Nie pamiętam, jak długo trwało to dryfowanie. Chwila, może dwie, może trzy sekundy, żeby zerknąć w dół, zobaczyć, co się dzieje. I wtedy, tak szybko, stałem w niebie. Pierwsze, co wyszło z moich ust, to egoizm. Powinno być cokolwiek innego, ale nie to. Powiedziałem: „Dlaczego ja? Czy mogę wrócić?”. Nigdy nie słyszałem niczego tak głupiego w całym moim życiu. To wręcz komiczne.
Oto lekarz, który wie, że nie masz mózgu, wie, że umarłeś, a potem każe ci podnieść ręce. Robi to tylko po to, by udowodnić punkt. Mówię: „Chcesz mnie zabić?”. A on na to: „Spójrz na mnie”. No nie, nie zrobiłeś tego. Spojrzałem na niego.
Podróż w Światłość
To nie było zwykłe „bliskie śmierci”. Ja naprawdę umarłem. Trzy dni leżałem martwy. Powiedzmy, że mnie wskrzesił. 17 maja pojawiła się wielka narośl na mojej szyi. Dusiłem się, połykanie sprawiało kłopot. Lekarze mówili o 99% szansy na agresywnego raka. Mieli mnie zobaczyć w poniedziałek. Ale ja nie doczekałem poniedziałku. W piątek, 17 maja, sytuacja się pogorszyła. Nie mogłem przełknąć nawet wody. Pulsoksymetr pokazywał 88% tlenu.
Poniżej 90% to już było alarmowe. Żona zawiozła mnie na ostry dyżur. Zasłoniłem się ręką, pokazując, że mam kłopoty z oddychaniem. Od razu skierowano mnie na salę. Tam lekarz zaczął badać. Moja żona dołączyła w tym samym momencie, gdy lekarz oznajmił: „Zabieramy go na salę, żeby założyć mu rurkę intubacyjną”. Podali mi znieczulenie. Potem już nic nie pamiętam. Wprowadzili mnie na oddział intensywnej terapii.
To był ostatni raz, kiedy byłem przytomny.
Cisza po Burzy
Dwa dni mnie leczyli antybiotykami i sterydami. Liczyli na zmniejszenie obrzęku. Nadal podejrzewali raka, który blokował drogi oddechowe. Rurka pomagała mi oddychać. Lekarz stwierdził, że parametry są dobre i spróbujemy zdjąć rurkę. Powinien wcześniej zrobić RTG, ale co tam. Lekarze też ludzie. Zdjęli rurkę. Żona była przy mnie przez pół godziny. Oddychałem normalnie. Wszystko wyglądało dobrze. Wyszli z sali.
Po kolejnych 35-40 minutach, kiedy znów wrócili, moje usta zaczęły sinieć. Głębiej i głębiej. Wyglądałem jak członek Blue Man Group, tylko bez makijażu. Brak tlenu. Moja żona wybiegła z krzykiem: „On jest niebieski! Jest niebieski!”. Doktorzy wpadli do sali. Niestety, zatrzymało mi się serce. Uruchomili przycisk „kod niebieski”. Cały szpital wpadł do sali. Żonę wyproszono. Ja tego nie byłem świadom. Potem czytaliśmy dokumentację medyczną.
Reanimacja. 15 minut masażu serca. Próbowali wtłoczyć tlen. Nie udało się.
Ból odpływał jak fala cofająca się od brzegu. Cisza była gęsta jak mgła o poranku. Niczym. Tylko pustka.
Wizyta u Ojca
Po raz pierwszy umarłem. Byłem w niebie przez około 15 minut czasu ziemskiego. Tak nam się przynajmniej wydaje. Nie było serca, oddechu, niczego. Wypłynąłem z ciała. Widziałem siebie leżącego na stole. Widziałem lekarzy i pielęgniarki czołgających się pod stołami, pchających wszystko. Połamali mi żebra podczas reanimacji, żeby uruchomić serce. Dryfowałem do korytarza i zobaczyłem moją żonę, płaczącą histerycznie. Wokół niej były kałuże łez.
W tamtym momencie wiedziałem, że coś jest nie tak. Nie byłem ze swoim ciałem. Patrzyłem w dół. To było surrealistyczne. Ale nie to było najdziwniejsze. Nie czułem bólu. Nic. Tylko obserwowałem. Potem, w ciągu 20-30 sekund, poczułem, jakbym się tam znalazł. W niebie. Nie widziałem tunelu ani światła. Po prostu stałem w niebie. Tam wszystko czułem, wąchałem, słyszałem. Stałem na skraju czegoś, co nazwałbym wewnętrznym dziedzińcem.
Otoczenie było naturalne – drzewa, kwiaty, wszystko ogromne, piękne i jaskrawe. Kolory były tak żywe, że nie sposób ich opisać. Nie były trójwymiarowe, były jakby nieskończenie wielowymiarowe. Czułem najgłębszy spokój, miłość, jakby ogromny uścisk. Czułem się połączony ze wszystkim. W niebie nie ma słońca ani nocy. Jest zawsze dzień. Ale to światło Jezusa oświetla całe niebo. W tym świetle jest jego miłość, która przenika wszystko i wszystkich.
Jesteśmy połączeni tą miłością. Choć byłem chrześcijaninem, nie byłem gorliwym wyznawcą. Nigdy nie miałem nawet Biblii. Ale przyjąłem Pana w 1984 roku.
Melodia i Zapach Wieczności
Każde drzewo, każdy kwiat w niebie wydawało z siebie melodyjny dźwięk, cichy pomruk. Wszystkie razem tworzyły pieśń chwały dla Jezusa. To było w tle, jak kojący szum. Nie było martwej ciszy. Do tego każdy kwiat i roślina wydzielały unikalny zapach, który razem tworzył najpiękniejszą woń powietrza, jaką można sobie wyobrazić. Czyste, świeże powietrze.
Można było podejść do każdego kwiatu i poczuć jego indywidualny zapach, ale połączony tworzył coś nieopisanego. To była pieśń chwały dla Jezusa. Czułem się wibrujący, kochany, ciepły. Piękno tam było nieziemskie. Stałem na zewnątrz, patrząc w głąb, gdzie znajdował się wewnętrzny dziedziniec. Rzędy krzewów, rzeka życia płynąca do czegoś, co przypominało tron. Wzdłuż rzeki były ławki, drzewa i kwiaty.
Wyglądało to jak najbardziej wyszukane, eleganckie i piękne miejsce, jakie można sobie wyobrazić. Absolutnie doskonałe. W oddali zobaczyłem postać. Rozpoznałem ją. Mój tata. Zmarł w 2011 roku w wieku 92 lat. Ale tam wyglądał jak w moim młodzieńczym wspomnieniu – 35-letni, w doskonałym zdrowiu, szczęśliwy. Rozpoznałem go jako ojca z mojego dzieciństwa.
„Tata?” – powiedziałem. „Tak?” – odparł. „No, toś teraz narobił, synu, prawda?”. To był nasz sposób. „Tato, ja nic nie zrobiłem. Ja umarłem”. „Wiem, wiem”. „Wow. Czy ja jestem w niebie?”. „A gdzie myślisz, że jesteś?”. „Myślę, że w niebie”. „Tak”.
Rozmawialiśmy chwilę. W oddali zobaczyłem światłość i sylwetkę człowieka. Przypominała Jezusa. „Kto to jest?” – spytałem. „A kto myślisz?”. „Jezus”. „Tak”. „Wow. Jak mogę z nim porozmawiać?”. „Pierwsze, co robisz, gdy do niego podchodzisz, to klękasz na prawe kolano, potem na lewe. Jeśli będzie rozmowa, on ją zacznie”. Chciałem się z nim spotkać. Ruszyłem. I nagle, z taką samą prędkością, jak tam trafiłem, znalazłem się z powrotem w swoim ciele. Ci lekarze! Uruchomili moje serce! Przeszedłem od absolutnej ekstazy do tego.
Powrót do Ciała
BUM! Wróciłem do swojego ciała. Cały ból, wszystko. Na szczęście nie byłem tam długo. Ale zaraz potem umarłem ponownie. Tym razem nie dryfowałem. Wróciłem prosto do nieba. Tym razem stałem na skraju pola, wielkiej pastwiska. Drzewa, znajome zapachy, uścisk miłości. Czułem się jak w domu. Byłem zadowolony, że opuściłem to ziemskie piekło. Dwa razy umarłem. Drugi raz umarłem z powodu stresu i bólu. Kiedy mnie nie było, próbowali założyć mi tracheostomię, rurkę, żeby zapewnić mi tlen. Ale narośl blokowała drogę. Musieli mnie ciąć. Robili masaż serca. Skalpel na ruchomym stole to nic dobrego. Rozcięli mi szyję. Ale rurka była za duża. Cięli dalej. Nadal nie mogli podać tlenu. Prawdopodobnie zranili mi płuca. Krew wylała się do płuc, wypełniając je. Rurki tracheostomijne zapchały się krwią. Pompowałem krew, a nie tlen. Kiedy wyciągnęli rurkę, krew wystrzeliła wszędzie. Zrozumieli, że mają problem z krwią, sercem i tlenem. Kiedy moje serce zatrzymało się drugi raz, powiedzieli mojej żonie: „On odszedł. Znowu odszedł”. „Co chcecie, żebyśmy zrobili?”. Mieliśmy testament życia. Żona powiedziała: „Róbcie wszystko, co w waszej mocy”. Robili wszystko. Kolejne 20 minut zajęło im przywrócenie mojego serca. Próbowali oczyścić płuca z krwi. W tym czasie w niebie pojawiły się dwa konie i trzy psy. Poznałem konie – Shakush i Nugget. Poznałem dwa psy – Fudge jeden i Fudge dwa. Trzeciego psa nie znałem. Okazało się, że to Annie, pies mojej żony, którego miała, zanim mnie poznała. „Witaj na imprezie” – pomyślałem. Nasze zwierzęta są w niebie. To dar od Boga. On nie zabiera darów. Kiedy rozmawiałem z tatą, to było fizyczne, jak teraz. Miałem ciało. Mój tata też. Konie też były fizyczne.
„Ból odpływał jak fala cofająca się od brzegu. Cisza była gęsta jak mgła o poranku. Niczym. Tylko pustka.”
Po raz trzeci umarłem. Znowu wróciłem do nieba. Tym razem stałem na pastwisku. Drzewa, zapachy, miłość. Czułem się jak w domu. Byłem zadowolony, że nie muszę wracać do tego bólu. Stałem na skraju dziedzińca, gdzie widziałem mojego tatę i mamę w oddali. Nie rozmawiałem z mamą. Tylko z tatą. Rozmawiałem też z Jezusem. Zrozumiałem, dlaczego tylko z tatą. Siadłem na ławce obok Jezusa. On zaczął rozmowę.
„Kiedy pierwszy raz przyszedłeś, pytałeś, czy możesz wrócić”. „Och, słyszał”. „Jednakże” – powiedział – „twój mózg został zniszczony. Twoje ciało zostało zrujnowane. Nie mogę cię odesłać, bo będziesz zamknięty w tym fizycznym ciele i nie będziesz mógł pocieszyć ani pomóc nikomu. To byłoby jak cel więzienny, dopóki nie przyprowadzę cię z powrotem”. „Ale mogę cię odesłać z pewnymi zastrzeżeniami” – kontynuował.
„Po pierwsze, dam ci cud, którego nikt nie będzie mógł zaprzeczyć. Lekarze, pielęgniarki, naukowcy. Nikt nie będzie mógł zaprzeczyć, że jestem Bogiem. Po drugie, wrócisz jakbyś nigdy nie umarł. Dostaniesz nowy mózg, odzyskasz pamięć o całym swoim życiu i o wszystkim, czego nauczyłeś się w niebie. Odzyskasz serce, wątrobę, nerki. Wszystko będzie nowe, jakby nic się nie wydarzyło. Twoje ciało się zregeneruje, mózg pozostanie nienaruszony”.
„Po trzecie” – dodał – „kiedy wrócisz, będziesz czuł każdy ból swojego ciała bez znieczulenia. Jeśli to przetrwasz, w pełni się zregenerujesz i wypełnisz moją misję”. Dostałem wybór. Mogłem zostać w niebie i zapomnieć o żonie, albo wrócić i wypełnić jego wolę. Wybrałem powrót. Potem znalazłem się z powrotem w swoim ciele. Czułem wszystko. Każdy ból, każdą interwencję. Byłem sparaliżowany, ale czułem wszystko.
To był sposób, bym zrozumiał ofiarę, którą mam złożyć. Była to lekcja pokory i wytrwałości. Mój mózg był tak zniszczony, że wyglądem przypominał potwora z filmu. Kość czaszki była zdeformowana. Nie było żadnej aktywności mózgowej. Wszyscy uznali mnie za „graveyard dead” – martwego jak z grobu.
„Chcesz mnie zabić? Spójrz na mnie.” – powiedziałem lekarzowi. „Patrzę.” – odpowiedziałem.
Cud Zmartwychwstania
Po 21 dniach na oddziale intensywnej terapii otworzyłem oczy. „Witaj z powrotem, kochanie” – powiedziała moja żona. To były najsłodsze słowa, jakie kiedykolwiek słyszałem. Lekarze byli zszokowani. Moje ciało odradzało się. Opuchlizna zniknęła. Rana po tracheostomii zagoiła się w ciągu jednej nocy. Nie było śladu. Nawet blizny. Powiedziano mi, że dostałem nowy mózg, nowe serce, nowe płuca. Nawet moja grupa krwi się zmieniła. Z A zrobiło się O.
DNA się nie zgadzało. To był cud. Lekarze nie potrafili tego wyjaśnić. Po tygodniu wyszedłem ze szpitala. Zrozumiałem, dlaczego wróciłem. Miałem misję. Przekazać przesłanie od Jezusa. W szpitalu zebrałem lekarzy i pielęgniarki. Stanąłem przed nimi, ten sam ja, ale odmieniony. Powiedziałem im, że umarłem, byłem w niebie, spotkałem Jezusa i mam dla nich przesłanie. Mówiłem o jego miłości, o cudach, które dokonuje przez ich ręce.
Widziałem łzy w ich oczach. Niektórzy nie mogli uwierzyć. Ale widzieli mnie, żywego, zdrowego, mówiącego. Teraz żyję inaczej. Nie martwię się, nie stresuję. Jestem pełen miłości, wdzięczności i pokoju. Nie boję się śmierci. Wiem, dokąd idę. Ludzie pytają, jak sobie radzę z tym światem, z problemami, podatkami. Dla mnie to błogosławieństwo. Wszystko przychodzi od Niego. Kiedy akceptujemy Jezusa, On mieszka w nas. Miłość jest kluczem do wszystkiego.
Wszystko, co nie jest miłością, pochodzi od świata i szatana. Kiedyś byłem arogancki, egoistyczny, konkurencyjny. Chciałem wszystkich pokonać. Teraz to się zmieniło. Jestem łagodny, pełen współczucia. Cieszę się każdym dniem, każdą chwilą. Gram w golfa, ale nie liczę punktów. Po prostu się bawię. Wiem, że jestem na tym świecie, żeby dzielić się tym, czego nauczyłem się w niebie. Moja żona jest cudem. Jest aniołem. To dzięki niej jeszcze tu jestem.
Jej wiara i determinacja dały mi szansę na powrót. Ona przeszła przez piekło, podczas gdy ja byłem w niebie. Ale teraz jesteśmy razem, silniejsi niż kiedykolwiek. Moja historia jest dowodem na to, że życie nie kończy się śmiercią. Jest coś więcej. Jest miłość, jest nadzieja i jest powrót. Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o mojej książce „44 godziny w niebie”, odwiedźcie moją stronę internetową.
„Kiedy pierwszy raz przyszedłeś, pytałeś, czy możesz wrócić. Słyszał. Jednakże, twój mózg został zniszczony…”
Teraz wiem, że życie na ziemi jest darem. Musimy doceniać każdą chwilę i żyć z miłością, wdzięcznością i pokojem. Bo gdzieś tam, poza naszym światem, czeka nas coś znacznie piękniejszego.
Komentarze
Brak komentarzy. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz