Wszystko stało się tak szybko, że wciąż trudno mi w to uwierzyć. Był początek lat 60., ja, Jacek Matlak, student krakowskiej szkoły instruktorów higieny, wieczorami grałem jazz. Ostatni występ. Noc ciepła, choć bezksiężycowa. Jechaliśmy z kolegą motocyklem Jawa 350. Byłem zmęczony, nie chciałem prowadzić, ale kolega poprosił. Zgodziłem się. Szosa była nasza, pusta. Nie spieszyliśmy się. Może czterdzieści, góra pięćdziesiąt kilometrów na godzinę. Przez jakąś wieś, minęliśmy tory kolejowe, potem niewielki pagórek. Droga wiła się lekko pod górę. I nagle, z nikąd, wyrósł przede mną cień.
Zanim zdołałem zareagować, zanim mój umysł zarejestrował tę ciemną bryłę, która raptownie pojawiła się w zasięgu reflektorów, wiedziałem, że to już. Koniec. Strach przed śmiercią był nieprawdopodobny, paraliżujący. Czysta, pierwotna panika, która zakleszczyła mnie w jednej klatce piersiowej.
Film mojego życia, w kinie duszy
I wtedy to się stało. W momencie zderzenia, w ułamku sekundy, który zdawał się trwać wieczność, zobaczyłem film. Całe moje życie. Od najwcześniejszego dzieciństwa aż po ten moment, w którym siedziałem za kierownicą jawy. Wszystko w kolorze, z niesamowitą ostrością. Miałem wrażenie, że jestem jednocześnie widzem i aktorem. Siedziałem w pierwszym rzędzie widowni, która otaczała scenę, niby fotele, choć wszystko miało zielonkawą poświatę. To było jak hologram, tak realny, że czułem każde wspomnienie, każdą emocję. Wiedziałem, że jakaś Istota tym wszystkim steruje, wyświetlając mi ten spektakl.
Na scenie miałem tyle lat, ile w danym wspomnieniu, a na widowni – swój obecny wiek. Im bliżej końca filmu, tym szybciej migały obrazy, z błyskawiczną precyzją. Kiedy film dobiegł końca, uderzenie nastąpiło. Ale strachu już nie było. W jego miejsce pojawiło się zaskakujące stwierdzenie faktu: teraz jest moment przejścia. Przejścia w inną fazę. Cisza.
Cisza i gwiezdne pustkowie
Leżałem na plecach, kurczowo ściskając kierownicę. Motocykl leżał na mnie. Jego rama była zgnieciona. Dopiero potem to zobaczyłem. Wtedy, tuż po uderzeniu, otaczała mnie jedynie niewiarygodna cisza. Ciemność. Ogromna, pusta przestrzeń. Coś gotowało mi ponad głową. Myślałem, że to gwieździste niebo, ale nie było gwiazd, ani księżyca. Nie. Pomyślałem: Jestem martwy. To było tak oczywiste, jak to, że teraz oddycham. Nagle, z oddali, dobiegł mnie dźwięk. Narastał. Ryk silnika. Mojego silnika. Zdałem sobie sprawę, że jednak żyję. Odruchowo zamknąłem przepustnicę, silnik zgasł.
Benzyna rozlała się na mnie, ale cudownie, motocykl się nie zapalił. Pierwsza myśl: wstać. I stało się. Podniosłem się, a Jawa, która przed chwilą ważyła tonę, stała się lekka jak piórko, sama spionizowała się, jakby ktoś mi pomógł. Mój kolega wyszedł z domu, przestraszony. Dwóch ludzi biegło w naszym kierunku. Uderzyliśmy w nieoświetloną furmankę, która jechała środkiem drogi. Na szczęście nikomu nic się nie stało, tylko strach. Czułem motocykl w rękach, ale stawał się coraz cięższy. Podałem go koledze.
Ludzie coś do mnie mówili, a ja tylko pytałem, czy nikomu nic nie jest i zapewniałem, że wszystko naprawię, pokryję koszty.
„W tym momencie poczułem, że zaczyna mi się robić słabo. Doszedłem do wniosku, że tym razem to już na pewno będzie koniec mojego życia.”
Oparłem się o słup. Położyłem się na ziemi. I wtedy nastąpiło kolejne wyłączenie, choć świadomość pozostała nienaruszona. Po prostu znalazłem się w innej scenerii.
W kleszczach gęstej czerni
To był tunel. Ciemny, czarny, ale nie pusty. Ta czerń miała konsystencję, gęstość. Poruszałem się w nim, choć był to ruch wymuszony. Nie mogłem go zatrzymać, zmienić kierunku. Czułem, że to ja, że moja sylwetka jest podobna do ziemskiej, ale byłem w zupełnie innym odczuciu, w innej formie. To było niepokojące. Powoli, z każdym metrem, tunel stawał się jaśniejszy. Zdążałem w kierunku światła. Poruszałem się pod kątem około 45 stopni. Wokół mnie pojawiły się świetliste punkty. Niektóre żółte, inne czerwone.
Część wracała, część parła naprzód, tak jakby przeskakiwały przez niewidzialne bariery, w strumieniu jasności. Czułem się, jakbym płynął w wodzie, która uwypukla się nad kamieniami. Początek był nieprzyjemny – nieznany obszar, obce wrażenia. Ale potem pojawiło się uczucie narastającego parcia, ciągnięcia w kierunku światła, które emanowało niezwykłym spokojem i wszechogarniającą miłością. Cisza była tu akceptacją, niemałym zrozumieniem.
Uśmiech Istoty i studnia wiedzy
Wtedy, w tej coraz jaśniejszej poświacie, pojawiła się Istota. Nie widziałem Jej tak, jak widzę ludzi na ziemi, ale Jej obecność była absolutnie wyczuwalna, jednoznaczna. Niezwykle życzliwa. Spokój natychmiast mnie ogarnął. Istota nie zadawała pytań, raczej stwierdziła: „Jesteś. Wróciłeś.” Odprężenie było całkowite. Pomyślałem, że te punkty światła, które mijam, to pewnie inni tacy jak ja, choć sam czułem, że mam ręce, nogi, głowę. Istota towarzyszyła mi przez całą tę podróż.
Światło stawało się coraz jaśniejsze, olśniewające, porównywalne z blaskiem słońca, a jednak w ogóle nie raziło. Chciało się tam zdążać, bez cienia myśli o powrocie, o tym, co było. Chciałem tam zostać na zawsze. Wtedy Istota zapytała mnie, co chciałbym wiedzieć. Odpowiedziałem, że pragnę wiedzy. Nie rozumiałem teorii Einsteina, zakrzywienia płaszczyzny. Nie mogłem tego pojąć. Istota uśmiechnęła się, w sposób, który nie wymagał mimiki, tylko był czystym, ciepłym przekazem. Powiedziała:
„To są bardzo proste rzeczy. Wyprowadź wzór.”
Odrzekłem, że nie mam pojęcia o wyższej matematyce. A Istota spokojnie powtórzyła: „Wyprowadź wzór.” W tym momencie uzyskałem wiedzę. Niewiarygodną. Wyprowadziłem wzór, zrozumiałem teorię względności, zakrzywienie płaszczyzny stało się dla mnie oczywistością. Otaczała mnie bezkresna przestrzeń, coraz jaśniejsza, bez ograniczeń. Czas nie istniał. W pewnym momencie, gdy rozważałem te zawiłości wszechświata, Istota zwróciła się do mnie. Dla mnie była to postać samego Chrystusa. „Widzisz? Zrobiłeś to, co miałeś zamiar zrobić.” To było nieprawdopodobne przeżycie. Tunel się skończył.
Znalazłem się w próżni. Wiedziałem, że to próżnia, że panuje tam temperatura zera absolutnego, a jednak czułem się w niej bezpiecznie, otulony ciepłem, w przyjaznym środowisku. Widziałem planety, cały Układ Słoneczny. Mogłem zbliżać się do nich bez żadnego ryzyka. Były małe, piękne. Ale to szybko minęło. Później, gdy zapytałem o sąd, natychmiast znalazłem się w czymś w rodzaju sali. Pytań było więcej, jakby zadawało je kilka Istot, choć Ta, która mi towarzyszyła, była jak główny przewodnik. Przypomniałem sobie swoje naganne zachowanie.
Od razu padło pytanie: „Jak to oceniasz?” Oceniłem się negatywnie. Wtedy Istota zadała kolejne pytanie: „Chciałbyś zobaczyć, jak to wyglądało naprawdę, ze wszystkich stron?” Otrzymałem symulację, obraz ze wszystkich możliwych źródeł. Moje zdziwienie było nieopisane. Zobaczyłem wszystkich ludzi, którzy brali udział w tamtym zdarzeniu, a którzy, jak się okazało, wcale nie byli tak lojalni, jak mi się wydawało. Zadano mi pytanie o ostateczny werdykt.
Okazało się, że wynik był zupełnie inny niż moja subiektywna ocena. Wtedy zrozumiałem dwie rzeczy: człowiek sam siebie ocenia najpierw, a ocena obiektywna wcale nie musi być taka jak nasza. To, co można poprawić na ziemi, trzeba poprawić tutaj. Tam to już tylko stwierdzenia faktów, niczego nie można zmienić. Warto o tym pamiętać. Potem znalazłem się w przestrzeni, która zamieniła się w rodzaj biblioteki. Ktoś jakby zawiadywał tymi zbiorami. Była tam absolutnie cała wiedza, jaką można było zgromadzić we wszechświecie. Zadałem pytanie o jakieś związki chemiczne.
Dostałem niesamowitą odpowiedź, o tak ogromnym ładunku wiedzy. I co najważniejsze – raz zapoznana wiedza dawała poczucie trwałości. Uczysz się raz, pamiętasz na zawsze.
Balet planet i ostatni próg
Wtedy przypomniałem sobie. Przecież moje ciało leży tam, w rowie! Natychmiast znalazłem się nad miejscem wypadku, jakieś pięć metrów nad wszystkim. Unosiłem się. Zdałem sobie sprawę, że przejście z tamtego wymiaru do naszego odbywa się bez trudu. Ale powrót stąd, z tego wymiaru, do tamtego, jest niemal niemożliwy. Zobaczyłem „to coś” leżące w rowie. I, powiem szczerze, uśmiechnąłem się. Uśmiechnąłem się, że w czymś takim funkcjonowałem, że to był jakiś twór, który więził ducha i w niewiarygodny sposób ograniczał jego możliwości.
Stanąłem za moim kolegą, który pod latarnią rozmawiał z dwoma osobami z furmanki. Dyskutowali o wypadku, zupełnie nie interesując się tym, że ja leżę w rowie. Zapomnieli o mnie, co było dla mnie rzeczą naturalną w tej nowej perspektywie. Wiedziałem nie tylko, co mówią do siebie, ale też co powiedzą. Chciałem skorygować ich stwierdzenia, powiedzieć, że nie mają racji, że to wygląda zupełnie inaczej. Zwróciłem się do kolegi, stojąc za nim, żeby mu to powiedzieć. Oczywiście nie zareagował. Pomyślałem, że pewnie mnie nie widzi, bo oni stoją w kręgu światła, a ja w cieniu.
Postanowiłem przejść do środka, stanąć między nimi. Udało mi się. Przeszedłem przez mojego kolegę, który nawet tego nie zauważył. Wtedy zrozumiałem, że jestem w zupełnie innym wymiarze i nie ma sensu nawet próbować nawiązać kontaktu. Nikt by mnie nie zrozumiał. Znowu znalazłem się w innej strefie, poruszając się w kierunku światła, otoczony akceptacją, miłością. Z poczuciem, że jestem dla tego źródła światła kimś niesłychanie ważnym. Czego w ziemskim życiu właściwie nigdy nie udaje się doświadczyć w pełni. Pojawiła się niesamowita muzyka, a kolory miały swoją gęstość.
Zbliżałem się do obszaru, który kończył się przejściem do innej strefy. Był to krąg światła, z jeszcze bardziej intensywnym kręgiem w środku. Zbliżyłem się bardzo. Już chciałem znaleźć się po drugiej stronie, gdzie wydawało mi się, że jest zamglona, cudowna kraina. Czułem się, jakbym wracał z daleka, wreszcie do domu, gdzie chciałbym zostać na zawsze. I wtedy przypomniałem sobie, że nie jestem w stanie nikomu przekazać, że jestem we właściwym miejscu, że jest mi niewiarygodnie dobrze, i że nie należy się martwić tym, co się ze mną stało.
Pomyślałem tylko: co stanie się z moją matką, kiedy dowie się o wypadku i o tym, że już nie żyję? I w tym momencie włączyła się Istota, która towarzyszyła mi przez cały czas. Dosłownie stwierdziła: „Ale jeszcze nie teraz.” Wróciłem. Nie było już tunelu, niczego. Po prostu znalazłem się z powrotem w rowie, z którego wyszedłem. Wszystko zaczęło boleć. Byłem pokiereszowany, ze złamaną ręką i innymi obrażeniami. Kolega podjechał po mnie skuterem, zabrał mnie do szpitala. I tak się to skończyło. To doświadczenie zmieniło mnie na zawsze.
Na początku, po wyjściu z tunelu, kiedy rozmawiałem z Istotą o wiedzy, powiedziałem, że uczymy się różnych rzeczy w życiu, a potem często o nich zapominamy. Odpowiedź była jednoznaczna: należy to wszystko robić, aby wiedzieć, o co pytać. To jest koronne stwierdzenie. Kiedy nie wiemy, o co zapytać, po prostu nie zadajemy pytania. Warto się uczyć, wyciągać wnioski z tego, co się dzieje tutaj, w naszym życiu. Bo nie jest prawdą, że nie mamy na to życie wpływu.
Śmierć w naszym pojęciu, która zawsze kojarzy się z czymś przykrym, bo nie wiemy, co będzie dalej, sprawia, że niektórzy myślą, iż na tym wszystko się kończy. Niektórzy mają nadzieję, że jednak nie. Ja mogę powiedzieć, że to jest po prostu zmiana stanu skupienia. Z materialnego na ten, który nazywamy stanem duchowym. Życie w ten sposób się nie kończy. To jest dalsza część. Obszar, przez który przechodzimy, jakby do następnej fazy. Tam naprawdę jest królestwo, które nie jest z tego świata.
Komentarze
Brak komentarzy. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz