Zatrzymałem oddech. Czułem, jak powietrze ucieka, a ja nie mogę go złapać. Panika, zimny strach. Przyjaciele bawili się w ogrodzie sąsiada, nieświadomi mojego upadku. W tej samej chwili, gdy moje ciało osunęło się na trawę, ja… ja odszedłem. Moja świadomość, ta prawdziwa jaźń, opuściła mnie. Unosiłem się obok, patrzyłem na siebie, na ten mały, bezradny worek, który jeszcze przed sekundą był moim domem.
Cofająca się fala życia
Wszystko stało się trywialne. Zabawy przyjaciół, kurz na trawie – nic z tego nie miało już znaczenia. A potem to przyszło. Moje życie, całe moje sześć lat, przemknęło przed moimi oczami z prędkością światła. Każdy gest, każde słowo, każde uczucie. Ale to nie była tylko moja perspektywa. Czułem wszystko, co czułem, ale widziałem też, jak moje działania wpływały na innych. Czułem gniew mojego ojca, gdy zmieniał pieluchy i byłem płaczliwy. Czułem bezgraniczną miłość mojej matki. Byłem jak lustro, w którym odbijało się echo moich czynów.
Moje życie przemknęło przez moją świadomość, ale nie tylko moje. Czułem, jak moje czyny odbijały się echem w duszach innych.
Coś przykuło moją uwagę. Jasne światło w oddali. Wiedziałem, że jest ważne, ale jeszcze nie na tyle, by się nim zająć. Unosiłem się, zadawałem pytania, a odpowiedzi przychodziły same, klarowne, szczegółowe, często w formie odtworzenia jakiegoś wydarzenia z przeszłości. Uświadomiłem sobie wtedy coś oczywistego – istniałem wcześniej. Zanim byłem Aaronem, byłem czymś innym.
Morze światła i kosmiczne przedszkole
„Czym jestem?” – zapytałem. Odpowiedź nadeszła: jestem kulą świadomości, otoczoną bladym światłem. Potem przyszło kolejne pytanie: „Skąd przyszedłem? Dlaczego tu jestem?”. Otworzyło się przede mną wspomnienie, duchowe wspomnienie mojego pochodzenia. Byłem częścią ogromnej grupy podobnych mi istot, dryfujących w morzu światła. Byliśmy szczęśliwi, spokojni, ale też… ignoranci.
To było jak duchowe przedszkole, gdzie dostawaliśmy okresowe prezenty – małe, radosne chwile. Pewnego razu zabrakło jednego prezentu dla wszystkich. Wtedy podjąłem decyzję: zrezygnuję ze swojego, by inni mogli go otrzymać. I wtedy coś się stało. Delikatnie, z niezwykłą troską, zostałem uniesiony ponad grupę. Nawiązałem kontakt… umysłowy, telepatyczny z czymś o wiele większym ode mnie. Mój Stwórca. „Jesteś kochany. Jesteś ważny” – usłyszałem.
„To, co zrobiłeś, rezygnując z tego prezentu dla dobra innych, było bardzo ważne. Pokazałeś, że jesteś gotów zacząć coś nowego”.
Powiedział mi, że czeka nas cudowne istnienie, ale najpierw musimy przejść przez doświadczenie, nauczyć się. Dojrzeć. Wyjaśnił, że mógłby zmienić nas od razu, ale to naruszyłoby naszą wolną wolę, która jest podstawą naszego istnienia. Potrzebujemy wolnego wyboru, by świadomie przyjąć miłość, współczucie, uczciwość – cechy, które definiują jego. Stworzył świat, gdzie możemy się tego nauczyć przez własne działania.
Wybory na Ziemi i koszty doskonałości
Stwórca pokazał mi swoją „twarz” – olbrzymią, słoneczną istotę, w której jaśniały miliardy innych świadomości. Byłem gotów. „Czy jesteś pewien, że chcesz przez to przejść?” – zapytał. „Tak, jestem pewien”. I wtedy zostałem wystrzelony. Byliśmy w przestrzeni, gdzie mogłem wybierać planety, miejsca, gdzie mógłbym zdobywać lekcje. Tysiące, miliony światów. Miałem inteligencję, by szybko pojąć ich naturę. Aż dotarliśmy do Ziemi. Wtedy poczułem to z całą mocą: „To jest miejsce, gdzie chcę być”.
Ale moja podróż nie skończyła się na wyborze planety. Wróciłem do sąsiadowego ogrodu, dryfując. Pojawiło się kolejne pytanie: „Dlaczego jestem Aaronem? Dlaczego ta konkretna osoba?”. Zobaczyłem poprzednie życia. Byłem już na Ziemi, popełniałem błędy, odczuwałem żal. Przewodnicy oferowali pomoc, ale ja byłem zniechęcony, nie chciałem wracać. Pokazali mi dusze, którym mógłbym pomóc, gdybym wrócił. To mnie przekonało.
Pokazali mi życie, które mógłbym prowadzić. Zaczęliśmy od przeglądu genów, możliwości. Chciałem być rudowłosą dziewczynką – okazało się to niemożliwe dla uzyskania pełni rozwoju. Potem syn. Chciałem być przystojny, ale okazało się to pułapką dla mojej niedojrzałej jeszcze duchowo natury, prowadzącą do rozwiązłości. Chciałem być geniuszem, ale to wywołałoby arogancję i pogardę. Każdy wybór miał swoją duchową cenę.
Nie ma doskonałości bez kompromisu, bez akceptacji własnych ograniczeń.
To był mój wybór. Ciało, jego cechy, inteligencja, nawet pewne intymne szczegóły. Zgodziłem się na wszystko. Zgodziłem się nawet na przyszłe złamania kości, na skutki moich poprzednich, nieusprawiedliwionych czynów. Nie było kary, była lekcja.
Pokazano mi moje poprzednie życie, gdzie pobiłem kogoś bez powodu. Teraz miałem odczuć ból, który zadałem. Złamanie nosa w wieku dwunastu lat. Zwichnięcie ramienia, a potem drugiego. To nie było przeznaczenie, to była karma, którą sam stworzyłem i którą sam musiałem spłacić. Lekcja pokory i szacunku dla innych.
Pomiędzy życiami i mgła zapomnienia
A co dzieje się pomiędzy życiami? Okazało się, że istnieją różne stany, różne królestwa. Widziałem miejsca przykre, gdzie trafiały dusze pełne nienawiści, walczące ze sobą. Widziałem też miejsca szczęśliwe, gdzie miłość była walutą. Moje wewnętrzne ja definiowało moje otoczenie. Wtedy przypomniałem sobie o przyjaciołach, z którymi byłem kiedyś blisko w innym wymiarze, i zapragnąłem wrócić do nich, do miasta światła. Wtedy zjawił się anioł. „Nie wolno ci opuszczać ciała” – powiedział. I nagle – byłem z powrotem. Oddech wrócił. Zacząłem żyć.
Minęło kilka miesięcy. Moi przewodnicy skontaktowali się ze mną telepatycznie. Poprosili o zgodę na ukrycie wspomnień. Mówili, że moje obecne życie miało być inne, miało służyć innemu celowi duchowemu, a wiedza o zaświatach komplikowałaby ten plan. Zgodziłem się, ufając im. Ale zapewnili, że gdy będę starszy, wspomnienia wrócą. I wróciły po latach, gdy przeczytałem o neurochirurgu, który sam doświadczył śmierci klinicznej. Jakby klucz się obrócił w zamku.
Przesłanie z tamtego brzegu
Teraz wiem. Najważniejsze jest, by traktować siebie nawzajem z miłością, życzliwością, współczuciem. By działać z uczciwością i wybaczać. By być hojnym i służyć innym. To napędza nasz rozwój duchowy i przygotowuje nas na prawdziwe szczęście po drugiej stronie. To nie jest bajka. To jest lekcja, którą wszyscy nosimy w sobie. Wystarczy wsłuchać się w szept duszy, który przychodzi w ciszy, gdy oddech na chwilę zamiera.
Komentarze
Brak komentarzy. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz