Kiedy piorun wzywa duszę do tańca. Opowieść Doktora Tony'ego Cicorii.
fot. https://www.youtube.com/@THAfterlife

Kiedy piorun wzywa duszę do tańca. Opowieść Doktora Tony'ego Cicorii.

Wszystko zaczęło się od rodzinnego grilla nad jeziorem. Chwila nieuwagi, oślepiający błysk i potężne uderzenie, które wyrzuciło mnie z ciała. To, co nastąpiło później, na zawsze zmieniło moje postrzeganie życia, śmierci i… muzyki.

Staliśmy nad jeziorem Sleepy Hollow, gdzieś na południe od Albany, w środku lata. Sierpniowe urodziny, gwar dzieci, trzydzieści osób. Ja, doktor Tony Cicoria, stałem przy grillu, pilnując mięsa, zupełnie nieświadomy burzy, która zbierała się nad moją głową. Miałem zadzwonić do matki. Odszedłem na chwilę, a obowiązki przejął ktoś inny. Pamiętam, jak stałem przy starym telefonie publicznym – to były jeszcze czasy przed komórkami, prawda?

– i czekałem, aż mama odbierze. Pięć, sześć, może siedem sygnałów. Nie odebrała. Podnosiłem słuchawkę, by ją odłożyć, gdy nagle, prosto z aparatu, wybił oślepiający błysk światła. Potem potężny trzask. To było uderzenie pioruna. Bez cienia wątpliwości. Poczułem się, jakbym był szmacianą lalką – odrzuciło mnie do tyłu, a ja jednocześnie miałem wrażenie, że sunę do przodu.

Zdezorientowany, otumaniony, stałem u podnóża schodów, jakieś osiem stóp od budki telefonicznej. Słuchawka kołysała się w powietrzu, jak wahadło na tle nieba, a ja próbowałem zrozumieć, dlaczego, skoro wiem, że zostałem uderzony i rzucony w tył, teraz stoję tutaj, w ciszy, i patrzę na to wszystko. Nic nie miało sensu.

Słyszę, ale mnie nie ma

Nagle usłyszałem krzyk. To była moja teściowa, na szczycie schodów. Zbiegała w moją stronę, ale jej wzrok był wbity gdzieś w lewo, nie patrzyła na mnie. Czułem, jakby mnie nie widziała. „Co tu się, do cholery, dzieje?” – pomyślałem. Pobiegła dalej, a ja, trzy czy cztery kroki za nią, stanąłem twarzą w twarz ze swoim własnym ciałem, leżącym na ziemi. Wtedy zrozumiałem. „Och, jestem martwy.” Szok.

Nie żartuję, choć to ironiczne w przypadku pioruna. Zawsze myślałem, że śmierć poprzedza jakieś ostrzeżenie, dzwony, gwizdki, cokolwiek. A tu nic. W jednej chwili byłem, w następnej nie. Słyszałem wszystkich. Widziałem ich – pielęgniarkę z córką, która czekała za mną do telefonu i natychmiast zaczęła reanimację. Wołałem do nich, ale nikt mnie nie słyszał. Nikt mnie nie widział. Po co tu stać? Pomyślałem, że pójdę sprawdzić, co z rodziną.

Skierowałem się w stronę schodów, które wiodły na piętro. Patrzyłem pod nogi, żeby się nie przewrócić, jak to mam w zwyczaju. I wtedy poczułem, jak moje nogi zaczynają znikać. Traciłem formę. „Co jest, do licha? To staje się szalone!” – przeszło mi przez myśl. Kiedy dotarłem na szczyt schodów, byłem już tylko kulą czystej energii. Nie skręciłem w lewo, jak kazały schody, tylko po prostu przepłynąłem przez ścianę.

Rzeka czystej energii

Wypłynąłem dokładnie tam, gdzie siedziała moja żona, malująca dziecięce twarze. Odnotowałem w myślach każdy szczegół: układ mebli, które dzieci tam stały, w jakiej kolejności. To było później kluczowe, bo gdy A&E robiło program „Beyond and Back”, porównali moją relację ze świadectwem żony. Wszystko się zgadzało, a ja przecież nie mogłem tego wiedzieć. Przeleciałem przez pokój, a potem przez dach. I wtedy zrobiło się naprawdę... niewiarygodnie.

Zanurzyłem się w rzekę czystej, pozytywnej energii. Jeśli kiedykolwiek wyobraziliście sobie absolutną miłość i absolutny spokój, to właśnie z tego była utkuta ta rzeka. Płynęła z jasnego źródła, znajdującego się po mojej prawej stronie. Widziałem, jak energia ta przybiera kształt fal sinusoidalnych, rozlewając się wszędzie.

Rozejrzałem się i zobaczyłem drzewa, jeziora i wszystko inne, a wtedy dotarło do mnie: „Mój Boże, to jest energia Boga.”

„To było niesamowite, widzieć to. Uświadomiłem sobie, że to największa rzecz, jaka mogła kiedykolwiek przydarzyć się człowiekowi – doświadczyć tego.”

Wszystko nagle stało się jasne. Mój umysł pracował na najwyższych obrotach, ale w sposób, który wykraczał poza zwykłe myślenie. Zrozumiałem, że kimkolwiek jestem, zawsze będę. Ten martwy kawałek mięsa na podłodze nie miał nic wspólnego z moją prawdziwą tożsamością. To było niesamowite odkrycie – świadomość, że nasz duch żyje dalej. Dla ducha nie ma śmierci. Ciało umiera, ale co z tego? My idziemy dalej. Byłem w euforii.

Myślałem, że to najwspanialsza rzecz na świecie. Płynąłem z tym prądem energii, nie wiedząc, dokąd zmierzam, i wcale mnie to nie obchodziło. To było tak cudowne uczucie.

Symfonia po uderzeniu

W pewnym momencie znalazłem się w korytarzu. Na ścianach były obrazy – cała historia mojego życia. Kiedy patrzyłem na nie, ożywały, zamieniając się w krótkie, migawki filmowe. Widziałem wzloty i upadki, ale wszystko działo się błyskawicznie, bez czasu na refleksję. Po prostu: „Oto fragmenty twojego życia.” A ja płynąłem dalej, podniecony, nie dbając o to, gdzie jestem. I wtedy, nagle, jakby ktoś pstryknął wyłącznikiem – bam!

Wróciłem do swojego ciała. Byłem wściekły! „Nie, nie, nie chcę wracać! Proszę, nie zmuszajcie mnie!” Ale to nie ja podejmowałem decyzje. Byłem nieprzytomny, ale czułem, że pielęgniarka przestała reanimować i klęczała obok mnie. Minęło kilka minut, zanim zdołałem otworzyć oczy. Chciałem jej podziękować za uratowanie życia, ale z głupoty, zamiast tego, wyrwało mi się: „W porządku.

Jestem lekarzem.” Zaśmiała się tylko: „Minutę temu nie byłeś.” Zrozumiałem, że nie myślę jasno, więc postanowiłem się zamknąć. Policja przyjechała, wezwano karetkę. Nie chciałem jechać do szpitala. Pracuję w szpitalu, wiedziałem, jak to wygląda. Nie chciałem siedzieć cztery godziny, żeby mi powiedzieli, że żyję. Rodzina zawiozła mnie do domu. Po drodze zadzwoniłem do moich znajomych kardiologa i neurologa.

Powiedzieli: „Przyjeżdżaj od razu.” I tak zrobiliśmy. Zbadali mnie i stwierdzili, że miałem szczęście – niewiele osób wychodzi cało z czegoś takiego. Miałem tylko dwa niewielkie oparzenia: jedno na twarzy, gdzie piorun wszedł, drugie na stopie, gdzie wyszedł. Bolały jak cholera, choć były takie maleńkie. To miliony woltów. Jedyną różnicą było to, że przez około tydzień nie mogłem przypomnieć sobie imion ludzi ani nazw chorób.

Wiedziałem o danej osobie wszystko, ale nazwisko? Brak. Podobnie z chorobami. Znałem całą patofizjologię, ale nazwa? Czysta pustka. To było dziwne, ale po tygodniu wszystko wróciło do normy. Wróciłem do pracy, ale byłem zaintrygowany. „Jaka jest szansa na uderzenie pioruna? Jaka jest szansa, że prąd straci wystarczająco energii, by mnie zabić, ale nie zamienić we frytkę?” Plus pielęgniarka na miejscu.

To było fantastycznie nieprawdopodobne.

„Prawdopodobieństwo, że to wszystko wydarzyło się naraz, włączając w to obecność pielęgniarki, jest tak astronomicznie niskie, że musiało być ku temu jakieś znaczenie. To było zbyt dobrze zaaranżowane, by być przypadkiem.”

Einstein mawiał, że Bóg nie gra w kości. Musiał być jakiś powód. Nie wiedziałem jaki. Wychowałem się jako katolik, ale po tym wydarzeniu nie czułem już potrzeby chodzenia do kościoła. Stałem się bardzo uduchowiony, ale mniej religijny. Czułem, że Kościół manipulował informacjami, a to, co przeżyłem, było prawdziwe i nie zawsze zgadzało się z doktryną. Wierzę, że jesteśmy tu, by uczyć się, doświadczać i wzrastać, dążąc do zjednoczenia ze Źródłem.

Nie za darmo. Musimy udowodnić, że jesteśmy tego warci, poprzez służbę innym. To jedyna droga, by przejść na wyższy poziom rozwoju duchowego. To nie o mnie chodzi, ale o wszystkich.

Muzyka ze snu

Dwa tygodnie po uderzeniu pioruna, pojawiło się coś nieoczekiwanego. Nienasycone pragnienie słuchania klasycznej muzyki fortepianowej. Ja, dziecko lat 60., wychowany na rock and rollu! Jako siedmiolatek przez rok uczyłem się gry na pianinie, ale nienawidziłem tego. Wolałem grać w baseball i łowić ryby. Nagle, pianino w moim życiu.

Następnego dnia nasza opiekunka do dzieci powiedziała, że się przeprowadza i ma stare pianino ojca, które chce przechować przez rok. Czy mogłaby je zostawić u nas? To było surrealne. Chcę grać na pianinie, a ono po prostu się pojawia! W tamtym tygodniu miałem sen, który przypominał doświadczenie poza ciałem. Szedłem po scenie w kierunku samego siebie. Stałem przed sobą w sali koncertowej, dając recital fortepianowy.

Słuchałem muzyki, patrzyłem na siebie, a potem stałem za sobą, wsłuchując się w melodię. Nagle uderzyła mnie świadomość: „To nie czyjaś muzyka. To moja.” Koncert zakończył się głośnym, dramatycznym akordem, który wyrwał mnie ze snu. Była 3:15 nad ranem. Zerwałem się, podszedłem do pianina i próbowałem wybić to, co usłyszałem, ale nie umiałem grać ani pisać nut. Wkurzony wróciłem do łóżka.

Od tamtej pory, za każdym razem, gdy zbliżałem się do pianina, muzyka ze snu zaczynała grać w mojej głowie. Jeśli próbowałem ją ignorować, stawała się bardziej natarczywa, pojawiała się nawet podczas operacji. Szybko nauczyłem się jej słuchać, bo inaczej zakłócała mi życie. Była zawsze identyczna, pobrana do mojej głowy w idealnej, gotowej formie.

Kupiłem książki do nauki gry, nuty Chopina – fantazjowałem, że od razu usiądę i zagram. To było jak nauka nowego języka.

Dyktat od Boga

Przez kilka lat męczyłem się, aż pewnego dnia, próbując zagrać Fantaisie-Impromptu Chopina, nie mogłem zsynchronizować rąk. Moja córka i jej przyjaciółka Jackie były w domu, mama Jackie, wykształcona skrzypaczka, weszła do pokoju. Zapytała, co robię, a ja jej wyjaśniłem problem. Powiedziała: „To polirytm.

Nie będę ci tłumaczyć, znajdź nauczyciela.” Dała mi namiar na Sandy McCain, przewodniczącą wydziału muzyki w Hartwick College w moim Oneonta. Zadzwoniłem, opowiedziałem jej całą historię i zapytałem, czy przyjmie starego faceta, który chce nauczyć się nowej umiejętności. Zgodziła się, ale pod jednym warunkiem: dwie godziny lekcji, dwa razy w tygodniu, o 5 rano. Jedyny czas, kiedy oboje mieliśmy wolne.

W 2006 roku, podczas obozu fortepianowego dla dorosłych w Bennington, Vermont, siostra właściciela powiedziała, że moją historię może opowiedzieć tylko jedna osoba: Oliver Sacks. W tamtym czasie wiedziałem tylko, że napisał Przebudzenia. Okazało się, że był słynnym neurologiem i odkrywcą leku na chorobę Parkinsona. Miesiąc później odebrałem telefon od Olivera Sacksa. Usłyszał moją historię od Eriki i chciał, żebym został jego pacjentem.

Miał grupę ludzi z dziwnymi zdolnościami, które pojawiły się po niezwykłych wydarzeniach. Zgodziłem się. W sierpniu 2006 roku spędziłem cały dzień z Oliverem Sacksem w Nowym Jorku. Niesamowity człowiek, niezwykły umysł. Okazało się, że sam był pianistą. Pod koniec dnia, stojąc w jego drzwiach, spojrzał na mnie swoimi przenikliwymi oczami i powiedział coś, co zabrzmiało jak dyktat od Boga:

„Muzyka ze snu przeszła przez piekło, żeby się tu dostać. Najmniej, co możesz zrobić, to ją zapisać.”

Zatkało mnie. Kiedy wróciłem do domu, pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem, było kupienie programu do pisania nut Sibelius. Przez następne siedem miesięcy, każdego wieczoru, od powrotu do domu, aż do momentu, gdy nie widziałem prosto, pracowałem nad tą muzyką. Musiałem ją ukończyć na obóz fortepianowy w maju 2007 roku. Byłem opętany, zaniedbałem rodzinę, ale udało mi się. Zagrałem ją jako ostatni utwór tygodnia. Przyjęto ją świetnie.

A potem zadzwonił Oliver Sacks. Powiedział, że chce użyć mojej historii w swojej książce Musicophilia: Tales of Music and the Brain. Zgodziłem się. „Dobrze,” rzekł, „bo jesteś pierwszym rozdziałem, a pierwszy rozdział ukaże się w New Yorkerze 23 lipca 2007 roku.” Byłem oszołomiony. To było za wcześnie! Telefon dzwonił bez przerwy.

Carlton Clay, szef wydziału muzyki na Stanowym Uniwersytecie Nowego Jorku, zadzwonił i zaprosił mnie, żebym poprowadził zajęcia. Potem chciał, żebym zagrał muzykę dla studentów. A miesiąc później zapytał, czy zagrałbym koncert w Centrum Sztuk Scenicznych. „Absolutnie nie!” – powiedziałem. „Nie mam pojęcia, jak to zrobić. Nie jestem na to gotowy.” Ale jakoś mnie przekonał.

Misja w nutach

Zadzwoniłem do Sandy. Powiedziała, że tak, przygotuje mnie, ale pod warunkiem, że będę ćwiczył trzy godziny dziennie. CODZIENNIE. Od dwóch godzin tygodniowo do trzech dziennie! Zaplanowałem koncert na swoje urodziny, 29 stycznia 2008 roku – to było jak ponowne narodziny. Miesiąc wcześniej Carlton zadzwonił ponownie: „Trzy stacje telewizyjne chcą tam być. BBC One, Granada Media i niemiecka telewizja.” Myślałem, że oszaleję.

To mnie przerosło! Ale było za późno, żeby się wycofać. Pamiętam, jak siedziałem w garderobie przed pierwszym koncertem i modliłem się do Boga: „Nie opuszczaj mnie, nie zostawiaj mnie tam samego. Obrażę nas oboje, jeśli to schrzanię.” Wszedłem na scenę, a sala była pełna, miejsca stojące. Zobaczyłem kamery i światła. Chciałem uciec. Ale nie uciekłem.

Opowiedziałem publiczności, skąd wzięła się ta muzyka, a potem usiadłem i zagrałem trzy utwory, które napisałem do tej pory. Jeden z nich pieszczotliwie nazywam „Sonatą Pioruna”. Udało mi się przejść przez to bez kompromitacji. Koncerty potem toczyły się własnym życiem, moja muzyka rozbrzmiewała w całym kraju. Muzyka nadal do mnie przychodzi, często jako „pobranie” w momentach silnych emocji.

Tak było, gdy zmarł mój drogi przyjaciel, neurolog John Lucena. Siedziałem przy pianinie, a cały utwór po prostu spłynął do mojej głowy, łzy ciekły mi po twarzy. Nazwałem go „Rapsodią” i poświęciłem Johnowi. Wierzę, że ta muzyka przychodzi z jakiegoś miejsca poza mną. Czytałem o Mozarcie, który mówił, że jego muzyka przychodziła do niego w gotowej formie. Ja mam podobnie. To się staje coraz bardziej złożone, ale kocham każdą minutę tego.

Piszę książkę, bo czuję, że to moja misja – nie tylko opowiedzieć o moim NDE, ale też spróbować zrozumieć, co to wszystko znaczy. Jak to pasuje do naszego paradygmatu życia. Dlaczego akurat muzyka, dlaczego pianino? Myślę, że częstotliwości muzyczne generowane przez pianino mogą wpływać na ludzkie mózgi i w jakiś sposób podnosić świadomość. Za każdym razem, gdy gram publicznie, ludzie podchodzą i opowiadają o wizjach, o silnych doznaniach.

Niektórzy pytają, czy mogą leżeć pod pianinem, żeby poczuć wibracje. Wierzę, że jest w tym coś więcej, coś, co pomaga ludziom uzdrawiać. Jestem tu, by przekazać przesłanie: Bóg jest prawdziwy, istnieje życie po śmierci, a nasza duchowa istota jest wieczna. Kontynuujemy ten proces, ucząc się i ewoluując, by w końcu stać się jednością ze Stwórcą.

Muzyka robi coś, czego nie rozumiem, a ja mam nieść słowo ludziom na wszelkie możliwe sposoby. To moja misja, którą piorun zapisał mi w nutach.

Źródło: youtube
Tekst został opracowany redakcyjnie na podstawie oryginalnej relacji.
Redakcja Na Granicy Światła

Tłumaczymy i opracowujemy redakcyjnie prawdziwe historie doświadczeń bliskich śmierci (NDE) z całego świata. Każdy tekst powstaje na podstawie wiarygodnych źródeł — wywiadów, baz danych NDERF i publikacji naukowych. Zachowujemy 100% faktów z oryginału.

Więcej o naszej misji →

Czy ta historia Cię poruszyła?

Komentarze

Brak komentarzy. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

Komentarz pojawi się po moderacji