Szczęk metalu. Zimno, które wdzierało się pod skórę, choć gorączka trawiła mnie od środka. Sto cztery stopnie Fahrenheita, a ja drżałem, leżąc na ruchomym stole, który wydawał się boleśnie mały, niebezpiecznie blisko krawędzi. Obok mnie biegła pielęgniarka, przygotowując kroplówkę. Pożegnałem się z żoną, tak zwyczajnie, nie wiedząc, że to pożegnanie z dotychczasowym życiem. Drzwi sali operacyjnej rozwarły się z hukiem, a ja pomyślałem: Jak oni tu pracują? Przecież to zamrażarka! Przesunęli mnie na ten stół, ciasny i obcy. Rozejrzałem się. I wtedy się stało.
Na prawo ode mnie, znikąd, pojawił się Jezus. Nie obraz, nie wizja, ale fizyczna postać. Wszystko inne wokół, cały ten szpitalny zgiełk, ludzie w zielonych strojach, to zimno – po prostu stopniało, rozpłynęło się w nicości. Zostałem ja i On. Patrzyłem na Niego, kompletnie zdezorientowany. Co się dzieje? Czyżbym umarł? Przecież, jak słyszałem, ludzie po śmierci unoszą się nad własnym ciałem. Ja tego nie doświadczyłem. Więc chyba nie umarłem. Ale to nie był sen. To była rzeczywistość. Tylko wzmocniona. Wyostrzona do granic.
Twarz z Miłości
Jego skóra była ciemniejsza, niż uczyły mnie dziecięce obrazki – przypominał mi Araba. Biała szata, falujące brązowe włosy, a oczy... Ach, te oczy. Ciemne, zielonkawo-niebieskie. Kiedy spojrzał na mnie, poczułem, jakby przeniknął moją duszę. Z Niego emanowała miłość. Czysta, wszechogarniająca. To właśnie to uczucie upewniło mnie, że to naprawdę Jezus. Wszystko w Nim promieniowało miłością. Wyciągnął rękę i powiedział:
Chcę odpowiedzieć na twoją modlitwę.
Modlitwę? Jaką modlitwę? Mój umysł, wciąż oszołomiony, próbował połączyć kropki. Nagle przypomniałem sobie. Byłem dzieckiem, kiedy mój dziadek zmarł. Pamiętam księdza, który trzymał w ręku kuleczkę z łańcuszkiem, a z niej unosił się dym. Mówił, że to nasze modlitwy lecące do nieba. Mówił o dziadku, że jest w niebie, gdzie nie ma już bólu, smutku ani łez. Wtedy, jako mały chłopiec, pomyślałem: Wow, to brzmi wspaniale. Chciałbym to zobaczyć. To była moja dziecięca modlitwa, zapomniana przez lata, a teraz, tutaj, usłyszałem, że zostanie spełniona.
Na zielonej trawie Nieba
Wyciągnąłem rękę i ująłem Jego dłoń. W tej samej chwili staliśmy na wzgórzu. Wszystko wokół mnie było białe. Biel tak oślepiająca, tak czysta, że nigdy wcześniej takiej nie widziałem. Patrzyłem pod stopy. Byłem boso. Nadal miałem na sobie szpitalną koszulę, ale pod moimi stopami rozciągała się najpiękniejsza trawa, jaką kiedykolwiek widziałem. Błękitno-zielona, idealnie przystrzyżona, nieskazitelna. Moje zmysły były wyostrzone do tego stopnia, że czułem i mogłem policzyć każdą pojedynczą źdźbło trawy pod moimi stopami. To było szaleństwo!
Chłodne zimno sali operacyjnej ustąpiło miejsca kojącemu ciepłu, które rozchodziło się po całym moim ciele, aż do palców u stóp. Próbowałem przyzwyczaić oczy do tej wszechobecnej bieli. Po prawej dostrzegłem jeszcze jaśniejszą biel, pulsujące źródło światła. Wpatrywałem się w nie, oczarowany. Nagle z tego światła zaczęły emanować smugi. Wyglądały jak fluorescencyjne rury, takie, jakich używa się w warsztacie, ale miały tylko około sześćdziesięciu centymetrów długości i były gładkie, a ich biel połyskiwała. Zaczęły przelatywać obok mnie, wirując. I jedna z nich leciała prosto na mnie.
Myślałem: Co mam zrobić? Uchylić się? Uderzyła mnie prosto w czoło. Usłyszałem cichy, brzęczący dźwięk, a kiedy przeszła przeze mnie, rozlało się we mnie cudowne ciepło. To zimno, które czułem na stole operacyjnym, zniknęło bez śladu, zastąpione głębokim, przyjemnym gorącem.
Zasłona opada
W jednej chwili poczułem, jakby ktoś pociągnął zasłonę, od mojej prawej do lewej strony. Cała ta biała mgła, ta zasłona bieli, po prostu się rozsunęła. I wtedy ujrzałem krajobraz, który zapierał dech. Stałem na wzgórzu. Poniżej rozciągały się maleńkie, delikatne kwiaty, niczym groszek pachnący. Były w pastelowych odcieniach fioletu, żółci, pomarańczy i różu. Tańczyły na wietrze, choć wiatru nie było. Pomyślałem: Dlaczego one się ruszają? U podnóża wzgórza, tam gdzie zniknęła biała zasłona, rozciągała się dolina. A w niej wielkie miasto.
Widziałem tylko dachy, bo nad miastem unosiła się mgła, ale dostrzegłem ogromną złotą kopułę, jak kopuła kapitolu, i wiele mniejszych. Miasto było olbrzymie, rozciągało się na mile, a wśród mgły wystawały białe wieże, niczym kościelne dzwonnice. Za miastem, po drugiej stronie doliny, pięła się kolejna góra, pokryta idealnie ukształtowanymi sosnami, każda w odcieniu najpiękniejszej zieleni. A nad tym wszystkim – najwspanialszy zachód słońca, jaki można sobie wyobrazić. Nad drzewami tańczyły czerwienie, pomarańcze i żółcie, przechodzące w purpury, zielenie, aż po jaskrawy błękit na samej górze.
Te świetliste smugi, które wcześniej przelatywały obok mnie, teraz szybowały nad doliną. Jedna z nich uderzyła w czubek sosny. I stało się coś niezwykłego. Jakby uderzyła w diament, bo rozpadła się na setki maleńkich smug światła. Wkrótce cała góra rozbłysła tysiącami białych fajerwerków. To był jak gigantyczny pokaz sztucznych ogni, ale wszystko było jaskrawo białe, fluorescencyjne. Po prostu patrzyłem na to wszystko, mówiąc w duchu: To jest niesamowite! Kiedy znów spojrzałem na źródło światła, z którego emanowały te smugi, Jezus powiedział mi:
To jest chwała Pana.
Usłyszałem te słowa i poczułem, jak kolana uginają się pode mną. Po prostu upadłem. W tej samej chwili, w której moje kolana dotknęły ziemi, poczułem wstrząs. Elektryczny. I wtedy mnie odesłali. W jednej chwili byłem w niebie, a w następnej… Piekło. Ponownie w sali operacyjnej. Niewyraźna postać lekarza pochylała się nade mną, w masce. Usłyszałem jego głos: „Czy wiesz, jak się nazywasz?”
Powrót i przebudzenie
Otworzyłem usta, by odpowiedzieć, ale były tak suche. Z trudem wydobyłem z siebie: „Mike”. „Dobrze” – powiedział. – „A wiesz, gdzie jesteś?”. Znowu zamieszanie. Gdzie Jezus? Gdzie niebo? Gdzie ten cudowny krajobraz? Ale lekarz ponowił pytanie. W głowie szybko przeleciał mi obraz wesela, hotelu. „Ventura” – odpowiedziałem. Patrzył na mnie przez chwilę, potem odwrócił się do innych ludzi w pomieszczeniu – pięciu innych osób w strojach chirurgicznych – i powiedział coś w stylu: „Będzie dobrze. Wrócił”. Dopiero wtedy zobaczyłem obok łóżka wózek reanimacyjny.
Jedna z elektrod leżała przekrzywiona, kable zwisały. Ktoś właśnie zbierał sprzęt. Wtedy zrozumiałem: O Boże, ja naprawdę umarłem. Następnego dnia przyszedł chirurg. Sprawdzał szwy, mierzył mi temperaturę. „To był najgorszy przypadek, jaki kiedykolwiek widziałem” – powiedział. Myślałem, że żartuje. Kiedy już miał wyjść, zatrzymał się w drzwiach i dodał: „Widziałem gorsze, ale tamci pacjenci nie przeżyli. Pana przypadek był najgorszy z tych, którzy wyszli z tego żywi.” Moja żona przyszła do mnie kilka godzin później. Zapytała, jak się czuję.
Odpowiedziałem, że jeszcze nie najlepiej, ale dodałem: „Nie uwierzysz, co się stało”. Kiedy otworzyłem usta, żeby opowiedzieć, po prostu się rozpłakałem. Nie byłem w stanie. Myślałem, że nie dam rady opowiedzieć jej o Jezusie i niebie. Minęły trzy dni, zanim wreszcie, płacząc, byłem w stanie przelać na nią całą tę historię. Ona też płakała.
Nowe życie, nowe oczy
To było naprawdę niezwykłe. Zawsze uważałem się za „niedzielnego chrześcijanina” – chodziłem do kościoła, ale tak naprawdę nigdy tego „nie chwytałem”. Po tym doświadczeniu wszystko się zmieniło. Wiem, że Jezus jest prawdziwy, jest fizyczną osobą. To przewróciło do góry nogami wszystko, co wiedziałem, lub myślałem, że wiem, o niebie. Może to naprawdę jest fizyczne miejsce, które Bóg po prostu przed nami ukrywa? W końcu Bóg może wszystko. Przez dwanaście dni leżałem w szpitalu, straciłem piętnaście kilogramów. Byłem cieniem człowieka. Przez sześć dni byłem na diecie płynnej.
Aż w końcu pozwolono mi na półpłynne jedzenie. Kiedy pielęgniarka podała mi banana, rozpłakałem się jak dziecko. W dłoni trzymałem owoc, który wyrósł z ziemi tysiące kilometrów stąd, by mnie uzdrowić. Uderzyła mnie waga boskiego stworzenia. To była prawdziwa, głęboka wdzięczność. W szpitalu bardzo ważne jest chodzenie po operacji. Pamiętam, jak pielęgniarz pomógł mi wstać. Miałem cztery kroplówki, rurki wystawały ze mnie w miejscach, o których istnieniu nawet nie wiedziałem. Wziąłem swoją „kolumnę” z kroplówkami i zacząłem iść korytarzem.
Przechodziłem obok obrazów z widokami oceanu, zachodów słońca – w końcu to miasto nad morzem. Patrzyłem na nie i myślałem: Co ja, do licha, przegapiłem? Byłem tak zestresowany, tak zaganiany. Przed NDE moje życie było pędem. Budowałem domy, byłem kierownikiem w firmie deweloperskiej, miałem na głowie po trzydzieści pięć domów na różnych etapach budowy. Wracałem do domu, wrzucałem sprzęt sportowy do ciężarówki i pędziłem na kolejny mecz lub trening moich dzieci. Kolacja, pomoc z lekcjami. Codziennie to samo. Napięcie, stres. Dziś jest inaczej.
Jedna z największych zmian po NDE to to, że zacząłem praktykować to, co uderzyło mnie na szpitalnym korytarzu. Postanowiłem zwolnić. Zatrzymać się i cieszyć każdą chwilą. Idąc przez park, schylam się, żeby powąchać kwiat, nie dbam o to, co ludzie pomyślą. Mój telefon jest pełen zdjęć zachodów słońca, kwiatów. Widzę świat oczami dziecka. Jezus nie dał mi żadnego konkretnego zadania, ale wierzę, że chce, abym opowiadał innym: zwolnijcie, doceniajcie piękno Jego stworzenia. Myślę, że po to zostaliśmy stworzeni – by szerzyć Bożą miłość. Nie jestem nikim wyjątkowym.
Nie jestem bardziej kochany przez Boga niż ktokolwiek inny. Zawsze mówię ludziom: Poproś Boga, żeby się objawił, a on to zrobi. Ale bądź cierpliwy, bo ta modlitwa zajęła mi czterdzieści lat. Ale czym jest czterdzieści lat dla Boga? Absolutnie nie boję się śmierci. Zawsze myślę, że kiedy umrę na dobre i nie wrócę, Jezus spotka mnie na tym wzgórzu i powie: „Chodź, zobaczmy, czego nie zdążyłeś zobaczyć tamtego dnia. Spędźmy trochę czasu w mieście, pokażę ci wszystko”. Ale zawsze dodaję: „Ale nie dzisiaj. Jeszcze nie”. Bo jest tyle życia do przeżycia. Mam teraz trzynaścioro wnucząt.
Gdybym wtedy umarł, nigdy bym ich nie poznał. Myślę, że to dlatego pozwolił mi żyć.
Komentarze
Brak komentarzy. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz