nie było nagłe zderzenie, lecz powolne, metodyczne wyłączanie, jak gdyby w kolejnych pokojach mojego ciała ktoś gasił światła, jedno po drugim, przygotowując się do odejścia na zawsze. Najpierw umysł. Pamiętam ten przeraźliwy moment, kiedy zdałam sobie sprawę, że to naprawdę się dzieje. Leżałam w łóżku, otoczona gęstym, aksamitnym mrokiem, a z głośników dobiegała muzyka Coldplay.
"A Rush of Blood to the Head" – ironia losu. Próbowałam walczyć. Z trudem wstałam, kopnęłam nogami, jakbym chciała obudzić się z koszmaru, który ogarniał mnie powoli, ale nieubłaganie. Strach ścisnął mi gardło, ale nie był to strach przed śmiercią.
To było coś znacznie gorszego, coś, co rozdarło mi serce: obraz mojej babci, otwierającej drzwi do sypialni i znajdującej mnie tam – zimną, martwą, z szeroko otwartymi, wpatrzonymi w sufit oczami. Ten obraz, niczym gorące żelazo, przypalił mi duszę. Nie mogłam na to pozwolić. To nie mogło być tak. „Nie, to się nie dzieje!” – szeptałam, a może tylko krzyczałam w głowie. „Nie umrę. Nie mogę umierać, skoro mówię.
Moje oczy są otwarte, jestem tutaj. Ludzie tacy jak ja nie umierają. Proszę, nie pozwól mi umrzeć. Nie w ten sposób.” Ciało odmawiało posłuszeństwa, kończyny sztywniały, oczy utkwione w suficie. Byłam przerażona wizją jej cierpienia. To ona trzymała mnie przy ziemi, jej miłość, która była dla mnie jedyną kotwicą.
„Nie umrę. Nie mogę umierać, skoro mówię. Moje oczy są otwarte, jestem tutaj. Proszę, nie pozwól mi umrzeć. Nie w ten sposób.”
Kiedy zgasło ostatnie światło
Wtedy usłyszałam głos, cichy, ale stanowczy: „Połóż się z powrotem”. Jakby pod wpływem hipnozy, powlokłam się do łóżka. Pamiętam, jak wpatrywałam się w pustkę, z umysłem tak pustym, że aż bolało. Każda cząstka mnie wyłączała się fizycznie, a ja to czułam. Wiedziałam, że tak po prostu nie mogę umrzeć. Ale głos powtórzył: „Połóż się i czekaj.” Zamknęłam oczy, a raczej próbowałam, bo nagle zobaczyłam siebie.
Leżałam tam, na łóżku, a ja sama – ta ja, którą teraz jestem – unosiłam się pod sufitem. To było doświadczenie poza ciałem, o którym słyszałam. Patrzyłam na moje martwe ciało, na te otwarte, nieprzytomne oczy, na ciemną śmierć, która powoli mnie pochłaniała. Ale wtedy nadeszła zmiana. Ciemność zaczęła ustępować. Poczułam otaczające mnie kolory: delikatną lawendę, głęboką purpurę, nasycone indygo.
Jakby światło układało się wokół mnie w halo, w kojący uścisk. To było hipnotyzujące, piękne, pełne miłości. Wciąż słyszałam, jak z boomboxa płynie piosenka, ale teraz dźwięk był miękki, jakby przesączony przez mgłę. W tej poświacie zobaczyłam postać. Anioła, serafina, a może samego Boga? Unosił się nade mną, nad moim śpiącym ciałem.
Lawendowy kokon i Boski szept
Mój duch, który powrócił do ciała, czekał na zebranie przez anioły. Wtedy postać przemówiła, głosem pełnym najgłębszej miłości i czułości, głosem tak miękkim, że niemal go nie słyszałam, a jednocześnie tak wyraźnym, że wrył mi się w pamięć. „Nie mogę cię teraz zabrać, kochanie. Przykro mi.” To zdanie, choć pełne odmowy, było niczym najczulsze pocieszenie. Zostałam, uwięziona w ciele, ale nie sama. Zaczęłam śnić, a może halucynować. Prawda jest taka, że nie wiem, ale to, co zobaczyłam, było równie realne jak ten pokój.
„Nie mogę cię teraz zabrać, kochanie. Przykro mi. Jesteś ledwie u progu tego życia. Musisz dokończyć to, po co tu jesteś.”
Znów widziałam siebie, wciąż wpatrzoną w sufit, ale tym razem w szpitalu. Ubrana na czarno, z małą białą stokrotką w kieszonce. Cała moja rodzina przyszła mnie zobaczyć. Byłam podłączona do maszyn, ledwie oddychałam, rurka respiratora w ustach. Moje ciało było sparaliżowane, jedynie oczy mogły patrzeć – nie mogłam nawet mrugnąć. Wpatrywałam się w ich twarze, widziałam każdą łzę, każdą zmarszczkę bólu. I znowu usłyszałam ten sam głos – głos Boga.
„Przykro mi, laleczko, ale czasem, gdy ludzie próbują odebrać sobie życie, a nie nadszedł ich czas, trafiają do sytuacji, które mają im pomóc przetrwać ten czas, aż do prawdziwego końca. Czasem trafiają w takie okoliczności jak te.” Głos był kojący, pełen miłości.
Szpitalne echo boskiego głosu
Wiedziałam, że to czas na naukę. Głos kontynuował, jego ton był uprzejmy, ale realistyczny: „Obudzisz się. Będziesz w stu procentach zdrowa, a twój umysł będzie tak samo sprawny, jak zawsze. Ale kiedy to się skończy, obudzisz się bardzo chora. Być może to zniechęci cię do przyszłych prób. Proszę, błagam cię, twoje życie będzie piękne. Obiecuję ci, nie masz się o co martwić. Nie będziesz bezdomna.
Zawsze obawiałam się, że nie skończę szkoły, że nie dam sobie rady. To jest obietnica ode mnie dla ciebie. Proszę, zaufaj mi. Obiecuję, że nigdy cię nie zostawię, że nie upadniesz.” Po tych słowach mój umysł tańczył w aksamicie i czerni. Dosłownie. Kształty i wszechświaty zjadały się nawzajem i rodziły w sobie. Czysta energia kosmiczna. Gwiazdy tańczyły wokół siebie, a inne wybuchały światłem.
Pamiętam, że po tym wszystkim obudziłam się, z pełną świadomością, tak jak mi obiecano. I, zgodnie z obietnicą, chorowałam przez trzy dni, wymiotując wszystko. To była obrona mojego ciała, aby upewnić się, że nie połknę nic szkodliwego. Wiem to teraz. Ale po tych trzech dniach wróciłam do siebie, do normalnej mnie.
Kotwica w sercu babci
To doświadczenie obudziło we mnie coś więcej. Pchnęło mnie do pisania. Zaczęłam spisywać swoje myśli, swoje przeżycia. Zrozumiałam, że nieważne, kim jesteś na tym świecie – hetero, homo, biała, czarna, Afrykanka czy Amerykanka, mężczyzna, kobieta, osoba transpłciowa, zwierzę, cokolwiek i kogokolwiek – jeśli zostało stworzone, Bóg to kocha, Bóg kocha ciebie.
Jeśli to, co mi się przydarzyło, zniechęci kogokolwiek do zakończenia życia, jeśli da komuś nadzieję, to znaczy, że zrobiłam coś dobrego. To sprawia, że jestem dumna. Pamiętam te stare powiedzenie: „Ciekawość zabiła kota, ale zadowolenie go przywróciło”. Nigdy w nie nie wierzyłam, aż do tamtej nocy. Tak samo jak w to, że miłość jest silniejsza niż śmierć. Emocje i uczucia to tak potężne siły, zdolne wskrzesić nas z martwych.
Coś tak małego jak miłość, a jednocześnie tak znaczącego. Byłam tak długo pogrążona w smutnej depresji, a jeszcze nie widziałam cudu w moim życiu. Nikt nie był dla mnie surowszym, wredniejszym krytykiem niż ja sama. Możesz doszukiwać się, skąd pochodzą te negatywne wewnętrzne głosy – mama, tata, wujek, babcia, dziadek. Albo obwiniać całą swoją dysfunkcyjną rodzinę. Śmiało. Wiem, że tego chcesz. Reszta z was też chce zrzucić winę na kogoś.
Prawda jest taka, że nieważne, jak wyjaśnisz moją niestabilność, dla mnie to bez znaczenia. Ale niezmiennie szaleństwo mojej egzystencji zawsze pchało mnie do chęci zakończenia tego wszystkiego. Tak było, odkąd skończyłam dwanaście lat. Moja babcia zdała sobie sprawę z powagi sytuacji dopiero, gdy po raz pierwszy i ostatni pozwoliłam sobie na opiekę psychologiczną.
Kiedy leżysz na noszach i wymiotujesz, aż płoniesz w środku, pomyślałbyś, że to moment, w którym człowiek się zatrzyma, prawda? Mylisz się.
Miłość silniejsza niż śmierć
Nie minął tydzień od wyjścia ze szpitala, a ja próbowałam cztery razy. Zawsze myślałam: „To koniec. To będzie mój ostatni raz”, tylko po to, by obudzić się w pełni, obolała. Zawsze w bólu. Gorszym niż za pierwszym razem. Ostatnia noc była nieunikniona. Serce Boga bolało za mnie i uznało, że wystarczy. Może musiał tylko udowodnić, kto ma klucz do życia i śmierci. I zgadnijcie, kto go ma? Wszyscy. To nie tylko Jezus.
I to nie tylko Bóg, ale także ja. Miałam moc, by się zniszczyć. Albo miałam moc, by się wzmocnić. Ja. Tamtej nocy wypiłam całą butelkę nielegalnych substancji. Butelkę ginu Beef Eater. Nieco środków nasennych i do tego herbatę żeńszeniową. Pomyślałam, że teraz to na pewno zadziała. I zgadnijcie, moi drodzy? Naprawdę zadziałało. Kiedy leżałam na noszach, to było nic. Absolutnie nic w porównaniu z tamtą nocą.
Czułam, jak całe moje ciało się wyłącza, mój mózg się zamyka, a serce zwalnia, aż został tylko słaby puls. Jeśli myślicie, że żartuję, że jestem dramatyczna, to dobrze. Ale ja wiem, co czułam tamtej nocy. Widziałam początkowe stadia śmierci. Przede wszystkim musisz wierzyć, że anioły otaczają cię miłością, bez względu na to, jak nisko upadłeś. Nawet jeśli jesteś tak suchy i rzeczowy jak Bill Maher, anioły otaczają cię i rozświetlają twoją drogę.
Są tam z jakiegoś powodu. Kiedy umierasz, musisz zostać przeprowadzony przez sfery astralne. Kto zrobi to lepiej niż anioły? Ja miałam ich chyba ponad pięćdziesiąt, strzegących mnie. Widziałam, jak wyszłam z ciała. Kilka razy unosiłam się wysoko pod sufitem, patrząc na swoje śpiące ciało. Większość naukowców powiedziałaby, że mózg jest aktywny nawet po śmierci.
Przede mną migało kilka obrazów naraz, być może dlatego, że miałam mieć doświadczenie bliskie śmierci albo umrzeć. I to też może być prawda. Mój mózg, rozumiejąc swój i ciała koniec, mógł być naprawdę nadaktywny tamtej nocy, pokazując mi wiele rzeczy, w tym moje dzieciństwo. Ale ja wiem, co widziałam. Następnie poczułam, jak cały mój pokój wypełnia się tęczami, fioletowym i złotym światłem, i poczułam obecność Boga. Wiesz, co powiedział?
Nie powiedział: „Będziesz płonąć w piekle. Jesteś zła za to, co zrobiłaś. Jesteś złą osobą.” Wiesz, co mi powiedział? „Nie mogę cię teraz zabrać, kochanie. Jesteś ledwie u progu tego życia. Musisz dokończyć to, po co tu jesteś.” Pamiętam ten bardzo miękki, subtelny sposób, w jaki powiedział „kochanie”. To było cudowne, jakby Bóg był na bieżąco, a jednocześnie był sobą.
Miał delikatny, kobiecy dotyk, bo Bóg jest zarówno męską, jak i żeńską energią, ale to było piękne. Zawsze pamiętałam, jak czytałam chrześcijańskie poradniki w księgarniach, czując frustrację, moje serce zawsze pękało z pytaniem: „Czy to dotyczy także mnie?”, gdy opisywały bezmiar i wieczność Bożej miłości. Zawsze niszczyło mi to serce. Jak Bóg mógłby mnie pokochać?
Podobnie patrzyłam na wszystkich w moim życiu, moją rodzinę, moich przyjaciół, online i offline. Jak ktokolwiek mógłby mnie kochać, skoro ja sama siebie nie potrafię? Rewolucyjny ezoteryzm. Dlaczego Bóg miałby poświęcać swój cenny czas, żeby się mną przejmować? Chronić mnie, tak, kiedy piję do nieprzytomności przez wiele dni. Bez jedzenia, bez wody, nic oprócz alkoholu, który kołysał się w moim żołądku.
Przypominało mi to, jak bardzo jestem sama, jak bardzo jestem smutna, odrzucona przez świat. „Więc, Ojcze, jeśli jestem Twoją córką, dlaczego pozwoliłeś jej prostytuować się na ulicach? Czy możesz kochać splamione dziewczyny takie jak ja?” Nikt nie mógł. Ale wtedy zostałam wskrzeszona przez miłość, prowadzącą dłoń świetlistej miłości. Zostałam przywrócona, bo moje serce odmówiło poddania się. Ten biedny silnik po prostu nie chciał się zatrzymać.
I oto jestem, moi drodzy. Nawet te słowa piosenki, które krążyły mi w głowie: „Zabieram cię do domu”. I tak to było, moi przyjaciele. Moje pierwsze spotkanie z aniołami i Bogiem. Moje serce mogło się zatrzymać lub zwolnić do niczego, ale wciąż płynęła w nim krew. Krew miłości, baranka, jakkolwiek to nazwiecie. Coś trzymało mnie ugruntowaną w fizycznym świecie, uniemożliwiając odejście. Jestem tutaj, aby zrobić coś ważnego.
I pewni ludzie w moim życiu, na przykład moja babcia, kochali mnie. Ciągle myślałam: „O mój Boże, co jeśli znajdzie moje ciało tutaj, w łóżku? Jak by się czuła? Jak by się czuła, widząc moje bezwładne, martwe ciało leżące w łóżku, gdy płyta Coldplay wciąż gra w nieskończoność?” To mnie tu trzymało. Ten obraz, ona, a nawet nie tyle ona, co po prostu idea, że zobaczy moje ciało leżące w tym łóżku martwe, z oczami wpatrzonymi w sufit.
Moje oczy nie zamknęły się przez część nocy, większość tej nocy. Chciałabym wtedy zrozumieć znaczenie tego. Co czytały moje oczy, gdy były wpatrzone w sufit? Czy były pełne nadziei, smutku, rozpaczy? Czy można było odczytać mój wyraz twarzy, gdybym umarła tamtej nocy? Idea, że budzimy się nawzajem każdego dnia, aby dokończyć dzień. Teraz jest inaczej, bo mogę pisać o swoich emocjach, ale ich nie pokazywać. I teraz wszystko rozumiem.
Jej miłość powstrzymała moje serce przed odlotem.
„Miłość jest silniejsza niż śmierć. Moje serce odmówiło poddania się. Ten biedny silnik po prostu nie chciał się zatrzymać.”
Miłość jest silniejsza niż śmierć. To samo można powiedzieć o Jezusie Chrystusie. Poświęcił swoje życie jako ostatnią ofiarę, aby wszyscy mogli mieć zbawienie. Osobiście wierzę, że Bóg zstąpił na ziemię więcej niż raz, oprócz Jezusa, ale Jezus jest najbardziej popularny. Innym doskonałym przykładem byłby film „Lost and Delirious”. Pamiętacie, jak Paulie była z Mary Brave?
Recytowały rolę Lady Makbet w szekspirowskim „Makbecie”, a potem same wybrały zjednoczenie z ciemnością. Pamiętacie, jak Mary Brave na końcu powiedziała: „Prawie zginęłam w ciemności, ale ty byłaś we mnie, mówiąc: Bądź silna. Ty byłaś sercem we mnie, które trzymało się światła.” Niestety, Paulie nie miała nikogo, kto by ją kochał, i nikogo, kto by ją prowadził z ciemności, więc musiała odlecieć. To bardzo podobne.
Zginęłam w niebycie, czarnych dziurach, czarnej scenerii i apatii. Ale bicie mojego serca trzymało mnie tutaj, na planecie Ziemia. Kocham was wszystkich. Bądźcie silni. Proszę, nie przestawajcie. Ktoś was słyszy, gdzieś tam.
Komentarze
Brak komentarzy. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz