W pustelni Świętego Szarbela, klęczałem przed zapalonymi świecami, próbując zgłębić przypowieść o talentach z Ewangelii Mateusza, gdy ów jesienny wieczór w Annai, 10 listopada 1994 roku, nagle zmienił swoje oblicze.
To tam, w miejscu odosobnienia, miało nastąpić niezwykłe spotkanie ze Światłem, które zweryfikowało moją percepcję rzeczywistości – czy to była jawa?
Pustelnia, położona na wysokości 1300 metrów nad poziomem morza, zawsze była zimna, wręcz lodowata.
Przez dziesięć lat pielgrzymek przywykłem do drżenia, ale tej nocy coś było inaczej.
Poczułem wokół siebie ciepły podmuch powietrza, delikatny najpierw, potem coraz silniejszy i gorętszy, aż potężny wiatr zaczął szaleć. Musiałem zdjąć sweter, potem koszulę – pot spływał mi po czole.
Patrzyłem z niedowierzaniem, jak drzewa na zewnątrz chwiały się z hukiem, liście wirowały, a ja sam stałem się centrum tego wichru. Jednocześnie, w kompletnym kontraście, płomienie świec przede mną ani drgnęły, stały nieruchomo, jakby zaklęte.
„Czyżbym miał gorączkę? Halucynacje?” — zastanawiałem się, a jednocześnie czułem się dziwnie dobrze. Postanowiłem sprawdzić, czy to jawa, czy sen – chciałem dotknąć płomienia, poczuć jego ogień.Gdzie byłem, gdy światło mnie przeniknęło?
Nim zdążyłem wyciągnąć rękę, zostałem wyrwany z rzeczywistości, przeniesiony do innego świata, innego wymiaru istnienia. Przestałem czuć swoje ciało, wszelkie jego kontury i ograniczenia zniknęły.
Nie wiedziałem już, czy klęczę, stoję, czy leżę, po prostu byłem.
Zniknęła temperatura, wszelkie ciepło czy chłód, a wraz z nimi wszystkie dźwięki.
Lisy, wiatr, nocne szepty – wszystko ucichło, ustępując miejsca absolutnej, głębokiej ciszy, tak gęstej i wszechogarniającej, że wypełniła każdą cząstkę mojego jestestwa.
Wtem znalazłem się zanurzony w niezwykłym, tajemniczym Świetle.
Nie było to światło materialne, nie miało promieni ani blasku, który znamy ze słońca. Było potężniejsze niż miliardy słońc świecących razem, a jednak nie wydzielało żadnego ciepła, było miękkie i delikatne.
To było Światło żyjące, żywe, przenikało mnie całkowicie, wypełniając jednocześnie cały wszechświat wokół mnie i we mnie.
„Nie, nie śnisz. Nigdy wcześniej nie byłeś tak świadomy jak teraz.”
Byłem w pełni świadomy tego, co się dzieje, pomimo braku zmysłowych punktów odniesienia.
Zacząłem się zastanawiać, czy to sen, lecz wówczas przemówiło do mnie to światło, nie słowami, nie głosem, nie w żadnym znanym mi języku, a jednak z absolutną jasnością: „Nie, nie śnisz”. Zadrżałem.
Była to komunikacja tak bezpośrednia i klarowna, że każde moje pytanie natychmiast znajdowało odpowiedź, bez wysiłku, bez poszukiwań.
„Czy jestem nieprzytomny?” – pomyślałem. Odpowiedź była natychmiastowa i stanowcza: „Nigdy wcześniej nie byłeś tak świadomy jak teraz”.
W końcu odważyłem się zapytać, kim jest ta Istota, to światło. W odpowiedzi, zamiast imienia czy twarzy, poczułem, jak ono przenika mnie jeszcze głębiej.
Ogarnęło mnie uczucie niezwykłego pokoju, radości, jakiej nigdy wcześniej nie doświadczyłem, oraz wielkiej, niepojętej miłości, czułości, siły i mocy.
I wtedy usłyszałem: „To jestem ja”. Szczęście było tak ogromne, że nie chciałem, aby ten stan się skończył. Pragnąłem, aby trwał wiecznie.
„Nie odchodź, a jeśli chcesz odejść, zabierz mnie ze sobą.”
Z głębi duszy wypowiedziałem prośbę: „Nie odchodź, a jeśli chcesz odejść, zabierz mnie ze sobą”. Odpowiedź, ostatnie słowa, które usłyszałem z tej transcendentnej przestrzeni, brzmiały: „Ja jestem zawsze i wszędzie”.
W jednej chwili światło zniknęło. Znalazłem się z powrotem na kolanach przed świecami. Były całkowicie wypalone.
Spojrzałem na zegarek – była 3:35 nad ranem. Cztery godziny minęły jak jedna sekunda, a ja wciąż czułem w sobie tę obecność, byłem nią wypełniony.
Stygmaty – fizyczny ślad mojej podróży
Wracając do domu, nadal ogarnięty przeżyciem, ledwie zauważyłem dziwne uczucie na ramieniu.
Dopiero w samochodzie, włączając światło, dostrzegłem pięć palców odciśniętych w mojej skórze.
Z tych śladów, na moim ramieniu, sączyła się krew zmieszana z wodą. Były to stygmaty, a ja nie czułem najmniejszego bólu.
To było niewiarygodne, zobaczyć tak wyraźne, krwawiące odciski, a jednocześnie nic nie czuć. Moja żona, budząc się, natychmiast zauważyła moją bladość i ogromne oczy. „Wyglądasz, jakbyś coś zobaczył” – powiedziała.
Gdy pokazałem jej ramię, zrobiła znak krzyża i zapytała: „Czyje to palce?” Wtedy zrozumiałem, że to nie halucynacja. Przez trzy dni siedziałem w domu, modląc się i rozmyślając.
Ten znak, ten fizyczny ślad, który pozostał na moim ramieniu, był dla mnie dowodem – dowodem dla inżyniera, człowieka nauki, który wszystko musiał racjonalizować. Bóg wiedział, że jestem uparty, że potrzebuję twardego dowodu.
Długa droga inżyniera do głębi wiary
Moja droga do tego doświadczenia była długa i kręta, naznaczona nieustannymi pytaniami, które rodziły się w sercu dziecka wychowanego w maronickiej rodzinie katolickiej w Bejrucie.
Od najmłodszych lat byłem wierzący, ale jednocześnie pragnąłem zrozumieć wiarę intelektualnie, racjonalnie.
Obserwowałem dziadka, który był księdzem, i dręczyło mnie pytanie o Eucharystię. Jak Bóg, Stwórca wszechświata, może stać się ciałem w małej hostii, którą piekliśmy w domu? To było dla mnie niepojęte.
Szukałem odpowiedzi w nauce, studiując biologię, kosmologię, fizykę nuklearną, próbując zrozumieć Boga poprzez wszechświat, atomy i galaktyki.
Wojna domowa w Libanie, która wybuchła w 1975 roku, brutalnie przerwała moje szczęśliwe dzieciństwo.
W wieku trzynastu lat odłożyłem gitarę, założyłem mundur wojskowy i zacząłem walczyć.
Traciłem przyjaciół każdego dnia, a to rodziło jeszcze głębsze, bardziej bolesne pytania: jaki jest sens życia, skoro i tak umieramy? Jak Bóg, który jest miłością, może dopuszczać tyle cierpienia, przemocy i śmierci?
To było dla mnie nie do pogodzenia, podważało moją wiarę w miłość Boga. Przez lata wojny, studiów i modlitwy, nieustannie zmagałem się z tą tajemnicą, aż do dnia, gdy usłyszałem o świętym Szarbelu.
Jego niezwykłe życie pustelnika i cuda, które działy się po jego śmierci – światło wychodzące z grobu, jego nienaruszone ciało wydzielające płyny, niewytłumaczalne uzdrowienia – poruszyły mnie głęboko.
Przez dziesięć lat niemal każdej nocy pielgrzymowałem do pustelni Świętego Szarbela, spałem w jego celi, modliłem się w kaplicy, szukając jego obecności, czując, że on, z „tamtej strony”, może pomóc mi zrozumieć naszą.
Telelumier i Rodzina Świętego Szarbela: nowa misja
Po tym niezwykłym spotkaniu wiedziałem jedno: muszę poświęcić swoje życie temu Światłu, tej Miłości, którą doświadczyłem. Zrezygnowałem z posady dyrektora szwedzkiej firmy, zostawiłem majątek – wszystko poza moją rodziną.
Moim jedynym pragnieniem było, by każdy człowiek na świecie dowiedział się o Jezusie Chrystusie, o pięknie, miłości i pokoju, których sam doświadczyłem.
Kościół, po przeprowadzeniu badań medycznych, psychiatrycznych i modlitw o uwolnienie, uznał moje doświadczenie. Znak na moim ramieniu stał się znakiem misji.
Rozpocząłem pracę przy tworzeniu Telelumier, chrześcijańskiej telewizji dla świata arabskiego. Nazwa „Noursat” oznacza „światło”, a to było dokładnie to, co chciałem przekazywać.
Przez lata rozwijaliśmy tę stację, która dziś nadaje pięć kanałów na cały świat, głosząc Jezusa, Maryję i świętych, w tym szczególnie świętego Szarbela, który jest ukochany przez tak wielu, niezależnie od wiary.
To pokazuje, że śmierć nie jest przeszkodą, lecz przejściem do chwały.
Poza telewizją, z małej grupy modlitewnej w pustelni, wyrosła Rodzina Świętego Szarbela – wspólnota, która dziś zrzesza tysiące ludzi w 33 krajach, w tym w Polsce.
Moim zadaniem jest kierowanie tą telewizją i służba Rodzinie, by zapraszać ludzi do głębokiej wiary i poznania Jezusa.
Droga do Ojca: jak śmierć stała się bramą do chwały
Moje doświadczenie odpowiedziało na wszystkie pytania, które dręczyły mnie przez całe życie, zwłaszcza to najważniejsze: dlaczego umieramy?
Święty Szarbel przekazał mi przesłanie: „Nie zostałeś stworzony do śmierci, nie zostałeś stworzony do chwały.
Nigdy nie umrzesz. Bóg chce, żebyś żył z nim wiecznie.”
Uświadomiłem sobie, że śmierć nie jest końcem, lecz przejściem do wiecznego życia z Ojcem, które musimy wybrać w wolności.
Nie ma sensu głosić Jezusa bez krzyża; trzeba go wziąć i iść za Nim.
Liban, moja ojczyzna, od 2000 lat jest ziemią męczeństwa, ale także ziemią świętych. Niesiemy ten krzyż, świadcząc o miłości i pokoju w świecie pełnym przemocy.
„Nasze życie jest bardzo cenne. Jesteśmy wyjątkowymi stworzeniami dla naszego Pana. Każdy człowiek jest niepowtarzalny. Odkrycie DNA bardzo pomogło naukowcom odkrywać język Boga poprzez DNA.”
Aby iść drogą Jezusa, potrzebujemy trzech rzeczy:
- Słowa Bożego: Musimy czytać Biblię, „spożywać ją, aż zacznie płynąć w naszej krwi”.
- Eucharystii: Ta mała biała hostia daje życie wieczne i jednoczy nas z Jezusem.
- Najświętszej Maryi Panny: Matka Jezusa prowadzi nas za rękę do Syna.
To właśnie przez Pismo Święte, Eucharystię i Maryję stajemy się świętymi, bo do chwały zostaliśmy stworzeni.
Dzisiaj, jako inżynier z wykształcenia, widzę, jak nauka i wiara zaczynają iść ramię w ramię, jak odkrycia naukowe, takie jak DNA, wskazują na inteligentnego Stwórcę.
Nie ma już debaty o istnieniu Boga, pozostało pytanie o Jego tożsamość. Moje przesłanie jest proste: otwórzcie oczy, patrzcie umysłem, sercem i duszą. Nie bójcie się poznać Jezusa, a odkryjecie światło i największą chwałę.
To właśnie robię w Libanie i na całym świecie, niosąc przesłanie przebudzenia, bo każdy człowiek jest wyjątkowy, stworzony do szczególnego celu, by osiągnąć świętość, nie śmierć.
Komentarze
Brak komentarzy. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz