Pamiętam sufit. Białe płyty, migotliwe światło jarzeniówek. Oddychałam coraz ciężej. Moje płuca, według lekarzy, były już niemal całkowicie zalane płynem, zbielałe na zdjęciach rentgenowskich, bez szansy na powrót do zdrowia. Gorączka, ta straszliwa, nieustająca gorączka, sięgała momentami 40,9 stopnia Celsjusza, a moje ciało drżało w niekontrolowanych, wyczerpujących dreszczach.
Był kwiecień 1988 roku. Od ośmiu miesięcy walczyłam z niezwykle zakaźnym bakteryjnym zapaleniem płuc, które złapałam od pacjentki. Mimo użycia pełnego sprzętu ochronnego, ja i dwie inne pielęgniarki zachorowałyśmy. Ale to mnie choroba chwyciła najmocniej, trzymała w szponach, nie pozwalała oddychać, odciągała od życia. Lekarze mówili wprost: „Marcy, nie wyzdrowiejesz.
Prawdopodobnie umrzesz.” Leżałam w swoim łóżku w szpitalnej izolatce, wciąż wstrząsana dreszczami. Antybiotyki? Nie działały. Moje ciało odmawiało współpracy. Czułam, jak życie ucieka ze mnie z każdym płytkim oddechem. Ale to nie był koniec. To był początek czegoś, co wywróciło mój świat do góry nogami.
Ścieżka Niewyobrażalnych Barw
I nagle, w jednej chwili, już mnie tam nie było. Przestałam być Marcy Rutland, pielęgniarką w śmiertelnym uścisku choroby. Stałam na ścieżce, oszołomiona, zdezorientowana. Gdzie jestem? Co się stało? Wokół mnie roztaczał się krajobraz, który wymykał się wszelkim ziemskim opisom. Niebo nie miało słońca, a jednak wszystko skąpane było w cudownym, złocistym świetle, emanującym miłością.Kwiaty, tysiące kwiatów o barwach, których nigdy wcześniej nie widziałam – intensywniejszych, głębszych, wręcz pulsujących życiem. To było jak próba opisania komuś, kto nigdy nie widział koloru niebieskiego, czym on jest. Niemożliwe. Szłam wzdłuż tej ścieżki, z prawej strony otoczonej niskim kamiennym murkiem. W oddali majaczyły majestatyczne góry, a powietrze było nasycone słodyczą.
Pochyliłam się nad jednym z wysokich irysów z brodą, jego płatki mieniły się odcieniami, których nie ma w żadnej palecie. I wtedy poczułam to — zapach. Nie był to zapach kwiatów, jakich znamy. Ten irys pachniał lemoniadą. Czystą, orzeźwiającą lemoniadą. W tamtym momencie, w samym sercu tej niezwykłej rzeczywistości, poczułam głęboki spokój, który otulił mnie niczym najdelikatniejszy kokon.
Wszystko było tam miłością, która przenikała każdą komórkę mego istnienia.
Złoty Powóz i Dawno Utraceni Bliscy
Ścieżka doprowadziła mnie do otwartej bramy w kamiennym murku. I wtedy zza rogu wyłonił się on – złoty powóz. Kwadratowy, lśniący, bez woźnicy, ciągnięty przez dwa białe konie. Wsiadłam do niego, a w środku byli już inni ludzie, wszyscy tak samo zagubieni i cisi jak ja. Nikt nie mówił. Wszyscy tylko patrzyli w dal. Wtedy do mnie dotarło: Umarłam. Jadę do nieba.
Powóz zatrzymał się przed olbrzymią rezydencją. Wprowadzono nas do okrągłego pokoju, którego ściany miały kolor jaj drozda – delikatny błękit. Złote świeczniki zdobiły ściany, a naprzeciwko wznosiły się dwie potężne, łukowate bramy. W pomieszczeniu było mnóstwo ludzi, młodych, starych, o różnych twarzach i rasach. Czułam, że ktoś stoi za mną. Odwróciłam się. I wtedy je zobaczyłam.
Moja babcia i prababcia stały tam, młode, jakby miały siedemnaście, dwadzieścia lat. Moja babcia zmarła w 1985 roku, prababcia w 1978. Nie było żadnych zdjęć prababci z tak młodzieńczego wieku, a jednak wiedziałam, że to one. Dorastałam z nimi w jednym domu. Chciałam je objąć, przytulić, ale one cofnęły się. Powiedziały: „Nie, nie możesz nas objąć.”
Zapytałam, gdzie jestem. Odpowiedziały, że umarłam, ale muszę wrócić. Odmówiłam. Nie chciałam. Pragnęłam zostać, zanurzyć się w tej miłości, która wypełniała wszystko. Ale to nie było moje dozwolone. Powiedziały mi: „Nie, to nie twój czas. Nie możesz wejść.”
Brama Nieskończoności i Wrót Niebios
W tamtej chwili otworzyły się te ogromne, łukowate bramy. Weszły przez nie istoty, które bez wątpienia były aniołami. Nie miały skrzydeł ani aureoli, ale były niezwykle wysokie – na około trzy, trzy i pół metra. Otaczała je oślepiająca, biała poświata. Wyglądały na solidne, emanowały męską, majestatyczną obecnością, a ja czułam do nich ogromny szacunek, wręcz podziw.
Zaczęły prowadzić grupy ludzi przez bramy, do miejsca, które widziałam tylko przez uchylone wrota. Było tam złote miasto, lśniące. Ściany wydawały się być utkane z diamentów, a pośrodku płynął kryształowo czysty strumień. To było majestatyczne, zapierające dech w piersiach, złote – tak, to musiało emanować od Tronu Boga.
Próbowałam przejść przez bramy, ale coś mnie zatrzymało. Nie szarpnięcie, nie fizyczny opór, a raczej niewidzialna bariera. Znowu ten głos: „Nie, to nie twój czas.” Czułam jednocześnie rozpacz i głębokie zrozumienie. Byłam tak blisko raju, tak blisko nieskończonej miłości, a jednak musiałam wrócić. Wiem, że w tym czasie, kiedy ja próbowałam przekroczyć próg, lekarze już wpisali do mojej karty, że zmarłam. Zadzwonili do zakładu pogrzebowego. Moja matka, zrozpaczona, krzyczała: „Ona ma dopiero dwadzieścia trzy lata!”Powrót i Niespodziewany Dar
Obudziłam się. I znowu widziałam ten szpitalny sufit. Pielęgniarka pochylała się nade mną. Nie wiedziałam, co robiła, ale dowiedziałam się później – przygotowywała mnie do zabrania do kostnicy. Odwróciła się, zobaczyła otwarte oczy, a jej twarz wykrzywiło zaskoczenie. „O mój Boże! Żyjesz!” – krzyknęła. Ja tylko skinęłam głową. Wiedziałam. W jednej chwili wiedziałam, co się stało. Umarłam i wróciłam.
Ale wiedziałam też, że nie mogę nikomu o tym powiedzieć. Bałam się. Jestem pielęgniarką. Miałam licencję do ochrony. Bałam się, że uznają mnie za szaloną. Milczałam przez trzydzieści lat. Dopiero przed śmiercią mojej matki w 2019 roku, opowiedziałam jej. Mężowi wyznałam prawdę w naszą dwudziestą rocznicę ślubu. Zapytałam go, czy mi wierzy. Powiedział, że tak. „Dlaczego miałabyś kłamać?” – dodał. I rzeczywiście, co miałabym zyskać? Nic.
Dziś, po tym jak moja historia wypłynęła na forum internetowym, opowiadam ją, bo ludzie chcą wiedzieć. Chcą nadziei. Po powrocie coś się we mnie zmieniło. Ten zapach lemoniady od irysów – nadal go czuję. Inni, gdy wąchają te same kwiaty, nic nie czują, ale dla mnie on jest realny. Ale to nie wszystko. Zyskałam też umiejętność, która jest zarówno darem, jak i ciężarem. Wiem, kiedy ktoś umrze. Muszę tylko dotknąć tej osoby.
Nie znam daty, nie znam przyczyny, ale widzę to, jak błyskawiczny film w moim umyśle. To nie jest przyjemny dar. Kilka miesięcy po śmierci mojej matki, odwiedziłam jej przyjaciółkę. Przytulając ją na pożegnanie, poczułam, że umrze w ciągu kilku miesięcy. I tak się stało, po około trzech. Innym razem, przytulając przyjaciółkę koleżanki, poczułam, że umrze niedługo i w nieprzyjemny sposób. Zginęła w wypadku samochodowym.
To utwierdza mnie w przekonaniu, że nasz los jest przypieczętowany. To nie jest coś, o czym chciałabym wiedzieć, a tym bardziej o czym mówić komuś, chyba że ktoś mnie o to zapyta, tak jak mój mąż, któremu powiedziałam, że widzę, jak dożyje wczesnych osiemdziesiątych, jak jego ojciec. To doświadczenie zmieniło mnie głęboko. Przed chorobą kwestionowałam Boga. Po nim – jestem gorliwą wierzącą. Nie widziałam Boga, ale czułam Jego obecność.
Nie widziałam piekła, ale wiem, że istnieje, choć wierzę, że trafiają tam tylko prawdziwie źli ludzie, ci którzy wielokrotnie krzywdzili innych. Wiem też, że religia w niebie nie istnieje w ludzkim rozumieniu – nie ma tam podziałów na chrześcijan, buddystów czy Żydów. Jesteśmy wszyscy jednością. A najważniejsze, co zabrałam stamtąd, to przekonanie o sile miłości i dobroci, którą powinniśmy dzielić się z bliźnimi.
Mój mąż często daje pieniądze potrzebującym, a ja wiem, że to jest to, co liczy się najbardziej. Widziałam też zwierzęta – psy, koty, ptaki, nawet dzikie zwierzęta – wszystkie żyły w zgodzie. Spotkałam dwa psy, golden retrievera i owczarka niemieckiego, które podbiegły do mnie, ucieszyły się, a ja je pogłaskałam. Nie przeszłam przez żaden tunel, nie widziałam tęczowego mostu, to nie było tak. To było natychmiastowe.
Byłam tam, a potem mnie tam nie było. To, czego doświadczyłam, było bardziej realne niż rzeczywistość, którą znamy na ziemi. Było to poza pięknem, poza słowami. Kiedy wróciłam do szpitala, próbowałam zamknąć oczy i wrócić. Nie mogłam. Tak bardzo chciałam tam zostać. Tak bardzo chcę tam wrócić. I wiem, że kiedyś wrócę. Może jutro, może za trzydzieści lat. Nikt tego nie wie.
Nawet ja, która w młodości powiedziałam babci: „Do zobaczenia za sześćdziesiąt lat.” Moja jedyna córka, w wieku 24 lat, zginęła w wypadku samochodowym sześć lat temu. Wiem, że jest w tym cudownym miejscu, gdzie ja byłam. I to jest to, co mówię pacjentom hospicjum, którym opowiadam swoją historię. Daję im nadzieję. Nadzieję, że istnieje życie po życiu, że nie ma się czego bać, że spotkają swoich bliskich i swoich ukochanych towarzyszy zwierzęcych.
Sama, pomimo upływu lat, wciąż czuję ból po stracie babci, szczególnie 17 lipca. Ale wiem, że ją spotkam. I choć mam za sobą operacje tętniaków mózgu i czekają mnie kolejne wyzwania, to wiem, co jest po drugiej stronie. I nie mogę się doczekać powrotu do tego miejsca miłości i pokoju. To było naprawdę cudowne.
Komentarze
Brak komentarzy. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz