Zacznę od tego, co było najbardziej namacalne, a jednocześnie najbardziej niewiarygodne. Od dwudziestu jeden dni, kiedy to moje ciało, ku zdziwieniu wszystkich, a przede wszystkim mojemu, przestało domagać się pokarmu. To nie była głodówka. To było coś zupełnie innego. Pamiętam ten moment, kiedy ostatni kęs zniknął, a ja, pełen obaw, czekałem na nadejście kryzysu. Czekałem na ból, na osłabienie, na ten przerażający, ssący głód, który znałem z opowieści. Ale on nie nadszedł.
Powietrze, które karmi
Zamiast tego, po kilku dniach, poczułem coś, czego nie da się opisać. Lekkość. Nie była to jedynie fizyczna ulga od trawienia. To było poczucie, że grawitacja ziemi, która przez całe życie trzymała mnie w ryzach, nagle zelżała. Czułem się, jakbym unosił się nad ziemią, nie dosłownie, ale wewnętrznie. Mój umysł stał się krystalicznie czysty, a zmysły wyostrzyły się do granic możliwości. Kolory wydawały się intensywniejsze, dźwięki bogatsze. Zamiast pustki, w moim ciele panował niewiarygodny spokój.
To doświadczenie, ten proces, to było jak ponowne narodzenie, jak odkrycie zupełnie nowego sposobu istnienia. Wówczas nie miałem jeszcze pojęcia, jak głęboko to wydarzenie rezonuje z tym, czego szukałem przez lata w dalekich Indiach. To nie była łatwa decyzja. Impuls przyszedł z Polski, z lektur, z opowieści o ludziach, którzy żyli na pranie. Pamiętam spotkanie z polską panią z Londynu, która od lat nie jadła. W jej mieszkaniu nie było kuchni, tylko dwie filiżanki i pudełko biszkoptów dla gości. Jej oczy płonęły życiem, a skóra promieniała. Później, będąc już w tym stanie, pojechałem do Indii.
Tam, ku mojemu zaskoczeniu, spotkałem joginów, którzy, choć z niedowierzaniem patrzyli na białego człowieka w ich świecie, przyznali, że to możliwe. Moje badania krwi? Wszystko w normie. Żelazo w idealnym poziomie. Okazało się, że nie tylko himalajscy awatarowie są do tego zdolni. My, zwykli śmiertelnicy, też możemy to zrobić.
„Te pierwsze dwadzieścia jeden dni było jednym z najpiękniejszych momentów mojego życia. Czułem, jakbym unosił się nad ziemią – to było znakomite doświadczenie.”
Szept mistrza i labirynt myśli
Zanim jednak doszedłem do własnego doświadczenia niejedzenia, moje poszukiwania zawiodły mnie do Indii. Trafiłem tam wiele lat wcześniej, w 1989 roku. Najpierw byłem zafascynowany Sai Babą. Czytałem o nim, wydawałem książki, wierzyłem w te wszystkie opowieści o cudach. Gdy przekroczyłem bramę jego aśramu, chłonąłem historie o przechodzeniu przez ściany, o materializacjach. Byłem tam, widziałem ludzi, którzy znikali. Później, z perspektywy lat i rozwoju internetu, zaczęło to wszystko nabierać innych barw. Zrozumiałem, że wiele z tych „cudów” to mistrzowskie iluzje, starannie przygotowane triki.
Widziałem, jak zamożni wyznawcy, w tym twórca Hard Rock Cafe, finansowali szpitale i budowali imperia wokół jego osoby. Byłem świadkiem wizyty Hillary Clinton i całej rodziny królewskiej Nepalu, choć ci drudzy, niespełna rok później, tragicznie zakończyli żywot. Pomimo moich późniejszych wątpliwości, jedna rzecz, którą usłyszałem od Sai Baby, utkwiła mi w pamięci. Siedziałem w pierwszym rzędzie, tysiące ludzi wokół, a on spojrzał na mnie, zatrzymał wzrok i powiedział, w nie najlepszym angielskim, ale zrozumiale:
„Pamiętaj, żadna myśl nie jest twoja.”
To było jak uderzenie pioruna. Wtedy to już przestałem interesować się całą tą sferą małych cudów. Te słowa otworzyły mi oczy na zupełnie inną perspektywę, na zagadkę umysłu i jego prawdziwej natury. Zaczęło to we mnie działać, powoli, ale nieodwracalnie. To właśnie ta myśl, to ziarno wątpliwości, a jednocześnie głębokiej prawdy, zaprowadziło mnie w końcu do innych mistrzów i do mojej własnej praktyki.
Kiedy umysł milknie, ciało przemawia
Z czasem trafiłem do innego mistrza – Jasy, jogina z Maharasztry. Dzięki niemu mogłem wejść głębiej w siebie, oderwać się od zewnętrznego świata. Podróżowałem z nim, poznając innych fascynujących ludzi. To Jasa uczył, że oddech jest wszystkim, że to on łączy duszę z ciałem. I faktycznie, kiedyś doświadczyłem stanu, w którym czułem się bezosobowo, dryfując gdzieś poza sobą. Wtedy ktoś powiedział: „oddychaj!” I nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, poczułem swoje ciało, jego granice, jego fizyczność.
Było to jak ponowne połączenie z kotwicą w rzeczywistości, którą wcześniej opuściłem. Jego nauki, choć subtelniejsze, rezonowały z tym, co później usłyszałem o Krishnamurtim. O nim usłyszałem od jego wieloletniego tłumacza, Aramesha Bhaia, prezesa banków, który porzucił wszystko dla ścieżki duchowej. Krishnamurti opisał proces, który nazywamy „oświeceniem”, nie jako duchowe olśnienie, lecz jako czysto biologiczny proces. Mówił, że jesteśmy zanurzeni w oceanie myśli, a one, niczym pasożyty, żerują na naszej energii.
Docierają do nas, replikują się, czerpiąc z naszej pamięci, i wracają, odświeżone, do tego oceanu. Ale co się dzieje, gdy myśl nagle nie znajduje zaczepienia? Gdy człowiek przestaje pragnąć, szukać, dążyć? W przypadku Krishnamurtiego, myśl trafiała w pustkę i tam, pozbawiona pożywienia, umierała z głodu. Spadała na niższy poziom energetyczny, wibracji, stając się materią. Jego ciało było przez długi czas pokryte popiołem, a jego pamięć? Wymazana. Nie wiedział, kim jest, czy jest mężczyzną, czy kobietą. Układ hormonalny szalał, rosła mu lewa pierś. Skóra świeciła fosforyzującym blaskiem.
Widział panoramicznie, niemal 360 stopni. Zmysły działały inaczej. Co więcej, w tym procesie, Krishnamurti co jakiś czas „umierał” – jego serce i inne układy przestawały działać. Leżał jak trup, by po pół godzinie wrócić do życia. To właśnie te 21 dni, o których pisali starożytni mędrcy. Jeśli ciało wytrzyma ten stan, jeśli nie zostanie „spalone” przez intensywność transformacji, wówczas może narodzić się na nowo, w innej jakości. Moje własne doświadczenie było ledwie echem tego, co on przeszedł, ale pokazało mi, że prawda leży w tym samym, głębokim miejscu.
„Bóg nie jest tam w żadnych proszkach, jest we wnętrzu. Całe przesłanie jest krótkie: nie ma niczego na zewnątrz. Tak naprawdę nic nie istnieje. Wszystko jest tu.”
Cisza, która uczy
Moja podróż przez Indie nauczyła mnie, że większość tak zwanych mistrzów to sprytni biznesmeni. Jeden na stu jest może prawdziwym nauczycielem, reszta to kuglarze, którzy wykorzystują ludzką potrzebę cudu. Sam byłem świadkiem, jak młody chłopak z Mauritiusa, Nirmala Swami, szybko opanował sztukę iluzji, którą prawdopodobnie podpatrzył w otoczeniu Sai Baby. Materiały na jego figurkach to nic innego, jak zręczna manipulacja. W Indiach, w stanie Maharasztra, jest nawet prawnie zakazane „robienie cudów”, by nie zwodzić ludzi i nie eksploatować ich finansowo.
Prawdziwa transformacja nigdy nie polega na zewnętrznych pokazach. Potwierdzenie autentyczności takich zjawisk, jak niejedzenie, znalazłem w dokumencie „Na początku była światłość”. Ten film to wspaniałe świadectwo, poczułem w nim od razu jakąś głęboką prawdę. Pokazuje on Prahlad Jani, indyjskiego jogina, który od dekad żyje bez jedzenia i picia, badany przez zespół lekarzy z indyjskiego Ministerstwa Obrony. Rozmawiałem z nimi, widziałem ich raporty. To zjawisko jest w stu procentach prawdziwe i zweryfikowane naukowo. Nie wierzycie? To wasza sprawa. Ale ja wiem.
To nie jest kwestia wiary, tylko doświadczenia. Dziś wiem, że do tego stanu nie dojdzie się ani lekturą, ani wykładami, ani pielgrzymkami, ani szukaniem siebie w Indiach czy w kościołach. Jasa mówił: „Bóg nie jest tam w żadnych proszkach, jest we wnętrzu.” Cała prawda leży w ciszy. A jego przesłanie jest proste, choć ekstremalne: nic nie istnieje na zewnątrz. Wszystko jest tu. To, co wydaje się pozorne, jest tylko projekcją.
I choć życie, z jego presją i grawitacją, czasem ściągało mnie z tej drogi niejedzenia, to wspomnienie tych dwudziestu jeden dni i późniejszych krótkich powrotów, pozostaje dla mnie drogowskazem. To była podróż poza ciało, poza umysł, w głąb istoty, która na zawsze zmieniła moje postrzeganie rzeczywistości. Dziś wiem, że wszystko, czego szukałem na zewnątrz, zawsze było w środku, czekając na moment, kiedy odważę się posłuchać ciszy.
Komentarze
Brak komentarzy. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz