Lata spędzone w strefach wojny – dwadzieścia cztery lata, bez mała ćwierć wieku – nauczyły mnie bezpośredniości. Uczestniczyłem w misjach, gdzie zatajenie informacji mogło kosztować kogoś życie. To kształtuje. Budowałem samoloty od podstaw. Fokker Triplane, drapieżny, z trzema skrzydłami – to była maszyna, która kazała mi czuć się macho, wojownikiem. Ale potem przyszła kolej na coś zgoła odmiennego: samolot, który wyglądał, jakby wypadł z kreskówki Disneya. Wyjątkowy, fantazyjny, mój kaprys. I to właśnie ten kaprys zawiódł, podczas drugiego lotu, kiedy silnik zgasł gdzieś nad Connecticut, stając się martwym ciężarem w powietrzu.
Upadek z nieba
Kształt kadłuba, przypominający łódź, podpowiedział mi, że nie dam rady wrócić na lądowisko. Zobaczyłem niewielkie jezioro przy obozie harcerskim i pomyślałem: Idealne lądowanie awaryjne. Celowałem, skupiłem się, ale instynkt zawiódł. Przestrzeliłem brzeg. Uderzyłem w drzewa z prędkością stu dziesięciu kilometrów na godzinę, w czymś, co było w zasadzie wozem z drewnianymi kołami, napędzanym potężnym silnikiem motocyklowym i ze śmigłem wirującym tuż przed twarzą. Pamiętam huk, ostry trzask łamanych gałęzi i metalu, potworne szarpnięcie, które rozerwało mnie na strzępy.
Ból. Nie do opisania. Czułem, jak moje ciało poddaje się brutalnej sile. Oba płuca mi pękły, wszystkie żebra zostały złamane. Prawa noga – wielokrotne złamania. Podbródek poszarpany, a w dole pleców – dziura. To poluzowany akumulator, uderzając z tą samą morderczą prędkością, zrobił mi ją. Ciemność zaczęła mnie otaczać, gęsta i ciężka jak spalony olej. Cudem, choć obóz harcerski był zamknięty o tej porze roku, ktoś tam był. Październik, chłodny dzień, ale wędkarz jeden się znalazł. Na szczęście nie byle jaki – emerytowany policjant. Większość ludzi widząc taką katastrofę, sparaliżowałby strach.
Ale on widział już traumę, wypadki. Był przyzwyczajony do przełączania się w tryb działania. Miał telefon. Zawsze zostawiał go w ciężarówce, szukając spokoju, ale tego dnia nosił go przy sobie. Zadzwonił na 911. Wkrótce nade mną zawisł helikopter, Livestar, żeby mnie wyciągnąć i przetransportować do centrum urazowego w Hartford.
Wieczność jednej chwili
Moje doświadczenie było inne niż te, o których słyszałem. Nie było tunelu, nie było zmarłych bliskich, żadnego przeglądu życia. To było jak natychmiastowa teleportacja. Bum! I jestem gdzie indziej. Znalazłem się na tarasie wysokiego budynku, w krajobrazie ruin. Wyobraź sobie największe miasto, jakie kiedykolwiek widziałeś. Teraz wyobraź sobie je tysiąc lat po apokalipsie: wybuchu jądrowym, uderzeniu meteorytu. Absolutne zgliszcza. Patrzyłem na to. Nad moją głową wisiały głębokie, ciemne chmury, jak matka wszystkich burz, gotowa w każdej chwili się rozpętać. Groza.
Sama wizja tych chmur mogła przerazić, choć ja nie czułem strachu. Nagle przeszedł przeze mnie atak mdłości. „Nie zniosę tego!” – powiedziałem na głos. Wtedy usłyszałem dźwięk, po mojej lewej stronie. Na tarasie, niedaleko, stała olbrzymia rzeźba w kształcie jaja, wysoka na cztery, może pięć pięter. Była ażurowa, z plecionki, więc mogłem przez nią patrzeć. I dostrzegłem ruch w środku. Pomyślałem: Co to jest? Jedyna ciekawa rzecz w tym martwym mieście. Podszedłem bliżej i spojrzałem przez te plecione pasma.
Wewnątrz unosiły się koła zębate – segmentowe koła zębate, takie jak w mechanizmach zegarowych czy przekładniach motocyklowych, które poruszają się tam i z powrotem. Niektóre były wyraźne, ostre, inne wyglądały jak duchy, przechodząc przez siebie swobodnie. Byłem zdezorientowany. Wyciągnąłem rękę, żeby dotknąć jednego. Gdy to zrobiłem, jedno z kół otarło się o moją dłoń i znów poczułem falę mdłości. Instynktownie chwyciłem je, przeciągnąłem przez ażurową ścianę i odrzuciłem. Nie wiem, skąd wiedziałem, że mogę to zrobić. Nie wiem, dlaczego to zrobiłem.
Ale gdy to uczyniłem, wszystkie koła zaczęły szaleńczo wirować, jakby kalibrowały się na nowo, kompensując stratę jednego elementu.
„Czym jest ta rzecz?” — zapytałem, a wtedy usłyszałem Głos. Pozostał ze mną przez całe doświadczenie. „To proces stawania się. To przyszłość rodząca się w teraźniejszości.”
„Naprawdę tego nie rozumiem. Gdzie ja jestem?” – odparłem. „Jesteś w pomiędzy” – odpowiedział Głos. „Pomiędzy czym?” – drążyłem. „Wszystkim” – padła odpowiedź. „Stoisz w wieczności jednej chwili”. Moje myśli wirowały: To nie ma najmniejszego sensu. „Czy pamiętasz ciało, do którego należy twój duch?” – zapytał Głos. Pomyślałem: Nie mam pojęcia! Jestem po prostu tutaj, jestem obecny. „Więc widzisz prawdę i jak przeszłość jest pyłem” – rzekł Głos.
Gdyby ktoś zapytał mnie wtedy: „Jeśli zostaniesz tu dłużej, nie będziesz mógł wrócić”, odpowiedziałbym: „Wrócić dokąd? Do twojej rodziny? Na Ziemię? Do twojego życia?”. Odpowiedziałbym: „Jaka rodzina? Jaka Ziemia? Jakie życie?”. Byłem tak bardzo odpersonalizowany i odłączony. Nawet własnego imienia bym nie pamiętał.
Korekta przyszłości
Patrząc na koła zębate, zacząłem widzieć w swojej głowie obrazy, niczym na ekranie. Każde koło przedstawiało jakieś wydarzenie. Nagle olśnienie: To są wydarzenia z mojej przyszłości! Wiedziałem to, bo na niektórych kołach widziałem moje dzieci już dorosłe, z własnymi dziećmi, a siebie samego – starego. „Więc to jest moja przyszłość” – pomyślałem. Zapytałem Głos: „Co się stało, kiedy dotknąłem tego jednego koła i poczułem się źle?”.
„Wszystkie wybory mają nieprzewidziane konsekwencje. Niektóre dobre, niektóre nie. Dotykając różnych możliwych przyszłości – bo to są możliwe wyniki – wpływasz na nie. Te, które były wyraźne, były bardziej prawdopodobne. Te, które były jak duchy, były mniej prawdopodobne lub odleglejsze w czasie.”
Zrozumiałem. Zapytałem, skąd wiedziałem, że mogę usunąć tę „złą” przyszłość, tę, która sprawiłaby mi ból. „Dlaczego inaczej tu jesteś?” – zapytał Głos. „Nie mam pojęcia!” – odparłem. „Cóż, dlatego tu jesteś. Dostałeś szansę, by w zasadzie ułożyć talię dla swojej przyszłości” – wyjaśnił. Nie mówimy o grzechu, bo można podjąć złą decyzję, nie będąc winnym. Ale zła decyzja to taka, gdzie istnieją moralne i etyczne wątpliwości, lub po prostu z premedytacją robimy coś złego, nie dbając o to, kogo to skrzywdzi. A bycie człowiekiem oznacza, że wszyscy stajemy przed takimi wyborami. Kusi nas.
To nie grzech ulec pokusie, ale grzechem jest podjąć złą decyzję. Ból stał się moim przewodnikiem. Nie miałem wielkiego kompasu moralnego ani ideologii religijnej, żadnej mantry. Po prostu ból. Bo z bólem się nie dyskutuje. Gdyby wygrana na loterii miała mnie uczynić największym dupkiem na świecie, większość z nas powiedziałaby: „Nie! Obiecuję, że nie! Dajcie mi to!”. Ale gdy czujesz wynik tej decyzji, gdy czujesz ból, który spowodujesz, nie będziesz się spierał. To było jasne.
Kontynuowałem, sięgając przez jajko, znajdując koła, które sprawiały ból, wyciągając je i obserwując, jak cała struktura w kółko się przelicza. Cały czas rozmawiałem z tym Głosem. W pewnym momencie odwróciłem się i zobaczyłem ogromną, rosnącą stertę wyrzuconych kół zębatych. „Wygląda na to, że jeśli nie będę miał złej przyszłości, to w ogóle nie będę miał żadnej przyszłości!” – powiedziałem. „Czy umrę wcześniej, robiąc to wszystko?” – zapytałem. „Liczba twoich oddechów jest już policzona. Ostatnim się martwić będę ja” – odparł Głos.
I dodał: „Dla tych, którzy źle wykorzystują swoje wybory, oferowanie mniejszych możliwości może być nazywane miłosierdziem”.
Sztuka odpuszczania
W końcu byłem zmęczony oglądaniem tych wszystkich wirujących kół. To było mnóstwo informacji do przetrawienia. Powiedziano mi: „Wiedza o tym, co lub kiedy, nie jest ważna, ważna jest wiara w wielki plan”. Poczułem ulgę. „Myślę, że teraz mogę z tym żyć” – powiedziałem. Wszystko wydawało się być w porządku. Głos przekazał mi kilka ostatnich słów, które wciąż we mnie rezonują:
„Cała siła woli, jakiej kiedykolwiek będziesz potrzebował, tkwi w sztuce odpuszczania. Żyj zawsze w celebracji indywidualnego ducha, albowiem nic ani nikt nie ostoi się przed blaskiem prawdziwie nagiej duszy. Zwracaj więcej uwagi na swoje relacje i bądź łagodny dla każdego, tak jak ja jestem łagodny dla ciebie.”
„Co jest łagodnego w tym wszystkim?” – pomyślałem, przypominając sobie ból. Głos odpowiedział: „Twoje bycie tutaj jest odpowiedzią na modlitwę, którą złożyłeś pewnego dnia w półmroku swojej duszy. A teraz człowiek, który spadł z nieba, nie jest tym samym, który do niego wzleciał”. Wow. To mnie odmieniło. I wtedy zostałem odesłany z powrotem. „Pomiędzy nie jest miejscem, do którego się idzie czy z którego się wraca, to miejsce, w którym się jest” – usłyszałem. To interesujące, bo przypomina mi to słowa z Łukasza 17:21: „Królestwo Boże jest w was”.
To skłoniło mnie do zastanowienia, czy fakt, że może dziesięć procent ludzkości, czyli około siedemset milionów ludzi, doświadczyło bliskiej śmierci, nie jest właśnie tym, o czym mówiła Biblia – drugim przyjściem. Byłoby to równie rewolucyjne, co pierwsze, ale zgodne z ideą, że Królestwo jest w nas. Jeśli może być we mnie, może być w każdym. Nie każdy potrzebuje uderzenia w głowę deską, by tam dotrzeć. Niektórzy dochodzą do tego przez medytację, inni – po prostu są tak skłonni. Zastanawiałem się, jaka modlitwa mnie tu sprowadziła.
Może to było coś prostego, jak zniesmaczenie światem i prośba: „Daj mi znak”. Nie musiało być głębokie, wystarczyło, że było szczere i znaczące. Może miałem pięć lat. Nie wiem, kiedy. Ale zasiało ziarno, które pewnego dnia wydało owoc. A postapokaliptyczny krajobraz? Myślę, że został stworzony specjalnie dla mnie, w tamtej chwili. I gdy odszedłem, zniknął. Ludzie pytali, czy to przez moją pracę jako projektanta systemów satelitarnych, informatyka, budowniczego samolotów, sceneria była tak mechaniczna, niemal steampunkowa. Kto wie? I kogo to obchodzi?
Ten sam scenariusz mógłby się rozegrać w pięknym ogrodzie, gdzie wyrywałem chwasty – te złe przyszłości. Kogo to naprawdę obchodzi? Kiedyś ktoś powiedział, że Bóg podejdzie do ciebie w każdy sposób, w jaki może do ciebie dotrzeć. A ponieważ Bóg jest nieskończony, doświadczenia bliskiej śmierci również są nieskończone w swoim zakresie. I choć na zewnątrz historie mogą brzmieć różnie, ci, którzy je przeżyli, słyszą podobieństwa. Istnieje subtelna autentyczność, wibracja. Kiedy spotykam innych ludzi, którzy doświadczyli NDE, widzę w ich oczach rodzaj rozpoznania. To głęboka więź.
A ja, człowiek, który spędził dwadzieścia cztery lata w strefach wojny, korespondent wojenny NBC News – mówię, jak jest. I tak właśnie jest.
Komentarze
Brak komentarzy. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz