Był 1 września 2000 roku, późne popołudnie w moim wiktoriańskim domu w Pittsburghu. Piękna, choć nieco podupadła rezydencja, podobnie jak moje życie. Podłogi, niegdyś lśniące, pokrywały plamy – świadectwo trzydziestu lat uzależnienia, które każdego dnia pochłaniało pięćset dolarów i rozkładało mnie od środka. Cały ten dzień otaczała mnie dziwna, anielska muzyka.
Słyszałem ją wyraźnie, jak kryształ, choć nie pochodziła z żadnego ziemskiego instrumentu. To był dźwięk poza tym światem, coś, czego nigdy nie byłem w stanie uchwycić w żadnym studio, choć pracowałem z największymi. Nie wiedziałem jeszcze, że to preludium. Poszedłem na górę, by zaaplikować sobie kolejną dawkę speedballa – mieszanki heroiny i kokainy. Igła, tak dobrze mi znana, wbiła się w żyłę. I wtedy...
ciemność. Ale nie taka zwykła. To była gęsta, przerażająca atmosfera, która zapowiadała coś strasznego. Czułem się, jakbym zapadał się w materac, a potem po prostu leciał w dół, w dół, w dół. Słyszałem głuchy łomot, ale nie czułem już swojego ciała. Tylko ten niepowstrzymany spadek.
Brama do otchłani
Nagle znalazłem się w miejscu pełnym czystego przerażenia. Krzyki, potworne, rozdzierające ciszę. Ujrzałem demony – postacie z moich najgorszych koszmarów, w które nigdy, przenigdy nie wierzyłem. Ich twarze wyglądały, jakby były zrobione ze stopionego wosku, czarno-brązowe, zdeformowane. Nigdy nie wierzyłem w piekło, anioły, demony, nic z tego. A jednak byłem tam. To jest piekło, pomyślałem z narastającą paniką.
Wszyscy mi o nim mówili, ale ja nigdy nie słuchałem. Zbliżały się do mnie, wlokąc za sobą łańcuchy, których brzęk niósł się echem, coraz bliżej, coraz głośniej. Ten dźwięk utkwił mi w uszach na następne dziesięć lat. Po mojej prawej stronie, obok stosów ciał, które piętrzyły się bezładnie. Byłem tuż przed bramą piekła, ogromną, wciśniętą do środka, wiszącą na zawiasach.
Za nią majaczyły małe ognie, a z głębi wydobywały się niewyobrażalne krzyki. Wtedy usłyszałem coś, co zmroziło mi krew w żyłach – ludzie wykrzykiwali moje imię. Czułem się zdradzony. W przemyśle rockowym zawsze mówili, że to miejsce to wieczna impreza. Kłamali. To było czyste przerażenie, tortury niewytłumaczalne słowami.
„Czułem ich kostropowate dłonie, próbujące mnie wciągnąć. Ale to było miejsce tortur. Oni też byli torturowani.”
Czułem, jak ich kościste palce próbują mnie schwytać, wciągnąć w tę otchłań. Widziałem znajome twarze – słynnych muzyków z lat 70., 80. i 90., tych, którzy już odeszli. Oni również byli dręczeni. Przelotnie ujrzałem tam doły, w których skóra ludzi była spalana, tylko po to, by pojawić się na nowo, a potem robaki. Krzyki były tak ogłuszające, że nie dało się ich opisać. To nie było życie. To były głosy bez życia, totalne zło. Nie było tam ani jednej dobrej rzeczy.
Miodowe światło miłości
Gdy demony zbliżały się, a łańcuchy brzęczały coraz głośniej, nagle, z góry, pojawiło się oślepiające, jasne światło. We wnętrzu tego światła zobaczyłem zarys mężczyzny. Nie potrzebowałem żadnych przedstawień. Wiedziałem. To był Jezus. W jednej chwili znalazłem się w Nim, a On we mnie. Widziałem to, co On widział, słyszałem to, co On słyszał, czułem to, co On czuł. Wszystkie moje zmysły były zwielokrotnione tysiąckrotnie.
W piekle tysiąckrotnie gorsze, w niebie – tysiąckrotnie lepsze. Jego twarz była tak jasna, że nie sposób jej opisać. Otaczały Go błyskawice w każdym kolorze – błękity, złota. To było najbliższe, co kiedykolwiek widziałem Jego pełnej chwały. Jezus mówił do mnie o miłości, o tym, jak bardzo mnie kochał, jak wołał mnie, odkąd się urodziłem.
Przypominał mi chwile, w których ratował mnie z absurdalnych sytuacji – bójek z motocyklistami, dwunastu wypadków samochodowych, z których zawsze wychodziłem bez szwanku, choć moje sportowe auta zmieniały się w wraki.
„To On to wszystko dla mnie robił, bo ja myślałem sobie: Och, jestem taki fajny, wszystko potrafię sam. To było takie głupie. Wszystko to była Jego miłość, Jego ochrona przez całe moje życie.”
Nigdy nie znalazłem tej miłości w kobietach, narkotykach ani materialnych rzeczach, za którymi goniłem. Znalazłem ją dopiero w Nim. Całe to doświadczenie, trwające siedem, może osiem godzin, było jednym wielkim, nieprzerwanym wyznaniem miłości. Potem usłyszałem wyraźne polecenie, jedyne, jakie mi dał:
„Timmy, ocaliłem cię. Teraz idź i ocal moje dzieci.”
Powrót i nowe widzenie
Po tym jak skończył mówić, nadal byłem z Nim ponad piekłem, widziałem swoje ciało tam. Następnie scena zmieniła się na mój martwy korpus leżący na łóżku. Byłem nad nim. Usłyszałem Go: „Porusz ręką”. Zobaczyłem, jak moja ręka się porusza. „Porusz drugą ręką”. I ona się poruszyła. „Porusz nogą”. I noga drgnęła. „Wstań i idź”. W jednej chwili wpadłem z powrotem w swoje ciało i zerwałem się z łóżka. Wiedziałem, co się stało.
Nie było odwrotu. To nie były halucynacje po narkotykach. Kiedy raz zobaczysz Jego, nie ma już wymówek. Przez kolejne dwadzieścia dni Jezus odwiedzał mnie bez przerwy. Potem, przez lata, po prostu się pojawiał. Pokazywał mi różne miejsca w niebie. Myślę, że najpierw „pobrał” we mnie Biblię, bo nigdy jej wcześniej nie czytałem, a rok później, gdy po nią sięgnąłem, wszystko już wiedziałem.
Otwierał mi umysł na objawienia, o których nigdy nie słyszałem. Wylewał na mnie swoją miłość. Niebo było totalnym przeciwieństwem piekła. Czyste piękno. Aniołowie, cherubiny, żywe istoty. Wodospady – jeden miał ćwierć mili długości, ale nie było słychać szumu wody. Kryształowe morze. Wszystko tam miało życie: każda trawka, każdy kwiatek, każda grudka ziemi. Nie było śmierci ani rozkładu.
Widziałem zamki proroków, jak Ezechiela czy Dawida – budowle średniowieczne, a jednocześnie zupełnie nowe, żywe. Można było ich dotknąć, ale i przez nie przeniknąć. Kolory były niepodobne do niczego na Ziemi. Jezus pokazał mi moje imię w Księdze Życia. Widziałem apostoła Pawła, który wskazał na mnie i powiedział: „Idź!”.
Cuda w blasku miłości
Moja matka modliła się o moje zbawienie przez całe życie, ale nigdy nie doczekała mojej przemiany. Około 2004 lub 2005 roku grałem koncert w starym gotyckim kościele. Podczas mojego solowego występu poczułem nagły podmuch wiatru. Rozejrzałem się – nikogo nie poruszał. Spojrzałem w górę i zobaczyłem moją mamę stojącą obok Jezusa, który trzymał dłonie na jej ramionach. Oboje uśmiechali się do mnie.
Wierzę, że Jezus dał jej okazję, by zobaczyła przez ten portal, że jej modlitwy zostały wysłuchane. Kiedy wróciłem, nadal borykałem się z uzależnieniem. Ale pewnego dnia to po prostu odeszło. BANG. Narkotyki mnie opuściły. Bez żadnego odwyku, co jest fizycznie niemożliwe dla takiej ilości, jaką zażywałem. Wszystkie ślady po igłach na moim ciele zniknęły tego samego dnia.
Cała nienawiść, zazdrość, wściekłość, gniew, poczucie zniszczenia, które towarzyszyły mi przez życie – zniknęły. To wszystko, co brało się z niskiej samooceny w świecie rocka, po prostu odeszło. Moje życie wypełniły cuda. W Hollywood, w wytwórni Capitol Records, gdzie nikt nie wpuszczał chrześcijańskich zespołów, pracowała Paula, jedna z niewielu wierzących osób. Słyszała o moich uzdrowieniach na ulicach.
Zaprosiła mnie, a ja przez pięć lat zwiastowałem tam miłość Boga. Pamiętam, jak spotkałem Briana Wilsona z The Beach Boys. Podałem mu rękę, a on odleciał do ściany i krzyknął: „Kim ty jesteś?!”. Czuł moc Boga. W Capitol Records ludzie byli uzdrawiani z chorób wątroby i cukrzycy. Kiedyś, podczas spotkania z pastorami na Manhattanie, jeden z nich, drwiąc, zapytał, czy uważam się za Eliasza. Powiedział: „Jeśli tak, to zawołaj deszcz!”.
Pan mi powiedział: „Śmiało!”. Powiedziałem: „Deszcz!”. I deszcz zaczął padać. Byłem w szoku. A oni jeszcze bardziej. W 2022 roku zdiagnozowano u mnie zaawansowanego raka z przerzutami, dawano mi miesiąc życia. Bóg powiedział: „Uzdrowię cię”. Wykonałem tylko dwie sesje immunoterapii, a potem, na polecenie Boga, przerwałem leczenie, ku zdziwieniu lekarzy. Słuchałem Jego wskazówek – przyjmowałem komunię, wyznawałem słowa wiary.
Po czterech miesiącach rak zniknął. Dziewięciu na dziesięciu lekarzy nazwało to cudem.
Pieśń czystego serca
Najpiękniejsze cuda działy się w miłości. Kiedyś, pijany „Duchem Świętym” na spotkaniu kościelnym, usiadłem w pierwszym rzędzie. Obok mnie siedziała dziewczyna, niewidoma od urodzenia, po czterdziestce. Wszedłem na scenę. Nigdy nie piszę tekstów wcześniej, tylko tam, na miejscu. Zaśpiewałem piosenkę o miłości Ojca do niej. Kiedy wróciłem, zaczęła krzyczeć. Jej oczy się otworzyły. Po raz pierwszy w życiu zobaczyła.
A kiedyś zadzwonił do mnie mąż pewnej dziewczyny z Wirginii Zachodniej. Nikt nie chciał jej ochrzcić – od stóp do głów wytatuowana narkomanka, prostytutka. Zapytałem Boga, czy mam to zrobić. „Tak” – odpowiedział. Mój syn i ja modliliśmy się nad nią. Bóg powiedział: „Najpierw ochrzcijcie ją w duchu”. Położyliśmy na nią ręce. Ona krzyknęła: „Głosy w mojej głowie odeszły!”. To były głosy narkotyków, które już nigdy do niej nie wróciły.
Przestała prostytuować się. Zostawiła stare życie. Bóg objawił mi, że jest prorokiem, uzdrowicielką, że może widzieć trzecie niebo. Kiedy chrzciliśmy ją w rzece, z nieba zstąpiło światło, które widzieli wszyscy. Zaczęła uzdrawiać ludzi w parkach. Sto procent uzdrowień. „Jak ty to robisz?” – zapytałem. „Nie wiem, jak się modlić. Po prostu obejmuję ich, płaczę i mówię: Jezus cię uzdrawia”. I byli uzdrawiani.
Czysta, nieskażona miłość i współczucie. Bóg zabierał mnie też w wizje biblijnych wydarzeń. Widziałem ukrzyżowanie – byłem tam, między Marią a Janem. Słyszałem wbijanie gwoździ. To było straszne, ale On złamał moje serce, pokazując mi prawdziwą ofiarę. Innym razem, jadąc samochodem, nagle widziałem „film” na przedniej szybie, a potem orientowałem się, że przejechałem dwadzieścia mil, nie dotykając kierownicy. Żyję w Jego obecności.
Moja rockandrollowa przeszłość jest teraz tłem dla pieśni, którą gram – pieśni miłości i zbawienia. „Timmy, ocaliłem cię. Teraz idź i ocal moje dzieci”. To stało się moim życiem, moją misją.
Komentarze
Brak komentarzy. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz