Zielony błysk. To była pierwsza rzecz, jaką zapamiętałem. Zwykłe, szare popołudnie w Chicago, rozmowa z kolegą, sięganie po zapalniczkę… i nagle ten syczący odgłos, ten nieznośny, ostry zapach siarki, zupełnie jakbym wypalił całe pudełko zapałek naraz, tuż pod nosem. Ułamek sekundy. Moje ciało cofało się, uderzone niewidzialną siłą, ale jednocześnie, w surrealistycznym tańcu, czułem, jak pociąga mnie w przód. Upadałem.
Nie, to nie był tylko fizyczny upadek na bruk. To było coś znacznie głębszego, bardziej pierwotnego. To był upadek, który zdzierał ze mnie warstwy, kawałek po kawałku. Najpierw zniknęła nadzieja. Potem miłość. Wszystko, co uważamy za dane, wszystko, co pochodzi od Boga, rozpływało się w mroku, jak dym w wietrze. Nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo jesteśmy przyzwyczajeni do tych darów, dopóki ich nie stracimy.
Ciemność, w którą wpadałem, nie była zwykłą ciemnością. To nie był brak światła, jak pod opaską na oczach czy w najgłębszej jaskini. Nie. To był żywy mrok, mrok z własną świadomością, mrok, który mnie otaczał, trzymał i aktywnie pozbawiał wszystkiego, co dobre. Nie da się obliczyć prędkości tego upadku. To nie był lęk, to był terror – wszechogarniający, narastający z każdą chwilą, bez dna.
Zapach siarki, krzyk bez nadziei
W tamtej rzeczywistości moje zmysły, zamiast zaniknąć, wyostrzyły się do niewiarygodnego stopnia. Słuch, wzrok, dotyk, węch – wszystko wzmocniło się milion razy. Ten zapach! Nic na ziemi nie może się z nim równać. Żaden kanał, żadne gnijące zwłoki, żaden rozkładający się trup. Był tak obrzydliwy, tak przytłaczający, że samo powąchanie go tutaj, w fizycznym świecie, zabiłoby człowieka.
Wiedziałem, że ten straszny odór jest częścią tego miejsca, że pochodzi od istot, które je zamieszkują. Wśród tej absolutnej, wszechogarniającej czerni, nagle dostrzegłem malutki punkt. Jak główka szpilki, ale w tej ciemności wydawał się olśniewająco jasny. Im szybciej spadałem, tym bardziej rósł, rozszerzał się, aż w końcu zaczął przypominać ogromny portal.
Biło z niego nieznośne gorąco, choć w tamtej chwili byłem zbyt sparaliżowany strachem i tym okropnym zapachem, by to dostrzec. Ten portal wyglądał jak szczelina w skałach, otwierająca się na system jaskiń – starożytnych, gorących, świecących od żaru. Pomarańczowe, żółte, białe światło wydobywało się z każdej szczeliny, z każdego kamienia.
To było piekło, ale jak dowiedziałem się później, funkcjonujące w innym wymiarze, w tym samym miejscu co ziemia, ale na innej częstotliwości. Wszystko nabrało przerażającej ostrości. Każdy szczegół, każda cząsteczka była widoczna, jak pod lupą.
Uderzyłem o dno. Z hukiem, ale paradoksalnie, fizyczny ból był niczym wobec przygniatającego poczucia beznadziei. Próbowałem się poruszyć. To było jak noszenie gigantycznego, dziewięciusetfuntowego kombinezonu. Czułem się pozbawiony wszelkiej energii, tak jakby nie miałem siły, by oddychać. I wtedy to do mnie dotarło: ja w ogóle nie oddychałem. W tym miejscu nie było tlenu, a my jesteśmy tak przyzwyczajeni do podświadomego oddechu, że sama próba wywoływała panikę. Byłem pozbawiony wszystkiego, co pochodzi od Boga – nawet swobody ruchu.Tam, gdzie czas przestał istnieć
Wokół panował ten sam żywy mrok, ale gdy płomienie buchnęły z otwierających się przede mną jam, ukazały ich tysiące. Rowami, rzędami, ciągnęły się po horyzont, jak okiem sięgnąć. Wewnątrz tych jam… ludzie. Zwęglone szkielety, ciała z wiszącymi strzępami mięsa. Próbowali się wydostać, ale wokół każdego dołu czaiły się bestie. Olbrzymie, gadzie, zdeformowane.
Jedne miały długie ramiona i krótkie nogi, inne były gigantami, wysokimi na piętnaście metrów. Mięśnie wypukłe, humanoidalne kształty, ale tak szkaradne i cuchnące, że opisanie tego przekracza ludzkie możliwości. Odór siarki. Smród rozkładu. To one były źródłem tego zapachu. Miały czerwone lub żółte oczy z pionowymi źrenicami, łuskowatą skórę. Były ich miliony, w każdym kształcie i rozmiarze, od wielkości szpilki po gigantów.
Trzymały włócznie, starożytne narzędzia. Gdy ktoś próbował się wygramolić, wbijano mu je w ciało i z powrotem wrzucano do dołu. Ale najgorsze były krzyki. Zewsząd. Krzyki agonii, krzyki żalu, bólu i rozpaczy. Każdy krzyk można było zindywidualizować, każdy niósł ze sobą odcienie piekła. Niektórzy błagali Boga, prosili o ostatnie pięć minut, o jedną szansę. Inni bluźnili, przeklinali, byli pełni gniewu. Demony nie krzyczały.
One komunikowały się w języku, który ranił moje duchowe ciało z każdą wypowiedzianą sylabą. Rozumiałem wszystko. Nazywały nas „głupimi ludźmi”, śmiały się, delektując się naszym cierpieniem. Odkryłem, że żywią się naszym bólem, czerpią z niego energię, jak z narkotyku.
„Nie ma na tej planecie formy nienawiści, która choćby zbliżyłaby się do tego, jak one czują do nas. Nienawidzą cię tak bardzo, że możesz to poczuć. Ta energia cię zabije. Jeśli ich nienawiść miałaby formę broni, umarłbyś.”
Próbowałem wstać. Nagle coś złapało mnie za głowę. Ogromny szpon. Rzucił mną z taką siłą, że czułem się jak piórko. Nie ma mowy, by ktoś mógł im się przeciwstawić. Cała siła, cała moc, cała energia – to dary od Boga, a w tym miejscu ich nie ma. Było się całkowicie bezbronnym. Zostałem czołowo uderzony o ścianę, ale wciąż czułem ochronę. Ból… tutaj, w ciele, czujemy go tylko w jednym miejscu.
Tam, gdy uderzono cię w rękę, czułeś go w całym ciele, jednocześnie, ze zwielokrotnioną intensywnością. Mimo to, siła, z jaką zostałem rzucony, powinna była spowodować ból nieporównywalnie większy. Wierzę, że Pan mnie chronił.
Nienawiść gęstsza niż smoła
Spojrzałem w górę. W zboczu skalnej góry, pięły się rzędy cel. Starożytne, zardzewiałe kraty, bez drzwi, niczym. Ciągnęły się w górę tak daleko, że nie mogłem dostrzec ich końca. Wewnątrz widać było ludzi, którzy tam przebywali tysiące lat. Ich ciała miały przydymioną, szarą barwę, nie sposób było określić rasy. To byli starożytni, od czasów biblijnych, uwięzieni za bałwochwalstwo, czary, astrologię. W tym miejscu czas nie istniał.
Nie było żadnej daty wyjścia, żadnej nadziei, jak w ziemskim więzieniu, gdzie choć wiesz, że kiedyś wyjdziesz. Tutaj czas po prostu… zatrzymał się. Najgorsze było to, że wiedziałem, iż zasłużyłem na to miejsce. Nie miałem żadnych argumentów. Nie płakałem o litość. Byłem tam, bo na to zasłużyłem.
„Wiedziałem, że zasługuję na to, by tu być. To było coś, co naprawdę mnie uderzyło. Nie miałem żadnych argumentów, by stąd uciec.”
A jednak inni krzyczeli: „Daj mi jeszcze jedną szansę! Pozwól mi to naprawić! Pozwól mi powiedzieć przepraszam!” Słyszałem tysiące głosów jednocześnie, a każdą prośbę, każdy żal, każdą bluźnierczą klątwę mogłem usłyszeć oddzielnie. Widziałem fałszywych pastorów, wciąż ubranych w garnitury, wrzucanych do skrzyń wypełnionych rozżarzonymi węglami.
Widziałem plotkarzy – więcej plotkarzy niż kogokolwiek innego z kościoła – którzy uśmiechali się do ludzi, a potem niszczyli ich życie słowami. Widziałem tych, którzy nie potrafili przebaczać, którzy mówili „przebaczam, ale nie zapomnę” – to nie jest przebaczenie. Widziałem te wszystkie grzechy, które tutaj, na Ziemi, wydają się drobne, ale tam miały swoją straszliwą cenę. Byłem na krawędzi klifu.
Po obu stronach stali ludzie, a przede mną rozciągał się jałowy las, z martwymi drzewami i czarnym piaskiem. Ścieżka prowadziła do monumentalnych bram, wysokich na piętnaście, dwadzieścia pięć metrów. Kamienne, stare. Wiedziałem, że to prawdziwe piekło. Jeśli przekroczę te bramy, nie będzie powrotu. Długi sznur ludzi, skrępowanych łańcuchami, pod batem demonów-strażników, maszerował w stronę bram.
Jeden z nich podniósł głowę, spojrzał na nas i zaczął krzyczeć, w wielu językach: „Nie idźcie! Nie idźcie tam! Proszę, nie przychodźcie!” Ich strach był namacalny, ich ostrzeżenie desperackie. W tamtej chwili wiedziałem, że następny krok postawię w tym pochodzie.
Powrót w ciało, które pamięta
I nagle, z taką samą gwałtownością, z jaką zostałem zabrany, zostałem wrzucony z powrotem. Uderzyłem o moje fizyczne ciało w szpitalnym łóżku. To było obrzydliwe. Czułem się, jakbym nosił trzy warstwy mokrych, zimnych ubrań – ciężki, śmierdzący kombinezon, którego pragnąłem się pozbyć. Pielęgniarki wpadły w panikę. Były gotowe się poddać, pakować sprzęt. Byłem klinicznie martwy przez 3 minuty i 47 sekund, ale dla mnie to trwało miesiące.
Miesiące pełne terroru. Krzyczałem. „Nie pozwólcie mi tam wrócić! Proszę, nie!” Strach pielęgniarki w jej oczach był równie przerażający, co wspomnienie piekła. Nadal słyszałem krzyki, czułem zapach siarki. Wiedziałem, że w każdej chwili mogę zostać z powrotem tam zabrany. Przez tygodnie, miesiące, ten straszny zapach spalenizny, ten smród zapałek, wywoływał u mnie PTSD. Do dziś go nie znoszę. Lekarze powiedzieli, że nigdy już nie będę chodził.
Kule, które nadal tkwią w moim brzuchu, powodują ból i czekają na operację. Ale ja chodzę. Kule uszkodziły mi nerwy, mam trwałe uszkodzenia, bolą mnie stawy, gdy zmienia się pogoda, kule rdzewieją we mnie, ale chodzę. To był cud.
Lekcja z piekieł
Przez pierwsze lata po tym doświadczeniu, przeżywałem horror. Piłem więcej, by zapomnieć. To nie była natychmiastowa przemiana w pobożnego człowieka. To był proces. Przez czternaście lat Pan budował we mnie relację z Nim. Pokazywał mi, że wszystko jest Jego czasem, nie naszym. Potrzebowałem tego czasu, by dojrzeć, by zrozumieć to doświadczenie i przekazać je w taki sposób, by ludzie usłyszeli.
To było autentyczne budowanie wiary, krok po kroku, cegła po cegle. Moja wiara jest teraz solidna, stała się częścią każdej cząstki mojego jestestwa. Ludzie pytają, co powiedzieć tym, którzy nie wierzą. Demony to kochają. Kłócą się, klaszczą, bo wiedzą, że jeśli nie wierzysz w istnienie wroga, to już przegrałeś. Piekło nie potrzebuje twojej wiary, by istnieć. Ono po prostu jest. Moim zadaniem jest przekazać świadectwo.
Tak jak listonosz dostarcza przesyłkę, a co z nią zrobisz, to twoja sprawa.
„Piekło nie potrzebuje twojej wiary, ono po prostu jest. Demony to kochają, klaszczą, bo jeśli nie wierzysz w istnienie wroga, to już przegrałeś.”
Moja podróż z powrotem ze skraju wieczności dała mi jasność, cel. Teraz, jako pastor, służę poprzez nasze stowarzyszenia: The Narrow Path Society i Bless to Be Chosen. Napisałem książki, dzielę się swoją historią, rozdajemy Biblie, wspieramy uzależnionych. Moja przeszłość nie zniknęła – blizny i fragmenty kul nadal są ze mną, przypominając mi o tym, co przeżyłem. Ale to właśnie te blizny, ta pamięć o piekle, motywują mnie, by codziennie dzielić się prawdą. Bo nie ma nic do stracenia w szukaniu Boga. Jest za to cała wieczność do zyskania – lub stracenia.
Komentarze
Brak komentarzy. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz