Pamiętam doskonale ten świąteczny czas, kiedy moja mama, po wielu latach samotności, zapragnęła mieć kota. Wybrałam dla niej pięknego syjamskiego kota palmowego – smukłego, inteligentnego, o hipnotyzujących, jasnoniebieskich oczach.
Nazwała go Angie. Był dla niej radością, promieniem słońca, ale ta radość szybko ustąpiła miejsca niepokojowi.
W obliczu straty ukochanego kota Angie, która wywołała później moje doświadczenie NDE, jego stan zdrowia zaczął się pogarszać. Angie chudł w oczach, jego zachowanie stawało się coraz bardziej apatyczne.
Diagnoza zwaliła nas z nóg: złośliwy chłoniak, rak umiejscowiony w klatce piersiowej. Guz uciskał drogi oddechowe i serce. Nie było ratunku.
To był początek strasznego czasu pożegnań. Patrzyłyśmy, jak Angie męczy się każdego dnia coraz bardziej. Nie mógł jeść, tracił resztki godności.
Lekarz był bezlitosny w swojej szczerości: szanse na wyleczenie były iluzoryczne. Musiałyśmy podjąć najtrudniejszą decyzję. Angie musiał odejść. Jego cierpienie było ogromne:
- Gdy chciał zasnąć, nie mógł się położyć, bo ucisk guza tylko wzmagał jego cierpienie.
- Miał ataki, podczas których robił się siny.
- Chudł w oczach i był coraz bardziej apatyczny.
Ostatni oddech, pierwszy promyk
Dzień, w którym to się stało, był wiosenny, słoneczny, ale dla nas nic nie było piękne. Był dramatyczny, wypełniony rozdzierającym bólem.
Płakałyśmy bez opamiętania, tuląc Angie'ego w ramionach. Podróż do weterynarza była torturą, mimo że wiedziałyśmy, że oszczędzamy mu dalszych cierpień.
Wiedziałyśmy też, że wrócimy do domu bez niego, a te wielkie, błękitne oczy, które tak głęboko w nas patrzyły, zgasną na zawsze.
Nie obchodziło nas, że ludzie na ulicy widzą nasze zapłakane twarze. Serce krwawiło. W gabinecie weterynaryjnym pani doktor położyła go na stole.
Z westchnieniem przygotowała sprzęt i leki. Pierwszy zastrzyk miał wprowadzić Angie'ego w stan zmierzchu.
A potem nadszedł ten okropny moment. Ostateczny. Ten, który miał uśpić go na zawsze. Ale on nie pomógł.
Ze względu na liczne przerzuty i guzy w jego maleńkim ciele, lek nie dotarł do serca, nie rozprowadził się.
Musiała podać drugi zastrzyk. Nic. Potem trzeci.
Bezpośrednio w serce. To było straszne. Trzymałyśmy go, głaskałyśmy, płacząc głośno. W duchu szeptałam: „Niech to się już skończy, niech przestanie cierpieć.”
Pomiędzy strzykawką a aniołem
Nagle, w samym środku tego niewyobrażalnego bólu, zdarzyło się coś zupełnie nieoczekiwanego.
Moje łzy, które jeszcze przed chwilą spływały po policzkach, wyschły. Jakby ktoś je otarł. Poczułam coś, co zaskoczyło mnie całkowicie.
Atmosfera, energia w pokoju, uległa zmianie. Zrobiło się cicho, spokojnie, pięknie. Tak, fizycznie to poczułam.
To było tak niezwykłe, tak porywające. Zamknęłam oczy. Było mi tak dobrze. Pozwoliłam, by to uczucie mnie ogarnęło, przepłynęło przeze mnie.
Kiedy zamknęłam oczy, zobaczyłam coś, co musiało być postrzegane moim wewnętrznym wzrokiem. Ujrzałam wyraźnie postać.
Wyglądała jak anioł. Trzymała w ramionach naszego małego Angie'ego. Cały obraz był tak piękny, tak oszałamiający.
Angie był pełen życia! Pulchny, trochę psotny, tryskający energią. To nie był ten wychudzony, umierający kociak, który leżał przed nami.
Wyglądał wspaniale, a anioł trzymał go z nieskończoną miłością. Byłam tak zaskoczona i tak szczęśliwa!
„Mamo, mamo! Angie'ego zabierają! Zamknij oczy, mamo. Oni tu są. Zabierają go!”
Myślałam, że mama też to zobaczy, bo obecność tego wszystkiego była tak silna, tak namacalna. Ale ona wciąż patrzyła na strzykawkę tkwiącą w sercu Angie'ego. Jej łzy płynęły bezustannie.
W tamtej chwili nie zdawałam sobie sprawy, że ona nie widzi tego, co ja. Dla mnie jednak wszystko się zmieniło.
To było coś zupełnie innego, czego nigdy wcześniej w życiu nie doświadczyłam. Czysta, niepojęta radość.
Tęsknota w krysztale światła
Pamiętam ją wyraźnie. Była to istota o kobiecej energii, macierzyńskiej, pełnej miłości, troski i powitania.
Nie widziałam włosów ani twarzy, ale cała jej postać miała formę. Ubrana była w długą szatę, złożoną z lekkich, zwiewnych woali.
Bez skrzydeł, tylko te delikatnie płynące zasłony, dające jej eteryczny wygląd. Kolory... och, to najtrudniej opisać!
Powiedziałabym, że były krystaliczne, jakby składały się z kryształów łapiących światło, mieniące się jak tęcza, podobne do odbicia słońca na powierzchni wody.
Przejrzyste, wypełnione światłem, choć bez wyraźnego koloru. Po prostu jasne i świetliste.
Ta istota trzymała Angie'ego z taką czułością. Ale nawet bardziej niż sama wizja, poruszyło mnie samo to doświadczenie.
Wszystko w tamtej chwili było inne. Czas przestał istnieć. Jakby wszystko stanęło w miejscu, a ja zostałam przeniknięta i otoczona przez życzliwą energię.
Było to uczucie najwyższej miłości i pokoju, a także pewnego rodzaju głębokiego zrozumienia.
W tamtej chwili stało się dla mnie całkowicie jasne, że smutek, cierpienie i troski zostawiłam daleko za sobą. Wszystko miało być dobrze, ale to było „dobrze” zupełnie innego rodzaju.
Czułam się, jakbym nigdy nie znała bólu ani cierpienia i nigdy już nie musiałabym martwić się tym, co nadejdzie. To było idealnie głębokie, otulające, uspokajające uczucie.
„Wiedziałam ze stuprocentową pewnością, że wszystko jest w porządku i że mały Angie czuje się doskonale. To było tak cudowne uczucie.”
Nie postrzegałam tego zmysłami, to uczucie po prostu było. Ja się w nim znalazłam. Ono przepływało przeze mnie. Byłam tym wszystkim otoczona.
I co najważniejsze, w związku z Angie'em, wiedziałam ze stuprocentową pewnością, że wszystko jest w porządku i że czuje się doskonale.
To było tak cudowne uczucie. Tworzyło uderzający kontrast z tym, co działo się wcześniej. W tamtym momencie zupełnie zapomniałam, że jeszcze chwilę wcześniej płakałam z rozdartym sercem.
Droga ku wieczności
To uczucie towarzyszyło mi przez około dwie godziny. Angie zmarł, kiedy widziałam go z aniołem. Kiedy wróciłam do rzeczywistości, jego serce już nie biło.
Został uznany za martwego i oddany nam. A ja? Szłam jakby po chmurach, otoczona niesamowitym, kochającym i naturalnym zrozumieniem w stronę weterynarza i mojej mamy.
Czułam ogromne zrozumienie, którego nigdy wcześniej nie doświadczyłam. Że nigdy już nie będę w stanie potępić drugiego człowieka za cokolwiek. Że nie będzie niczego, czego nie mogłabym zrozumieć poprzez jakąś naturalną empatię.
I tak już zostało. To było nieopisanie piękne. W czasie tych dwóch godzin zabrałyśmy ciało Angie'ego i przygotowałyśmy go do pochówku.
Kontrast między moimi uczuciami a uczuciami mojej mamy był dla mnie znaczący.
Dla mnie to było ciało, które żyło, ale teraz nie miało już funkcji ani znaczenia. Nie widziałam już w tym ciele mojego kota.
Natomiast moja mama wciąż chciała go głaskać i tulić, mówiąc: „On jest jeszcze ciepły.
Może jeszcze żyje? Może wyzdrowieje? Nie mogę go tak po prostu włożyć do zimnej ziemi”.
Ja jednak mogłam powiedzieć z naturalną pewnością: „Mamo, jego już nie ma i jest mu dobrze. Jest w świetle”. To było dla mnie całkowicie jasne.
„Teraz wiem, że śmierć nie jest końcem. Jestem przekonana, że i my zostaniemy powitani przez coś pięknego, pełnego światła i miłości.”
Nawet teraz, gdy myślę o Angie'em, towarzyszy mi ta radość, ta pewność, że wszystko z nim w porządku. Coś we mnie naprawdę się zmieniło.
W środku czuję wielkie oczekiwanie i tęsknotę za tym nieopisanie spokojnym stanem. Wiem, że śmierć nie jest końcem dla niego ani dla żadnego innego zwierzęcia.
To sprawia, że wierzę, iż dla nas, ludzi, nie jest inaczej. Jestem przekonana, że i my zostaniemy powitani przez coś pięknego, pełnego światła i miłości.
Niestety, ten stan minął. Ale naprawdę byłabym szczęśliwa, gdybym mogła go odnaleźć ponownie.
Próbowałam świadomie do niego wracać, ale niestety nie potrafię już go tak po prostu poczuć.
Po tych dwóch godzinach musiałam podjąć bardzo świadomą decyzję: czy wolę trzymać się wspomnień o wyglądzie Angie'ego, o jego cierpieniu, o jego pragnieniu snu?
Czy raczej wybieram to, co postrzegłam duchowo? To było jak rozstaje dróg, a ja wybrałam ścieżkę spotkania z aniołem.
W tych pierwszych godzinach był to świadomy wybór, który był nieco trudny, ponieważ wolałam iść tą ścieżką, niż podążać bolesnymi wspomnieniami.
Ale teraz stało się to dla mnie całkowicie naturalne. Czasami w smartfonie wyświetlają mi się zdjęcia. Dziś na przykład otrzymałam ostatnie zdjęcie Angie'ego, na którym leżał tak słodko, ale już martwy.
Było to nasze ostatnie zdjęcie. O dziwo, nie musiałam płakać, mimo że to niewiarygodnie smutne zdjęcie.
Ale jestem pewna, że jemu jest dobrze. Więc po co miałabym opłakiwać? Po co miałabym płakać? Wiem, że jest mu dobrze. I to wystarczy.
Komentarze
Brak komentarzy. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz