Przez stulecia niemal wszyscy uczeni na Ziemi niezachwianie wierzyli, że nasza planeta stanowi centrum wszechświata.
Model geocentryczny Ptolemeusza, choć dzisiaj uznawany za błędny, z powodzeniem służył astronomom do przewidywania zaćmień słońca i pozycji planet, bazując na koncepcji skomplikowanych epicykli.
Te małe okręgi, po których miały poruszać się planety, podczas gdy ośrodek tych okręgów krążył po większej orbicie wokół Ziemi, z dzisiejszej kopernikańskiej perspektywy wydają się nielogiczne.
Jednak, jak wskazują zwolennicy alternatywnych modeli, nawigacja morska, kalendarze i przewidywania astronomiczne oparte na tym systemie działały niezwykle sprawnie.
Co intrygujące, przejście na model heliocentryczny, choć rewolucyjne pod względem fizycznym, z punktu widzenia praktycznej nawigacji niewiele zmieniło; matematyczne równania w obu przypadkach pozwalały na osiągnięcie tego samego celu.
Ta historyczna paralela, według niektórych badaczy, może rzucać nowe światło na współczesne dogmaty astrofizyki.
Nowożytne epicykle w erze kosmicznej
Obecnie, w XXI wieku, główny nurt współczesnej astrofizyki, zdaniem krytyków, powiela błędy przeszłości.
Akademicy dumnie ogłaszają, że wysyłane zaawansowane sondy kosmiczne i obliczanie ich trajektorii korzysta z modeli grawitacyjnych Newtona i Einsteina, ignorując jednocześnie potencjalny wpływ modelu elektrycznego.
Dla przeciwników hipotezy elektrycznego wszechświata, argument precyzyjnego trafiania statków kosmicznych w odległe asteroidy jest dowodem numer jeden na bezbłędność kosmologii opartej wyłącznie na grawitacji.
Jednak, jak się okazuje, ta „nieomylność” może być jedynie iluzją, zakorzenioną w matematycznym opisie zjawisk, który rozpada się w zderzeniu z nieoczekiwanymi danymi telemetrycznymi.
Mechanika Newtona i zaginanie czasoprzestrzeni, choć na papierze wydają się spójne, mogą być jedynie nowożytnymi epicyklami naszych czasów.
Fizyczna rzeczywistość, w której króluje kosmiczna plazma i potężne siły elektromagnetyczne, może być zupełnie inna, co jest skrzętnie ukrywane przed opinią publiczną.
Kosmiczne anomalie w grawitacyjnym matriksie
Kiedy słyszymy o bezbłędności współczesnej nawigacji kosmicznej, rzadko wspomina się o tak zwanych usterkach w tym całym grawitacyjnym matriksie.
Te usterki to nie akademickie dywagacje, lecz konkretne dane telemetryczne z radarów i czujników, które regularnie zaskakują inżynierów z agencji takich jak NASA czy Europejska Agencja Kosmiczna.
Okazuje się, że rzekomo perfekcyjna grawitacyjna matematyka regularnie potyka się o własne nogi, gdy tylko nasze statki kosmiczne znajdują się w specyficznych warunkach.
Statki te po prostu zaczynają ignorować równania Newtona i Einsteina, robiąc rzeczy, których wedle wyliczeń robić w ogóle nie powinny. Lista tych wpadek jest długa i dotyczy najważniejszych misji w historii eksploracji kosmosu.
Wśród nich wymienia się sondy Pioneer 10 i Pioneer 11, legendarną Galileo, sondę NEAR Shoemaker, łowczynię komet Rosettę, a nawet słynną misję Cassini.
Każda z tych jednostek badawczych w pewnym momencie swojej podróży zaliczyła odchylenie od zaplanowanej trajektorii, którego model grawitacyjny nie potrafi przewidzieć ani wyjaśnić.
Z perspektywy inżynieryjnej, te anomalie podzielono na dwie kategorie:
- Anomalie głębokiego kosmosu: sondy niewytłumaczalnie zwalniały na dalekich rubieżach układu słonecznego.
- Anomalie asyst grawitacyjnych: maszyny przelatując stosunkowo blisko Ziemi, dostawały nagłego, darmowego zastrzyku prędkości.
„Anomalia Pioneerów to nie była jedynie ciekawostka, lecz prawdziwy problem naukowy, który zapoczątkował wieloletnie debaty nad nową fizyką lub nieznanymi siłami.”
Zdesperowany główny nurt nauki, widząc jak ich równania rozpadają się w zderzeniu z rzeczywistością, musiał wymyślić wyjaśnienia, aby ratować swoje przestarzałe dogmaty.
W ten sposób narodziły się tłumaczenia, które, zdaniem zwolenników elektrycznego wszechświata, z rzeczywistym oddziaływaniem kosmicznego środowiska mają niewiele wspólnego.
Zagadka spowalniających sond Pioneer
W latach 70. ubiegłego wieku NASA wystrzeliła sondy Pioneer 10 i 11 z celem zbadania zewnętrznych planet i opuszczenia naszego układu słonecznego.
Przez lata wszystko szło zgodnie z planem, jednak w miarę oddalania się od Słońca i wkraczania w głęboki kosmos, obie maszyny zaczęły niewytłumaczalnie zwalniać.
Zjawisko to, znane jako anomalia Pioneerów, polegało na niewielkim, nieoczekiwanym przyspieszeniu skierowanym w stronę Słońca, gdy sondy osiągnęły odległość około 20 jednostek astronomicznych od Ziemi.
Wyglądało to tak, jakby Słońce przyciągało je z siłą większą niż pozwalały na to równania Newtona.
Wczesne dyskusje w literaturze naukowej, jak relacjonują badacze, rozważały, czy efekt ten może wskazywać na nową fizykę lub odchylenie od newtonowskiego prawa odwrotnych kwadratów dla grawitacji na bardzo dużych odległościach.
Analizowano również związki z ogólną teorią względności, ekspansją kosmosu czy zjawiskami kosmologicznymi w dużej skali, a także modyfikacje grawitacji.
Po dekadzie poszukiwań w starych danych telemetrycznych, oficjalna nauka ogłosiła triumfalnie, że winny jest tak zwany odrzut termiczny. Sądy posiadały bowiem na pokładzie baterie jądrowe, które emitowały ciepło.
Według badaczy głównego nurtu, to ciepło, uciekając w przestrzeń i odbijając się od wielkiej anteny do komunikacji z Ziemią, przez niemal 30 lat zadziałało jak delikatny hamulec kosmiczny.
Skrupulatnie podliczono każdą drobinkę ciepła, czyli każdy ulatujący dżul energii, ogłaszając, że matematyka znów się spina, a model grawitacyjny został uratowany.
Plazma kontra odrzut cieplny: alternatywne wyjaśnienie
Z perspektywy hipotezy elektrycznego wszechświata, to tłumaczenie anomalii Pioneerów zakrawa na czystą komedię, oparte na, jak to określają jej zwolennicy, wirtualnej księgowości uciekającego ciepła, ignorując jednocześnie to, z czego w 99% składa się wszechświat: z plazmy.
Plazma, czyli zjonizowany gaz, w którym swobodnie poruszają się naładowane cząstki, jest doskonałym środowiskiem do przewodzenia prądu.
Zwolennicy modelu elektrycznego wskazują na znacznie prostszą i bardziej logiczną przyczynę spowalniania sond Pioneer.
Sondy te, wylatując na rubieże naszego układu, po prostu opuszczały strefę wpływów Słońca i wchodziły w gęstsze środowisko plazmowe.
Sonda kosmiczna to nie jest martwy kawałek metalu lecący w sterylnej próżni, lecz obiekt poruszający się w naładowanym elektrycznie, dynamicznym środowisku. Opuszczenie heliosfery oznaczało zderzenie z oporem elektromagnetycznym.
Sondy zwalniały, ponieważ doświadczały oddziaływania prądów plazmowych, przedzierając się przez naładowane warstwy kosmicznej przestrzeni, a nie dlatego, że wyhamowało je ich własne ciepło odbijające się od anteny.
Można to porównać do przesuwania magnesu przez miedzianą rurę – nawet jeżeli magnes nie dotyka ścianek, widać wyraźny opór i spowolnienie ruchu.
Zgodnie z modelem elektrycznym, zwalnianie sond Pioneer to nie jest efekt mikroskopijnego ciepła, ale fizycznego oporu stawianego przez gęste elektryczne środowisko kosmiczne.
Niewytłumaczalny zastrzyk prędkości przy asystach grawitacyjnych
Przejdźmy teraz do drugiej kategorii kosmicznych wpadek: anomalii asyst grawitacyjnych.
Zjawisko to ma miejsce wtedy, gdy sonda, która po starcie zrobiła już wstępną pętlę wokół Słońca, wraca i podlatuje blisko Ziemi, aby wykorzystać jej pole ciążenia jak taką wielką procę kosmiczną i wystrzelić się w dalszą drogę.
Tak działo się z sondą Galileo w roku 1990, sondą NEAR Shoemaker osiem lat później czy słynną Rosettą w 2005 roku.
Za każdym razem, gdy maszyny przelatywały tuż przy naszej planecie, dostawały nagłego, darmowego zastrzyku prędkości.
Mówimy tu o skokach rzędu kilkunastu milimetrów na sekundę, których w żaden sposób nie dało się wyliczyć ze standardowych równań grawitacyjnych.
W tym przypadku główny nurt nauki znalazł się w wyjątkowo kłopotliwym położeniu.
Asysta grawitacyjna wokół planety trwa zaledwie od kilku do kilkunastu godzin, co sprawia, że wymówka o odrzucie cieplnym z baterii, użyta wcześniej, staje się niewiarygodna.
Ulatujące fotony nie mają fizycznego prawa wygenerować tak dużej siły w tak krótkim czasie.
Wleczenie czasoprzestrzeni czy elektryczny kopniak Ziemi?
W obliczu niemożności zastosowania poprzedniego wyjaśnienia, zdesperowani akademicy zaczęli mnożyć kolejne zmienne, tworząc nowe, jeszcze bardziej skomplikowane epicykle.
Początkowo obwiniano niedoskonały kształt Ziemi, argumentując, że nie jest idealną kulą, co mogłoby mikroskopijnie wpływać na przyciąganie.
Następnie do równań dodano wpływ pływów oceanicznych, argumentując, że woda podnoszona przez Księżyc zmienia lokalne przyciąganie.
Gdy i to nie wystarczyło, sięgnięto do teorii względności Einsteina i koncepcji tak zwanego wleczenia czasoprzestrzeni (frame-dragging).
W dużym uproszczeniu wymyślono, że nasza wirująca planeta pociąga i skręca otaczającą ją próżnię, by doliczyć się brakujących ułamków prędkości i załatać dziurę w ukochanym modelu grawitacyjnym.
Taka ekwilibrystyka argumentacyjna budzi uzasadnione wątpliwości wśród badaczy poszukujących spójniejszych modeli.
Tymczasem dla zwolenników hipotezy elektrycznego wszechświata, odpowiedź jest banalnie prosta i nie wymaga żadnego wyginania czasoprzestrzeni.
Nasza planeta nie jest po prostu wielkim głazem w kosmosie, lecz posiada magnetosferę i bardzo wyraźne granice plazmowe.
Kiedy metalowa sonda kosmiczna, która sama zyskuje ładunek elektryczny w próżni, wykonuje taką asystę, fizycznie przebija się przez te niewidzialne powłoki.
Wchodzi w interakcję z potężnym polem elektrycznym Ziemi i po prostu dostaje fizycznego elektrycznego kopniaka.
To zderzenie potencjałów powoduje natychmiastową zmianę prędkości, którą doskonale widać na radarach.
Żadnej magii, żadnego zaginania czasoprzestrzeni – jedynie czysta fizyka plazmy i elektromagnetyzmu, której równania Newtona z definicji po prostu nie obejmują.
Koniec maskarady: kosmos niesie ładunek
Gorączkowe łatanie modelu grawitacyjnego uciekającym ciepłem z baterii czy mikroskopijnym wpływem oceanicznych pływów to nic innego jak desperacka próba utrzymania przy życiu przestarzałego paradygmatu grawitacji.
Nie jest to dowód na absolutną władzę grawitacji w kosmosie.
Dzisiejsza nawigacja kosmiczna działa, ponieważ w naszym stosunkowo spokojnym bąblu układu słonecznego, czyli w heliosferze, równania Newtona i Einsteina całkiem nieźle naśladują słabe oddziaływania sił elektromagnetycznych na nieaktywne ciała stałe.
Jednak gdy tylko sondy przecinają granice pól plazmowych, maskarada się kończy, a radary pokazują nagą prawdę. Prawdziwa natura wszechświata, według zwolenników alternatywnych modeli, nie jest wyimaginowanym zaginaniem czasoprzestrzeni.
Ich wniosek jest jednoznaczny: mechanika kosmosu jest w 100% elektryczna, a wszechświat jest dynamicznym, naładowanym środowiskiem, pełnym plazmy i potężnych sił elektromagnetycznych, które wciąż pozostają poza oficjalnym, grawitacyjnym dogmatem.
Pytanie, które pozostaje otwarte, brzmi: jak długo oficjalna nauka będzie ignorować te anomalie, zanim zrewiduje swoje podstawowe założenia o naturze kosmosu?
Komentarze
Brak komentarzy. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz