W moim życiu trzykrotnie otarłam się o śmierć, a każda z tych niezwykłych podróży była konsekwencją poważnych problemów zdrowotnych. Pierwsze z tych doświadczeń przeżyłam 16 października 1998 roku w Toronto, podczas rutynowej wizyty u ginekologa. Drugie miało miejsce 3 listopada 2015 roku w szpitalu, gdy leczono mnie na ucisk nerwu. Trzeci raz zdarzyło się to 24 czerwca 2017 roku w moim domu, po zabiegu stomatologicznym. Co ciekawe, o istnieniu terminu „doświadczenie bliskie śmierci” (NDE) dowiedziałam się dopiero w 2017 roku, kiedy to postanowiłam podzielić się swoją historią w mediach społecznościowych, a przyjaciółka wyjaśniła mi to zjawisko. Ze względu na bogactwo szczegółów, skupię się dziś wyłącznie na mojej pierwszej wizycie w zaświatach.
W sidłach choroby – walka o przetrwanie
Rok 1998 upływał mi pod znakiem ciąży, lecz nie było to radosne oczekiwanie. Cały pierwszy trymestr naznaczony był dramatyczną utratą wagi, nieustannymi mdłościami i wymiotami. Okazało się, że cierpię na hyperemesis gravidarum – niepowściągliwe wymioty ciężarnych. Jednak w moim przypadku to nie były „poranne mdłości”; to była udręka trwająca dzień i noc.
Każdy zmysł zdawał się zwracać przeciwko mnie. Zapach stał się moim największym wrogiem – jedzenie, perfumy, pasta do zębów, a nawet codzienne produkty gospodarstwa domowego wywoływały we mnie fale mdłości. Smak połączył siły z zapachem, wprawiając moją głowę w zawrotne kręgi. Nawet skromne kęsy tostów z mlekiem były odrzucane, zanim zdążyłam je przełknąć. Wapń, tak potrzebny dla kości mojego dziecka, lądował w cuchnącej plamie w wiaderku obok łóżka. Woda w moich ustach zmieniała się w odrażający płyn, który natychmiast wypluwałam. Jedynie lody na patyku przynosiły ulgę na około godzinę, zanim żółć znów zaczynała podchodzić do gardła. Nic nie pozostawało w moim żołądku, a co kilka minut dręczyły mnie suche odruchy wymiotne. Sama myśl o jedzeniu, a nawet oglądanie reklam żywności, wywoływało u mnie wstręt, dlatego telewizor pozostawał czarnym ekranem. Przyjaciele z litości przygotowywali posiłki dla mojego męża, gdyż gotowanie i podgrzewanie były w naszym domu surowo zabronione. Wkrótce nawet dźwięk telefonu, który zwiastował odbiór posiłku, wywoływał u mnie pawłowowskie mdłości. Dźwięki były dla mnie boleśnie wzmocnione, nie mogłam słuchać muzyki ani Pisma Świętego z kaset. Czytanie było poza zasięgiem. Zapachy z kuchni innych mieszkańców budynku, w którym mieszkaliśmy, wysyłały mnie w otchłań wstrętu, a żadne uszczelnienie okien nie było w stanie powstrzymać tej odrazy. Wymiotowałam codziennie – pięć, piętnaście, dwadzieścia razy. Odrzuty były tak gwałtowne, że bałam się, że w wiaderku zobaczę moje nienarodzone dziecko.
Nadszedł 16 października – rześki jesienny piątek, ze słońcem jasno lśniącym na niebie. Byłam w trzynastym tygodniu ciąży i ważyłam zaledwie 43 kilogramy.
„Jest pani odwodniona. Nie czuje się pani dobrze” – zawołał doktor Im, gdy tylko na mnie spojrzał. Tusz do rzęs i eyeliner nie mogły ukryć mojego fatalnego stanu przed jego zatroskanym, eksperckim spojrzeniem. „Potrzebuje pani opieki domowej.” Doktor Im mówił z wyraźnym pośpiechem i natychmiast chwycił za telefon, by umówić pielęgniarkę. Wyjaśnił powód swojego wezwania, lecz został przekierowany na linię oczekującą. Nagle połączenie zostało przerwane. Wybrał numer ponownie, podkreślając pilność sytuacji. Po raz kolejny połączenie zostało zerwane, być może w trakcie próby przekierowania. Czułam, że jego empatia i determinacja, by zapewnić mi pomoc w domu, sprawiły, że poczułam się ceniona. Ten wspaniały lekarz po raz trzeci wybrał numer, ale nigdy nie dowiedziałam się, czy udało mu się połączyć z odpowiednim działem. W tamtej bowiem chwili straciłam przytomność, osuwając się na jego biurko.
W objęciach Nieba – cudowna kraina spokoju
W tym samym momencie, gdy pamiętam, jak osunęłam się na biurko lekarza, moja świadomość przeniosła się w inne miejsce. Wędrowałam po miękkiej, zielonej trawie, pnąc się delikatnie pod górę. To miejsce było skąpane w tak jasnym świetle, jakby słońce świeciło w pełni dnia. Po mojej prawej stronie kroczyła ogromna postać, a ja podążałam w Jej cieniu. Ten cień obejmował mnie w kręgu, podobnie jak południowe słońce rzuca cień wokół człowieka, w przeciwieństwie do długich cieni wieczornych. Czułam, że Go znam. Wiedziałam, gdzie jestem. Byłam w Niebie, w Cieniu Wszechmogącego, jak to opisano w Psalmie 91.
Nie widziałam Go, ale wiedziałam, że tam jest. To było tak, jakby wiedza napływała do mojego umysłu w chwilach, gdy była mi najbardziej potrzebna. Nie rozmawialiśmy, ale wydawało się, że znamy swoje myśli. Nasza komunikacja była bezsłownym porozumiewaniem się, odbywającym się poprzez wymianę myśli. Szliśmy bez pośpiechu. Nie było żadnego zgiełku ani wysiłku związanego z wspinaczką pod górę – było to tak samo łatwe, jak chodzenie po płaskim terenie. Nie było tam żadnej ścieżki, a jednak podążaliśmy w tym samym kierunku, mając jasno określony cel w tej szerokiej, otwartej, trawiastej przestrzeni. Zieleń miała odcień, którego nigdy wcześniej nie widziałam i dlatego była nieopisywalna. Brak mi ziemskich słów, by oddać jego głębię. Ten odcień zawierał więcej żółci niż cokolwiek, co kiedykolwiek widziałam na Ziemi.
Szedłam swoim zwykłym tempem, małymi krokami, a On dotrzymywał mi kroku. Można by się spodziewać, że osoba tak ogromna będzie stawiać duże kroki, ale choć był znacznie większy ode mnie i górował u mojego boku, nasze kroki nigdy się nie rozminęły, ani nie sprawiało wrażenia, by On zwalniał. Znajdowaliśmy się na rozległej łące, a przestrzeń przede mną była bezkresna. Daleko przed nami rosły drzewa – żywe, zdrowe, zielone, ale nie w głębokim, ciemnym, leśnym odcieniu, jaki znamy z Ziemi. Kolory w Niebie nie istnieją na Ziemi, dlatego nie mogę im nadać nazwy. Barwy były jaśniejsze, radosne i wręcz zachwycające dla moich oczu. Nad nami nie było ani jednej chmurki. Czyste niebo. Przypominało mi to tropikalny dzień na Karaibach, z tą różnicą, że nie było upału, który wyczerpywałby moją energię. Nie było też wiatru. Temperatura była idealna. Wszystko w tym niewyobrażalnym, nieopisywalnym miejscu było doskonałe.
Osoba idąca ze mną poprowadziła mnie na szczyt wzgórza i tam usiadłam. Jego cień wciąż unosił się nade mną, jakby mnie osłaniał, choć nie było tam żadnego upału, by poparzyć moją skórę. Niezwykłe poczucie ukojenia przenikało tę „niebiańską atmosferę”, jak ją nazwałam. Być może słowa do opisania Nieba muszą dopiero zostać stworzone. Moje słowa nie są w stanie oddać sprawiedliwości temu, czym jest Niebo, ponieważ są zbyt niedoskonałe. Części mowy zawodzą, by wyrazić emocje bycia w Niebie, gdyż Niebo jest raczej koncepcją doświadczalną niż teoretyczną. Obraz mógłby przekazać szczegóły, ale ja nie mam zdjęć do pokazania, gdyż te obrazy są głęboko osadzone w mojej świadomości.
Dziecięca idylla i przesłanie pokoju
Spokój wypełniał mnie i pulsował w całym moim jestestwie, osiadając w każdej ukrytej części mojego wnętrza, w moich komórkach, kościach, nerwach i włóknach. Cała łąka była przesiąknięta pokojem. Tak oszałamiający spokój można było jedynie czuć, a nie opisywać. Nawet jeśli ktoś pomyśli o swoim najbardziej relaksującym i orzeźwiającym momencie na Ziemi, byłaby to jedynie imitacja niebiańskiego pokoju.
Tam, gdzie byłam, nie istniało pojęcie czasu. Ziemski czas, linearny i nieodwracalny, był tam czymś obcym. Tam panowała bezwymiarowa wieczność. Wszystko było w bezruchu. Wdychałam głęboko. Czułam się tak zadowolona i spełniona, w sposób, którego nigdy sobie nie wyobrażałam, pochłaniając tę ciszę. Nie czułam bólu. Nie miałam zmartwień. Nie pamiętałam żadnego smutku. Nie było żadnej nuty negatywnych rzeczy.
Rozejrzałam się. W dół wzgórza łąka zwężała się, przechodząc w płaski teren. Samotne drzewo o potężnym pniu stało na środku tej równej przestrzeni. Drzewo było ogromne, z konarami na samym szczycie, które rozpościerały się niczym gigantyczny, żywy parasol. Przypomniałam sobie zdjęcia podobnych drzew, które widziałam na afrykańskiej sawannie, albo prawdziwe okazy w Busch Gardens na Florydzie.
Pod drzewem grupa dzieci bawiła się w jakąś grę. Były daleko ode mnie, a jednak mogłam dostrzec każdy szczegół. Mój wzrok był idealny w Niebie i nie potrzebowałam mojej soczewki kontaktowej, którą noszę w lewym oku. Co ciekawe, nie mrużyłam oczu w świetle, jak to robię na Ziemi z powodu astygmatyzmu. Byłam w stanie widzieć rzeczy z bliska tak samo dobrze, jak te odległe.
Było tam około dwunastu dzieci w wieku od dwóch do ośmiu lat, a pomiędzy nimi trzech nastolatków. Scena przypominała mi opiekę nad dziećmi, gdzie starsze dzieci zabierają młodsze na zabawę. Dzieci były ubrane w krótkie rękawy, wszystkie miały skarpetki i buty. Mali chłopcy nosili krótkie spodenki, w które schludnie wpuszczone były koszulki, a dziewczynki miały na sobie sukienki w kolorach białym lub delikatnych pastelowych odcieniach błękitu, żółci, różu lub zieleni. Dzieci trzymały się za ręce i poruszały się w kręgu w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara. Ponownie, nie czuły pośpiechu, żadnego popychania, tylko spokój i łagodność.
Z mojego miejsca na wzgórzu, moja uwaga została przyciągnięta do małej dziewczynki w jasnozielonej sukience z bufiastymi rękawami, białymi skarpetkami i czarnymi butami. Mogła mieć dwa lata i być wysoka na swój wiek, albo cztery lata i być drobna. Nie widziałam jej twarzy, gdyż stała do mnie plecami. Po jej prawej stronie stał mały blondynek w białej koszulce wpuszczonej w spodnie khaki, który również wyglądał na około cztery lata. Po jej lewej stronie była mała dziewczynka w różowej sukience w podobnym wieku. Na lewo od dziewczynki w różu, stała młoda nastolatka w niebieskiej spódnicy midi, sięgającej poniżej kolan, w połączeniu z białą bluzką. Miała na sobie płaskie buty, ale bez skarpetek. Po przeciwnej stronie kręgu stała mała dziewczynka w maślanym żółtym kolorze. Widok był bezcenny, a ja westchnęłam z zadowoleniem. Było to piękne i doskonałe. Nikt nie krzyczał, nie było żadnego hałasu, tylko cisza. Nikt się nie popychał ani nie był niecierpliwy. W przeciwieństwie do typowych scen na ziemskich placach zabaw, dzieci poruszały się w idealnej harmonii.
„Niezwykłe poczucie ukojenia przenikało tę ‘niebiańską atmosferę’, jak ją nazwałam. Moje słowa nie są w stanie oddać sprawiedliwości temu, czym jest Niebo, ponieważ są zbyt niedoskonałe.”
Nagle mała dziewczynka w zielonej sukience potknęła się i upadła. Jej dłonie wciąż jednak trzymały dłonie blond chłopca i dziewczynki w różu po obu stronach. Wszyscy przystanęli, krąg się zatrzymał. Nikt nic nie mówił, ale każdy wiedział, co robić. Nastolatka wyjęła swoje dłonie z rąk, które trzymała, i połączyła je, tak aby krąg pozostał nienaruszony. Podeszła do upadłego dziecka i z niezwykłą delikatnością podniosła ją. Wszystko działo się jak w zwolnionym tempie. W tym cudownym miejscu nie było pośpiechu, ale czas zdawał się jeszcze bardziej zwalniać, gdy podnosiła dziecko. Byłam oczarowana wszystkimi maluchami, zafascynowana ich dojrzałością, ale moje zainteresowanie małą dziewczynką, która upadła, było silniejsze niż resztą. Czułam, że znam to dziecko.
Dziewczynka ponownie stała prosto i stabilnie na nogach. Nastolatka wróciła na swoje miejsce, a dzieci kontynuowały ruch w kręgu, przeciwnie do ruchu wskazówek zegara.
Wciąż brałam głębokie oddechy i wydychałam je z westchnieniami zadowolenia, jakbym nie mogła nasycić się tą spokojną ciszą. Tym pięknem, tymi kolorami, tymi dziećmi. Ja, która byłam sama, uwięziona w chorej ciele, dręczona niegasnącym pragnieniem, odnalazłam wyzwolenie w tej niezmąconej ciszy i spokoju. Byłam tam z dziećmi i Wszechmogącym Bogiem, na tej doskonałej, nieskazitelnej łące, z umysłem zrelaksowanym, ciałem w spoczynku. Wyzwolona, bez trosk, bez bólu, bez zmartwień, tylko dobroć, doskonałość i zdrowie. Tego właśnie pragnęłam. To było moje miejsce. W to wierzyłam i dla tego żyłam, i tu chciałam pozostać.
Przyszła mi myśl, że to naturalne, iż Niebo jest wypełnione pokojem, ponieważ Jezus to Pokój, a On tam był. Ziemski pokój jest zaledwie pojęciem, rzeczownikiem. W Niebie Pokój był Osobą i, zgodnie z Księgą Izajasza 9:6, nosił imię – Książę Pokoju. Tam On mnie otaczał, tak że byłam Nim przepełniona, wypełniona i przelana. To jest różnica między tym, co czuje się na Ziemi, a tym, co w Niebie. Jeśli Jezus przynosi mi na Ziemi strzępki swego pokoju, są one jedynie przedsmakiem tego, co będę miała w Niebie.
Powrót i cudowne uzdrowienie
Do tej pory na łące nie było żadnej werbalnej komunikacji, żadnego ludzkiego głosu, ale bez ostrzeżenia uświadomiłam sobie, że mówię.
„Nie chcę wracać! Pragnę tu zostać!” – zaprotestowałam głośno.
Byłam wciągana z powrotem. Ale ten niesamowity spokój, którego moje czterdziestotrzykilogramowe ciało tak bardzo pragnęło i wreszcie odnalazło, był mój, i nikt mi go nie odbierze.
„Nie chcę wracać!” – błagałam ponownie. Ale było już za późno. „MUSISZ WRÓCIĆ.” Głos był łagodny, lecz jego ton miał w sobie ostateczność, której nie sposób było się sprzeciwić. Te słowa niosły absolutny autorytet. Nie miałam wyboru.
Szybciej niż mogłabym sobie wyobrazić, poczułam, że oddalam się od Nieba, wciągana z powrotem w jakieś miejsce. Ktoś był u mojego boku, ale nie tak blisko, jak wtedy, gdy szliśmy po łące. Droga powrotna wyglądała jak ciemna, spiralnie zwijająca się droga, niczym rysunek – najszersza u góry, w Niebie, a na drugim końcu zwężająca się do cienkiej nicości. Czułam, jakbym leciała do tyłu, twarzą zwrócona ku Niebu, a stopy wskazywały kierunek, w którym się przemieszczałam. Byłam w pozycji poziomej, śmigając przez powietrze z prędkością, której nie mogłam zmierzyć, ale która wydawała się jak mgnienie oka, opisane w 1 Liście do Koryntian 15:52.
Wciąż mamrocząc, że chciałam zostać, otworzyłam oczy i nad sobą zobaczyłam pochylone twarze doktora Ima i mojego męża. Leżałam na wąskim łóżku w gabinecie zabiegowym kliniki, podczas gdy gdy opuściłam ziemię, siedziałam na krześle w biurze doktora Ima. Zastanawiałam się, który z nich poprosił, abym wróciła?
Pamiętam, że pytałam męża o ten incydent jeszcze tego samego dnia, ale nie zapisałam szczegółów. Żałuję, że nie zwróciłam wtedy większej uwagi na to niezwykłe wydarzenie. Mąż mówi, że byłam nieprzytomna przez około trzy minuty. Gdy osunęłam się na biurko, podniósł mnie i zaniósł do gabinetu zabiegowego, zgodnie z instrukcjami doktora Ima. Ułożył mnie na łóżku, a lekarz dostosował je tak, że moja głowa była niżej, a stopy wyżej. Mój mąż opisał, jak doktor utrzymywał mnie w tej pozycji przez około minutę, a następnie ponownie podniósł łóżko, aby moja głowa znalazła się w górze.
Doktor Im dał mi coś do picia. Mój mąż wspomina ich rozmowę, jak doktor powiedział więcej niż raz: „Tracimy ją”, ponieważ nie mógł wyczuć mojego tętna ani bicia serca. Mąż wyjaśnił, że gdy odzyskałam przytomność, wydawałam się być oszołomiona i powiedziałam im: „Byłam w Niebie”. Pamiętam, że również wyszeptałam te słowa. Powiedział, że oboje słuchali, ale żadne z nich nie zadało mi pytań. Mój mąż powiedział, że modlił się od momentu, gdy zemdlałam, i przez cały czas, gdy byłam w Niebie. Znam jego wiarę i wiem, że jego modlitwa jest powodem, dla którego zostałam sprowadzona z powrotem na Ziemię. Taka jest moc modlitwy – Bóg słucha i odpowiada.
Tego dnia, 16 października 1998 roku, zostałam uzdrowiona z hyperemesis gravidarum i zaczęłam jeść oraz przybierać na wadze po wizycie w Niebie. Przez resztę ciąży nigdy więcej nie wymiotowałam. Wróciłam również z dwoma cudownymi uzdrowieniami, na które posiadam dokumentację medyczną. Nie zostałam uznana za klinicznie martwą. To, co mi się przydarzyło, okazało się, jak dowiedziałam się dziewiętnaście lat później, doświadczeniem bliskim śmierci (NDE) – wizytą w zaświatach. Moje pierwsze doświadczenie poza ciałem.
Po moim trzecim NDE, 24 czerwca 2017 roku, na nowo ogarnęły mnie szczegóły mojej pierwszej wizyty w Niebie. Chciałam opowiedzieć moją historię dokładnie, więc zapytałam męża, który z mężczyzn mnie przywołał z powrotem. Powiedział, że nie pamięta, ale ja naciskałam. Minęło dziewiętnaście lat i jego pamięć zbladła, ale moja pamięć o niebiańskiej łące pozostaje żywa i świeża. Przez lata po prostu uważałam to za głębokie doświadczenie, nie mając dla niego nazwy. Teraz wiem, że otarłam się o wieczność.
Komentarze
Brak komentarzy. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz