Był maj 2006 roku, gdy poddałam się histerektomii – zabiegowi, który miał być rutynowy. Nikt, ani ja, ani chirurg, nie wiedział, że podczas operacji doszło do przypadkowego przecięcia tętnicy. Zostałam zszyta z niewykrytym krwotokiem wewnętrznym, a następnego dnia, niecałe dwadzieścia cztery godziny później, moje ciało było już wykrwawione.
Pamiętam jedynie narastające poczucie, że coś jest bardzo nie w porządku. Bezskutecznie dzwoniłam przyciskiem przywoławczym. Nikt nie przyszedł. Odnalazła mnie przyjaciółka, która przyszła w odwiedziny. Leżałam nieprzytomna w szpitalnym łóżku, sina i nieoddychająca, z wciąż zaciśniętym w dłoni przyciskiem alarmowym. Przyjaciółka natychmiast zaalarmowała personel medyczny, a w szpitalu ogłoszono "Code Blue".
Dramatyczny początek i błąd, który omal nie kosztował życia
Później dowiedziałam się, że w moich kartach medycznych widnieje zapis: „pacjentka uznana za zmarłą o godzinie 14:47”. Linia ta została przekreślona, a obok dopisano „RESUS”. Potem następował długi ciąg notatek o założeniu centralnego wkłucia, sześciu jednostkach koncentratu krwinek czerwonych, siedmiu jednostkach osocza – wszystko to działo się poza moją świadomością. Oczywiście, z tamtego czasu nie pamiętam absolutnie niczego, co dotyczyło medycznych działań.
Moje ostatnie wyraźne wspomnienie, zanim zapadłam w coś, co okazało się śmiercią kliniczną, to myśl, by uspokoić się i po prostu zasnąć. Liczyłam, że może wtedy ktoś z personelu szpitalnego w końcu do mnie zajrzy. Zaraz potem zapadłam w niezwykłą, kojącą ciemność.
Nieskończona aksamitna pustka – Tam, gdzie czas traci sens
Pojawiła się przede mną przepiękna, aksamitna, głęboka i bogata, ciemnoniebiesko-czarna przestrzeń, rozciągająca się wszędzie. Ja również byłam jej częścią. To było miejsce nieopisanie dobre, prawdziwe i piękne. Jako autorka wielu publikacji i profesor badawczy, słowa i ich precyzyjne użycie są dla mnie narzędziem pracy. Mimo to, to miejsce, czy raczej „więcej niż miejsce”, było czymś, czego nie potrafię ubrać w język – jego piękno było absolutne, wykraczające poza wszelkie ziemskie porównania. Było chłodno, ale nie w sposób bolesny, raczej miękko i spokojnie, z aksamitną gładkością. Odczuwałam tam całkowitą prawdę i dobro. Ta nieskończona, ciemna, delikatna dobroć rozciągała się w nieskończoność, a ja mogłam tylko się uśmiechać i czuć niewysłowioną radość. Było to coś najpiękniejszego, co można sobie wyobrazić.
"W ułamku sekundy zrozumiałam, że wszystko, absolutnie wszystko, jest głęboko dobre."
Aspekt prawdy, który tam odczułam, również jest trudny do wyjaśnienia: autentyczność, prawdziwość, kompletność, absolutne i całkowite dobro. W ułamku sekundy zrozumiałam, że wszystko, absolutnie wszystko, jest głęboko dobre. Ten stan trwał długo. Nie potrafię określić, jak długo, ale wystarczająco, bym mogła się zrelaksować i napawać tym uczuciem. Odczuwałam zdumienie, podziw i miłość do wszystkiego, co mnie otaczało. Czułam się szczęśliwa, jakby wszystko było w doskonałym porządku na wieki.
W tej aksamitnej ciemności moje zmysły były niezwykle wyostrzone. Widziałam, czułam i odbierałam wszystko, aż po nieskończoność, w sposób dotykowy, słuchowy, wizualny, ale także na poziomie "percepcji serca". Rozumiałam wszystko. Przez "wszystko" rozumiem cały wszechświat, znacznie wykraczający poza ludzkie pojmowanie; było to zdumiewające i niezwykle piękne. I wszystko było bardzo, bardzo dobre. Moja świadomość i czujność były wyższe niż w normalnym życiu. Myśli pędziły z niewiarygodną prędkością, a czas zdawał się tracić znaczenie. Wszystko działo się jednocześnie; wieczność w mgnieniu oka, a wszechwiedza i dobro przenikały wszystko. Czas i przestrzeń nie funkcjonowały w ten sam sposób, co w normalnym ludzkim doświadczeniu. Panowała absolutna cisza, głębsza niż jakakolwiek, jaką kiedykolwiek słyszałam lub wyobrażałam sobie. Ta cudowna i dobra cisza obejmowała wszystkie harmonie, dźwięki i dysharmonie – była wszechogarniająca. To było szczególnie zaskakujące dla mnie, zagorzałej muzyczki, pianistki klasycznej, która całe życie spędziła w świecie melodii i rytmów.
Brutalne przebudzenie i powrót do świata żywych
Niestety, zaraz potem poczułam dojmujące zimno, które było gwałtownym kontrastem dla przyjemnego chłodu aksamitnej, ciemnej, nieskończonej przestrzeni. Bardzo jasne, rażące, okropne światła świeciły mi w twarz, a dookoła słyszałam krzyki, rozmowy, zgrzytanie przedmiotów oraz szumy i piski. Było tak głośno i nieprzyjemnie. Zobaczyłam nad sobą twarz mężczyzny, który powtarzał: „Mamy ją, mamy ją, udało się”. Próbowałam powiedzieć mu, że jest mi zimno, ale on zajęty był rurkami i przewodami. Zdałam sobie sprawę, że jestem w jakimś szpitalu, ale nie w mojej oryginalnej sali. Spróbowałam ponownie powiedzieć, że bardzo mi zimno, ale słyszałam tylko swój własny głos, bardzo cichy i odległy, mówiący: „Zimno”. Pielęgniarka po lewej stronie, naprzeciwko mężczyzny, zapytała: „Co, kochanie?”, a do innych dodała: „Co ona powiedziała?”. Spróbowałam głośniej: „Tak mi zimno”. Mężczyzna, który, jak się później dowiedziałam, był lekarzem, który mnie reanimował, powiedział: „Dajcie jej koc”. Okryli mnie błyszczącą, szeleszczącą, srebrną, cienką "folią", a nie prawdziwym kocem, ale zrobiło mi się cieplej.
"Żałowałam, że nie mogę wrócić do tej cudownej, aksamitnej nieskończoności, ale jednocześnie byłam wdzięczna tym, którzy mi pomogli."
Po tym zrozumiałam, że mnie reanimowano, ale nie mogłam zorientować się, gdzie jestem ani kim są ci ludzie, ponieważ nie był to mój pierwotny chirurg, a ja znajdowałam się w zupełnie innej sali. Mimo wszystko czułam się bezpieczna. Żałowałam, że nie mogę wrócić do tej cudownej, aksamitnej nieskończoności, ale jednocześnie byłam wdzięczna tym, którzy mi pomogli. Powiedziałabym, że była to wdzięczność niechętna, bo ta aksamitna, ciemna, miękka, chłodna, cicha, piękna nieskończoność jest o wiele lepsza. Zastanawiałam się, co okropnego stało się z moją rutynową histerektomią. Byłam bardzo zmęczona i wkrótce zasnęłam.
Pytania bez odpowiedzi i nowe spojrzenie na istnienie
Przez następne dni większość czasu spałam, budząc się jedynie na krótkie chwile. Pielęgniarki nie chciały mi powiedzieć, co się stało, choć pytałam. Byłam paranoicznie nastawiona do przycisku przywoławczego. „Na pewno przyjdziecie, jeśli zadzwonię? Obiecuję, nie będę dzwonić bez potrzeby” – pytałam. Nikt nie chciał ze mną o tym rozmawiać. Przez pierwsze trzy, cztery dni nie wolno mi było przyjmować gości. Jedynym, o czym myślałam w krótkich okresach czuwania, było tamto miejsce, ta nieskończoność dobroci.
Dopiero około drugiego lub trzeciego dnia w mojej sali na oddziale intensywnej terapii pojawił się ten sam mężczyzna, który mnie reanimował. Powiedziałam: „To pan! Uratował mi pan życie! Bardzo dziękuję!”. On odparł, że jest zaskoczony, że to pamiętam. Zapytałam go, co się stało. Opowiedział o przypadkowym przecięciu tętnicy i stwierdził, że jestem bardzo szczęśliwą osobą, miałam szczęście, że moja przyjaciółka przyszła w odpowiednim momencie, bo inaczej bym nie przeżyła. Przyznał: „Właściwie nie sądziłem, że pani przeżyje”. Dziękowałam mu w kółko.
Nie opowiedziałam jemu ani nikomu o tym, co widziałam i przeżyłam, i to przez długi czas. Zakładałam, że pomyślą, iż halucynuję lub zwariowałam. W końcu, być może to właśnie dzieje się z mózgiem, gdy brakuje mu dopływu krwi i ciśnienia, a wszystko po prostu „gaśnie”. Ale to było tak piękne. Było przesiąknięte etyczną dobrocią i estetycznym pięknem, doskonałością i spokojem, i nieskończonością. Jak to wszystko mogło być tylko halucynacją? Z drugiej strony, dlaczego nie? Może to jest to, czego głęboko pragnęłam: piękna i dobroci, ciszy i chłodu, i miękkości, w nieskończoność. Więc to właśnie dostałam, gdy moje życie się skończyło, dokładnie to, czego pragnęłam, a nawet nie wiedziałam, że tego pragnę. Jeśli tak, to chwała temu. Tak czy inaczej, czy to było realne, czy ściśle fizjologiczne zjawisko śmierci mózgu, cieszę się, że spędziłam tam choć krótki czas. Mam ogromną nadzieję, że kiedy umrę, będę miała to samo doświadczenie ponownie. Było wspaniałe. Niepokojące, ale wspaniałe.
"Jako urodzona sceptyczka, profesor badawczy i dociekliwa obserwatorka, nigdy nie wierzyłam w takie rzeczy. Lecz to, czego doświadczyłam, zmieniło moje postrzeganie istnienia. W tym 'miejscu' wszystko wydawało się tak właściwe, a ja czułam niewiarygodny pokój i radość."
Przed moim doświadczeniem byłam ateistką, choć jednocześnie praktykowałam medytację Zen, która dawała mi cenne duchowe doświadczenia. Moje przekonania nie uległy diametralnej zmianie – nadal uważam się za ateistkę, jednak moja praktyka Zen znacznie się pogłębiła i nadal odgrywa ważną rolę w moim życiu. To doświadczenie było jednocześnie spójne i niespójne z moimi ówczesnymi przekonaniami, ale jedno jest pewne – pokazało mi, że istnieją wymiary, o których nie miałam pojęcia.
Komentarze
Brak komentarzy. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz