Pamiętam ten dzień, piątek trzynastego, choć wtedy nie przywiązywałem do tego żadnego znaczenia. Kilka lat wcześniej, też w piątek trzynastego, miałem poważny wypadek rowerowy, ale byłem młodym chłopakiem, przeszedłem nad tym do porządku dziennego.
To był dzień, który na zawsze odmienił moje życie, prowadząc do niezwykłego doświadczenia bliskiego śmierci. Teraz było inaczej. Pracowałem w rodzinnej firmie, zajmującej się instalacjami elektrycznymi.
Po obiedzie miałem zacząć urlop, ale przedtem czekało mnie ostatnie, pilne zlecenie: starsza pani koniecznie musiała upiec ciasto dla wnuków, a jej piekarnik odmówił posłuszeństwa.
Pomyślałem: „Szybko to zrobię i z głowy.” Mieszkała na trzecim piętrze, bez windy.
To był stary model piekarnika. Demontowałem go powoli, ostrożnie. Trzeba było zmierzyć napięcie, co wymagało ciągłego biegania między parterem a piętrem, żeby wyłączać i włączać bezpieczniki.
W końcu musiałem wysunąć piekarnik jeszcze kawałek, obiema rękami, żeby dosięgnąć zacisków.
I wtedy to się stało: moje palce dotknęły odsłoniętych, nieosłoniętych styków.
Piekarnik ważył swoje, był potwornie ciężki, co utrudniało szybką reakcję. I wtedy poczułem. Uderzenie 400 woltów i 16 amperów.
Czułem, jakby tysiące igieł, tysiące płonących noży przeszywały mnie na wskroś, jakby każdy mięsień, każda komórka mojego ciała tańczyła w szalonym, wymuszonym rytmie.
Byłem mostem, przez który płynęła śmierć. To było przeżycie niewyobrażalne, które natychmiast wywołało głęboki niepokój.
Kosmiczne przeźrocza na tle wieczności
Nie wiem, jak długo trzymałem ten piekarnik. Sekundy? Minuty? Godziny? Czas stracił znaczenie, rozpłynął się, jakby nigdy nie istniał.
Przestrzeń również. Byłem uwięziony, sparaliżowany prądem, a mimo to nagle ogarnął mnie dziwny spokój.
I wtedy pojawiły się obrazy. Nie tak, jak na ekranie, płasko i jednowymiarowo.
To były przeźrocza, jak ze starego projektora, ale otaczały mnie ze wszystkich stron, warstwa na warstwie. Tysiące, miliony nowych slajdów na sekundę.
W każdej chwili mogłem wpatrywać się w jeden obraz, w jego najdrobniejsze detale, a jednocześnie ogarniać wzrokiem miliony innych, tych już widocznych i tych dopiero się pojawiających. To były obrazy z mojego życia. Wszystkie, bez oceny, bez emocji.
Po prostu fakty: sceny, sytuacje, rozmowy, uczucia. Wszystko jednocześnie.
I pośród tego szalonego tańca wspomnień, w tych momentach chwilowego wytchnienia, w tych mikro-przerwach, zawsze pojawiał się jeden obraz: ja, mały chłopiec, na huśtawce. U nas w Szwajcarii mówiliśmy na to „reticelli”.
Huśtam się w przód i w tył, śmieję, i zawsze w pewnym momencie wyskakuję, żeby zobaczyć, jak daleko i jak wysoko uda mi się skoczyć. To była esencja wolności, beztroski. Pamiętam ten śmiech, ten wiatr we włosach.
Głos bez słów, pytanie bez cienia
Wtedy, nie słowami, nie głosem, ale czystym, przenikającym mnie do szpiku kości uczuciem, pojawiło się pytanie. Nie było oceniające, po prostu było. Pytanie, które rozświetliło całą moją egzystencję:
„Czy naprawdę robisz to, co sprawia ci radość? Czy tylko spełniasz oczekiwania innych?”
Odpowiedź przyszła natychmiast, z głębi mojej istoty, tak logiczna i prawdziwa, jak nic wcześniej. Chciałem znów poczuć tę dziecięcą radość.
Chciałem znowu żyć, tak jak ten mały chłopiec na huśtawce. Chciałem robić to, co było dobre dla mnie, a nie to, czego oczekiwali ode mnie inni.
Miliony slajdów znów zawirowały, a wśród nich ten jeden, z huśtawką, z moim śmiechem.
A potem nagle wszystko zniknęło. To złe słowo. To nie była czerń, to było raczej niewyrażalne wygaśnięcie.
Cisza. Cisza tak gęsta, że można by ją kroić nożem, a jednak wypełniona niewidzialną, wszechogarniającą obecnością.
Na rozdrożu istnienia
I w tej ciszy pojawiło się kolejne pytanie. Znów nie jako słowa, a jako czyste, niepodważalne odczucie:
„Co wybierasz teraz? Idziesz dalej, czy wracasz do Bruna?”
Szybko, niezwykle szybko zrozumiałem. Chciałem wrócić. Miałem jeszcze tyle planów i niezrealizowanych marzeń.
Wiedziałem jednak, że ten powrót nie będzie bezwarunkowy. Czułem, że jeśli wrócę, to będę musiał żyć inaczej. Po mojemu, nie dla innych.
Akceptowałem to z całych sił. Powtarzałem w myślach: „Wróć, wróć, wróć…”Powrót i blizny
Potem był huk. Niczym pęknięcie bańki mydlanej. I nagle, z impetem, znalazłem się z powrotem w tu i teraz.
W ciasnej kuchni starszej pani, nadal trzymając piekarnik. Moja dłoń była spuchnięta i piekła, jakby ją ktoś podpalił.
Czułem, jak całe ciało drży, a serce szalało w rytmie prądu, w dziesiątkach uderzeń na sekundę. Starsza kobieta obok mnie stała sparaliżowana, w szoku.
Ja również byłem w szoku. Wtedy jeszcze nie pamiętałem, co dokładnie się wydarzyło.
Byłem po prostu przerażony. Piekarnik wypadł mi z rąk, gdy skurcze mięśni ustały.
Natychmiast pojechałem do szpitala. Następnego dnia, mimo zaleceń, pojechałem na urlop.
Nie chciałem o tym myśleć. Złożyłem piekarnik z powrotem, o dziwo, działał.
A to, co się stało, uznałem za skutek wstrząsu. Wypadek, nic więcej. Nie dzieliłem się tym doświadczeniem z nikim przez niemal dziesięć lat.
Echo odrodzenia
Dopiero z perspektywy czasu zrozumiałem, jak potężny wpływ wywarło na mnie tamto przeżycie.
Rok po wypadku podjąłem decyzję, której nikt nie rozumiał: nie przejąłem firmy moich rodziców. Była dobrze prosperująca, z ugruntowaną pozycją. Wszyscy oczekiwali, że będę kontynuował.
Ale ja wiedziałem. Czułem, że to byłby powrót do życia, w którym oczekiwania innych byłyby moim kompasem.
Bałem się, że nie pozwolono by mi na zmiany, na własną strategię. Wolałem zrezygnować, dla spokoju, dla siebie. Nikt nie rozumiał mojej decyzji, nikt jej nie akceptował.
Ale ja wiedziałem, że robię to, co jest właściwe dla mnie. Moje życie zaczęło skręcać w stronę moich własnych pragnień.
Podejmowałem decyzje, zarówno zawodowe, jak i prywatne, kierując się tym, co było dla mnie dobre, nawet jeśli oznaczało to mniejsze pieniądze czy prestiż.
Może to zabrzmieć irracjonalnie, ale to doświadczenie, to spojrzenie na siebie z zewnątrz, było moją wewnętrzną busolą.
Z czasem otworzyłem się też na inne wymiary istnienia. Gdy przyjaciółka namówiła mnie, abym poszedł na spotkanie z kobietą, która potrafi rozmawiać ze zmarłymi, byłem sceptyczny. „Bzdury” – pomyślałem. Ale poszedłem. Ona zapytała, z kim chciałbym porozmawiać. Powiedziałem: „Nie wiem, zobaczę, kto będzie chciał rozmawiać ze mną”. Zaśmiała się, mówiąc, że jestem pierwszym, który nie przyszedł z konkretnym żądaniem. Zaczęła opisywać mężczyznę. Po minucie wiedziałem, że to mój dziadek, którego szczerze nie lubiłem.„Od tamtej pory podejmowałem decyzje, które były zgodne z moją prawdą, nie z cudzymi oczekiwaniami.”
I wtedy poczułem, że wszechświat jest znacznie większy i bardziej tajemniczy, niż sobie wyobrażamy. To doświadczenie rzuciło mnie z powrotem do mojego NDE.
Zacząłem się nim zajmować, studiować, szukać odpowiedzi. Moje NDE nie przypomina wielu innych. Wyróżniało się ono kilkoma cechami:
- Nie widziałem tunelu.
- Nie czułem silnej chęci pozostania po tamtej stronie.
- Było neutralne w odczuciach.
Mimo to, odmieniło ono wszystko. Od tamtej pory nie boję się śmierci. Nie w tym sensie, że chcę umrzeć – przeciwnie, mam jeszcze tyle planów, tyle do zrobienia!
Ale wiem, że gdy nadejdzie mój czas, będzie dobrze. Że to nie koniec. Byłem w ekstremalnych sytuacjach, jak trekking w Himalajach, gdzie śmierć zaglądała w oczy.
I nie czułem lęku.
Mówiłem sobie: „Jeśli to teraz, to miałem wspaniałe życie, żyłem po swojemu.” To była jedynie krótka podróż w zaświaty, przystanek na innej planecie, ale utwierdził mnie w przekonaniu, że życie jest ciągłe, że istnieją inne wymiary, inne wszechświaty, o których nie mamy pojęcia.
I jestem za to bezgranicznie wdzięczny.
Komentarze
Brak komentarzy. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz