Powrót z granicy: Ojciec, pies i miłość, która trwa

Powrót z granicy: Ojciec, pies i miłość, która trwa

Śmierć zawsze była blisko, lecz dopiero doświadczenie na progu życia i śmierci otworzyło mi oczy.

„Niech sobie po prostu umrze w domu. Tak będzie lepiej”. Usłyszałam to zdanie. Słowa lekarza pogotowia wbiły się w moją świadomość, ostre jak sztylet.

Czułam się wycieńczona, ledwo żywa, ale w tamtej chwili ogarnęła mnie fala czystej, niepohamowanej złości. Jak on może twierdzić, że umieram? Przecież on nie może tak po prostu skazać mnie na śmierć!

Miałam zaledwie dwadzieścia siedem lat, choć od dziecka śmierć była mi osobliwie bliska.

Dorastałam na wsi, gdzie czarny karawan zaprzężony w dwa czarne konie regularnie zabierał zmarłych. Ten widok wrył mi się w pamięć.

Moja szkoła stała obok kościoła, a w kostnicy trzymano otwarte trumny. Fascynował mnie spokój na twarzach tych, którzy odeszli.

Miałam zaledwie pięć lat, gdy po długiej chorobie zmarł mój ośmioletni brat. Nie wzięto mnie na pogrzeb, „dla mojego dobra”. Po prostu nagle go zabrakło, a nikt nigdy o tym nie rozmawiał.

Później towarzyszyłam dziadkowi, gdy odchodził, pamiętam jego starość i ból.

Potem ojcu – przez wiele miesięcy, gdy leżał w szpitalu, bez żadnej opieki paliatywnej. Byłam szczerze ulżona, gdy odszedł. Czułam, że to normalne.

Ale gdy zmarł mój narzeczony, z którym planowaliśmy ślub, umarł tak nagle, tragicznie… to mnie załamało.

Dlaczego ja? Dlaczego teraz? Byliśmy tacy młodzi, chcieliśmy żyć.

Poczułam się, jakbym uderzyła w ścianę, ale szłam dalej, na oślep, rzuciłam się w wir pracy, patrząc na wszystko z zewnątrz, jak przez szybę. Nie chciałam już więcej zajmować się śmiercią, udawałam, że jej nie ma.

Aż w końcu sama zachorowałam. Poważne operacje, diagnozy, które kazały cieszyć się życiem, „ile się da”. Jeden z lekarzy wprost powiedział, że jeśli dożyję trzydziestki, to będzie „bardzo dużo”.

Odliczałam czas do tych trzydziestych urodzin, zastanawiając się: czy umrę? Czy przeżyję? Przyznam, że w tamtym szaleństwie było coś dziwnie pociągającego, nawet ekscytującego.

Początek końca, czy może początek czegoś nowego?

Leżałam w łóżku, a gniew mieszał się z potwornym zmęczeniem. Moje ciało było słabe, wyczerpane do granic.

I wtedy zaczęło się to dziwne uczucie, jakby niewidzialna siła wyciągała coś z moich stóp. Powoli, metodycznie, moje ciało opróżniało się od dołu do góry.

Chłód wsączał się w każdą komórkę, stopniowo, jakby ktoś wyciskał ze mnie życie kropla po kropli.

Strach, prawdziwy, pierwotny lęk, zacisnął mi gardło. Ogarnął mnie niepokój, zimny i lepki jak mgła.

Tunel i dłoń z nieskończoności

Nagle, bez ostrzeżenia, znalazłam się w ciemnym tunelu. Ciemność była gęsta, niemal namacalna, otulała mnie niczym aksamitna zasłona, wciągając w głąb bez pytania o zgodę.

Nie mogłam się oprzeć, nie mogłam walczyć. Po prostu mnie niosło, jak liść porwany przez nurt rzeki.

Wtedy, na końcu tej otchłani, pojawiło się światło. Nie było to światło ostre czy oślepiające, raczej ciepłe, delikatnie zabarwione, nasycone odcieniami, których nigdy wcześniej nie widziałam.

A wraz z nim przyszło uczucie. Uczucie miłości tak wszechogarniającej, tak głębokiej, że poczułam, jakbym wreszcie wróciła do domu, którego szukałam całe życie.

To była miłość, jakiej nigdy wcześniej nie czułam. Miłość tak wszechogarniająca, że poczułam się, jakbym wreszcie wróciła do domu, którego szukałam całe życie.

Wszystek ból, który trawił moje ciało na ziemi, po prostu odpłynął, roztopił się jak śnieg w słońcu. Czułam się swobodna, lekka, wolna od ciężaru. Strach zniknął, zastąpiony przez absolutny komfort i poczucie bezpieczeństwa.

A potem zobaczyłam ojca. Mój ojciec? Przecież on nie żyje! Zobaczyłam go jako świetlistą postać, cudowną, przenikniętą kolorami.

Nie był to człowiek, jakiego znałam na Ziemi, z jego ciałem i twarzą, ale świetlisty byt, esencja. Nie widziałam jego rysów, oczu, niczego konkretnego, a jednak wiedziałam, że to on. Po prostu go rozpoznałam.

Wyciągnął do mnie rękę. Była duża, promienna. Instynktownie wiedziałam, że jeśli ją ujmę, to już nie wrócę.

Zostanę tam na zawsze. To była granica, namacalny próg między światami.

Zaczęłam się odwracać. Przypomniałam sobie płaczącą matkę, siedzącą przy moim łóżku. W moim umyśle przemknęła myśl: Ona już straciła brata.

Jej matka umarła krótko po ślubie, potem ojciec, mąż… Jeśli teraz odejdę, zostanie sama.

Ale w tym świetle było tak cudownie. Znów odwróciłam się w stronę ojca. Chcę iść do ojca! pomyślałam. Lecz w tej samej chwili on cofnął dłoń.

Cichy szept powrotu

Poczułam głębokie rozczarowanie. Dlaczego? Chciałam tam zostać, bez bólu, tak swobodna, tak kochana.

Ale droga prowadziła tylko w jednym kierunku – z powrotem. Poczułam, jak wyciągam się z tunelu, a moje ciało, to fizyczne, ciężkie ciało, wciąga mnie z powrotem. Nie mogłam się oprzeć.

Znów byłam w moim pokoju, obok matki. „Myślę, że teraz mogę już spać. Wszystko w porządku” – powiedziałam do niej, czując się niespodziewanie spokojna.

Spałam długo. Kiedy się obudziłam, wiedziałam, że to, czego doświadczyłam, jest niewypowiedziane. Mówiłam o miłości, o dobrym samopoczuciu, o lekkości bycia wolną od bólu.

Byłam absolutnie pewna, że to nie był sen, ani wytwór mojej wyobraźni. To było prawdziwe. Absolutnie realne. Zaczęłam szukać odpowiedzi.

Pamiętam ojca – jego świetlistą postać, nieskończenie ciepłe światło przeniknięte kolorem. Rozpoznałam go natychmiast, choć nie miał twarzy.

Jego dłoń, jeśli bym ją wzięła, zatrzymałaby mnie po drugiej stronie. To było dla mnie potwierdzenie, że stałam na granicy dwóch światów.

Powrót do zdrowia zajął mi sporo czasu, byłam wyczerpana. Chciałam zrozumieć, co się stało. Szukałam informacji, ale wtedy, w wieku trzydziestu lat, w czasach bez internetu, tematyka życia i śmierci nie była popularna wśród moich znajomych.

Czytałam książki, ale nie znajdowałam niczego, co miałoby dla mnie sens. Z czasem temat odszedł w cień, a ja dałam sobie spokój. Moje zdrowie miało swoje wzloty i upadki.

Ścieżki, które prowadzą dalej

Pewnej nocy poczułam, jakby ktoś mnie wołał, dotykał, głaskał po policzku. Innym razem poczułam szczypnięcie.

Aż w końcu jednej wyjątkowej nocy, usłyszałam pieszczotliwe imię, jakim nazywał mnie mój narzeczony. Zerwałam się, czując, że coś jest nie tak, że to nie jest normalne.

Moja mama opowiedziała mi wtedy o programie telewizyjnym o medium. Nigdy wcześniej o tym nie słyszałam, ale to wydało mi się interesujące. Obejrzałyśmy.

Po tym programie wiedziałam – jest coś na rzeczy. Poczułam się znowu „normalnie”. Postanowiłam zgłębić temat, skontaktowałam się z medium.

Spotkałam się z nią, a ona zaoferowała mi szkolenie. Po raz pierwszy w życiu naprawdę skonfrontowałam się z moimi zmarłymi bliskimi.

Byłam tak oszołomiona, że nie mogłam powiedzieć ani „tak”, ani „nie”. Wszystko, co mi powiedziała, było tak przytłaczające.

Zaczęłam uczęszczać na seminaria, wykłady, czytać książki. Ta duchowa ścieżka pomogła mi wydobyć się z żałoby, zobaczyć w życiu inny sens.

Stopniowo zaczęłam czuć się zdrowiej. Nigdy nie byłam tak sprawna jak inni, ale przeżyłam. To była ogromna pomoc, dar, który otrzymałam.

Listy z zaświatów, od tych, co odeszli

Miałam też niezwykłe doświadczenie z moją zmarłą suczką Susi. Przygarnęłam ją ze schroniska. Był to mój pierwszy pies, a ona stała się moją siłą, pomagając mi przetrwać nawroty choroby.

Mieszkała ze mną prawie dwanaście lat, aż bardzo zachorowała. Przez cztery miesiące spałam z nią na materacu na parterze, bo nie mogła wchodzić po schodach.

Wieczorami długo z nią rozmawiałam, opowiadając o moim doświadczeniu bliskim śmierci i o tym, kto już „tam jest”.

Prosiłam ją: „Susi, kiedy już będziesz po drugiej stronie, daj mi znać, czy i dla zwierząt jest życie po śmierci. Chcę wiedzieć, jak ci tam jest. Daj mi jakiś znak, który zrozumiem”.

Pierwszego listopada musiałam ją uśpić. Tej samej nocy i kolejnej otrzymałam od niej niezwykle intensywne sny, które potraktowałam jako wiadomości z zaświatów:

  • W pierwszym śnie Susi stała na szczycie wzgórza, na łące, zdrowa, świeża i pełna życia, dokładnie taka, jak kiedyś. „Popatrz! Niezręczny piesek się turla!” – powtarzała.

    Zdziwiona, zobaczyłam, jak z wzgórza spada na łąkę coś w rodzaju wełnianej, brązowej kulki. „Popatrz! Znowu się turla!” – mówiła suczka.

    Nie mogłam tego zrozumieć, aż przypomniałam sobie znajomego z Wiednia, któremu jakiś czas wcześniej zmarł pies. Zadzwoniłam do niego, pytając, czy ma to dla niego jakiś sens. Natychmiast zaczął płakać.

    „Skąd wiesz?” – zapytał. To był jego jamnik, który na spacerach zwijał się w kulkę i staczał w dół.

    Mówił mu wtedy, że „komicznie się turla”. Dodał, że nie mogłam tego wiedzieć, bo nigdy nie poznałam jego psa.

  • Drugiej nocy znów śniła mi się Susi. Tym razem pokazała mi małą dziewczynkę na koniu, lipicanie, ubraną w piękną suknię w stylu Sissi.

    Susi stała i podziwiała ją z dołu. Znów zastanawiałam się, co to może znaczyć.

    Przypomniałam sobie znajomą, której córka zmarła w młodym wieku. Miały dwa konie w pobliżu stadniny.

    Zadzwoniłam do niej, żeby zapytać, czy ta wizja ma sens. Poprosiła, żebym opisała konia.

    Gdy to zrobiłam, powiedziała, że został uśpiony dwa dni wcześniej i że jej córka znała go, gdy żyła. A co do sukni Sissi – jej córka zawsze pragnęła mieć suknię Sissi, była jej fanką i wciąż o niej opowiadała.

    Jestem przekonana, że te dwie wiadomości pochodziły od mojej Susi. Nie wiedziałam o niczym wcześniej, a wszystko zostało potwierdzone przez moich znajomych.

Nie było już tak wyraźnych sygnałów, ale te dwa doświadczenia były klarowne, upewniając mnie, że moja suczka wciąż żyje „tam”. Miałam jeszcze jedno, poruszające doświadczenie.

Towarzyszyłam mojej kuzynce, wiedząc, że umiera. Siedziałam przy niej. W pewnym momencie zaczęła patrzeć w jeden róg pokoju i pokazywać palcem. „Co tam jest?” – zapytałam. „Popatrz, tam jest Susi!” – odpowiedziała. „Susi?

Tak, popatrz, ten mądry piesek. Była taka inteligentna!” – mówiła kuzynka. „Możesz iść z nią” – zaproponowałam. Spojrzała na mnie i powiedziała: „Nie, nie chcę jeszcze iść”.

To było późnym wieczorem, a następnego dnia odeszła. Moja suczka zawsze miała wspaniałą relację z kuzynką, zawsze cieszyła się, gdy była z nią. Dla mnie to był znak, że nawet zwierzęta przychodzą po nas, gdy odchodzimy.

Miłość, która trwa, bez lęku

Wszystkie te wydarzenia, te doświadczenia, zmieniły mój światopogląd nie do poznania. Stałam się o wiele spokojniejsza, zrelaksowana.

Nic już tak bardzo mnie nie denerwuje. Wiem, że to po prostu nie jest tego warte. Strach przed umieraniem, przed śmiercią, został mi odebrany.

Wiem, że zostanę odebrana, i to cudowne uczucie, wiedzieć, że ktoś po ciebie przyjdzie. Nie wiem, czy będą to moi bliscy, którzy odeszli przede mną, czy moje zwierzęta.

Teraz wiem, że strach przed odejściem jest złudzeniem. Czekają na nas. Bliscy, a nawet nasi mali, czworonożni przyjaciele.

Chcę odebrać ludziom lęk przed śmiercią, chcę im pomóc w żałobie, opowiadając, że życie po śmierci istnieje, że nie jesteśmy sami. Zmarli zawsze nad nami czuwają, zawsze są z nami w kontakcie.

Przesyłają nam znaki. Kiedyś tego nie rozumiałam, nie byłam tak świadoma. Teraz czasem widzę pewne znaki, które pokazują mi, że nie jestem sama.

Źródło: https://www.youtube.com/watch?v=lyBrjMqpSBA
Tekst został opracowany redakcyjnie na podstawie oryginalnej relacji.
Wojciech Kroks · redaktor naczelny Na Granicy Światła

Dziennikarz z Gdańska z ponad 15-letnim stażem. Twórca kanału Obecność na YouTube. Tłumaczę i opracowuję prawdziwe historie NDE z całego świata — każda oparta na wiarygodnych źródłach, 100% faktów z oryginału.

Więcej o naszej misji →
Poznaj swoją kartę gwiazd

Spersonalizowany horoskop wedyjski oparty na precyzyjnych obliczeniach astronomicznych — odkryj swoją mapę karmy, przeznaczenia i potencjału.

Zobacz horoskopy wedyjskie →

Komentarze

Brak komentarzy. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

Komentarz pojawi się po moderacji
12 zadowolonych klientów 4.6/5 średnia ocena (5 opinii) 14 abonentów newslettera