Niewyobrażalna miłość i przerażający ból: Moja podróż na skraj życia i śmierć kliniczna
fot. https://www.youtube.com/@SOWINSKY

Niewyobrażalna miłość i przerażający ból: Moja podróż na skraj życia i śmierć kliniczna

Pamiętam, jak dryfowałam między światami, zalana miłością przekraczającą wszelkie ziemskie pojęcia.

Nagłe migające światła zawirowały w moich oczach, a potem znalazłam się na sali operacyjnej, z przerażającą świadomością, że moje dziecko, ledwo w siódmym miesiącu ciąży, prawdopodobnie już nie żyło w moim łonie.

Ten dzień, początkowo rutynowy dzień badań w szpitalu, zamienił się w koszmar, gdy skomplikowana niedrożność jelit zaskoczyła mnie w niedzielę, pozostawiając mnie na łasce dyżurnego lekarza i zastrzyku, który zamiast ulgi przyniósł mi tylko pogrążenie w nicości, oddzielając mnie od męża i od świata.

Kiedy ocknęłam się po raz pierwszy, poczułam się jakbym unosiła się nad własnym ciałem, słysząc dziwne, odległe głosy lekarzy, mówiących o mnie w trzeciej osobie, jakbym już nie istniała.

Co oni opowiadają? Przecież ja ich widzę! – myślałam, ogarnięta nagłym zdenerwowaniem, a nie strachem.

Próbowałam poruszyć palcem, cokolwiek, dać znak młodej lekarce stojącej tuż obok mojej prawej ręki, ale moje ciało było jak martwa powłoka, kompletnie nie reagując na moją wolę, co było dla mnie niezwykle zabawne i zadziwiające jednocześnie.

Dryf między światami: Jak ciało oddzieliło się od duszy?

W pewnym momencie poczułam, jak coś delikatnie, lecz niepowstrzymanie, wychodzi z mojego ciała — jakby niewidzialna esencja opuszczała moje nogi, ręce i głowę, by w końcu skupić się w okolicach piersi.

To było dziwne, ale wcale nie przerażające, raczej fascynujące; nadal myślałam, wciąż czułam się żywa, choć wiedziałam, że mój mózg nie jest już moim narzędziem.

To wrażenie było tak komfortowe i pełne spokoju, że czułam się bardziej odprężona niż kiedykolwiek wcześniej, jakby każdy atom strachu został rozpuszczony w powietrzu.

Następnie nastał krótki, kojący sen, po którym przebudziłam się w morzu niewyobrażalnej miłości, takiej, która otulała mnie z każdej strony, przenikała każdą komórkę mojej istoty, sprawiając, że czułam się nią całkowicie przesiąknięta.

Była to miłość tak potężna i nieskończenie dobra, że jej najmniejsza kropla byłaby już za wiele, a ja znalazłam się w jej bezkresnym oceanie, który nie oczekiwał niczego w zamian, po prostu istniał, dając wszystko.

„Ogarnęła mnie miłość tak potężna, taka zupełnie inna, że wszystko we mnie się nagle wypełniło, jakbym wróciła do domu.”
Ogromny pokój, który mnie napełnił, był zupełnie inny od ziemskiego, bo w nim wszystkie moje pragnienia i marzenia zostały spełnione, niczego mi nie brakowało.

Było mi tak cudownie, tak dobrze, że pragnęłam tam zostać na zawsze, czując, że to właśnie jest moje prawdziwe przeznaczenie, mój dom.

Wtedy, przed sobą, zobaczyłam trzy postacie, a jeden z nich zapytał mnie głosem pełnym najczystszej dobroci: „Czy chcesz tej miłości?

Czy chcesz, żebym ci tą miłością obdarowywał?”. Zdziwiona, myślałam, jak można o to w ogóle pytać, skoro to było coś, o czym nawet nie śmiałam marzyć, coś, z czego nigdy bym nie zrezygnowała.

Dziwiło mnie, że Bóg w ogóle pyta, ale rozumiałam, że chce mojej wolnej woli, nawet w obliczu tak wspaniałego daru; to było zadziwiające.

Kiedy czułam tę miłość, pomyślałam: Boże, jak Ty możesz mnie kochać? Przecież jestem tak niedoskonała, pełna wad.

Wtedy zobaczyłam za Bogiem jakby zapisane wszystkie moje niedoskonałości, ale Jego oblicze pozostało niezmienione, nadal patrzył na mnie z nieskończoną czułością, jakby chciał powiedzieć: „Wszystko wiem, ale Moja miłość do ciebie jest niezmienna.”

Próba powrotu: Czy można odrzucić Miłość?

Poczułam także obecność kogoś obok, kogoś, kto emanował niezmierną dumą z mojego powodu, jak matka ciesząca się sukcesem swego dziecka.

Nie potrafiłam rozpoznać tej postaci, ale czułam jej szczęście z mojej obecności tam. Znów zdziwiłam się: Z czego ten ktoś mógł być ze mnie dumny?

Przecież nic wielkiego nie osiągnęłam. Wtedy Bóg zapytał mnie ponownie, czy wrócę.

Moja odpowiedź była natychmiastowa: „Nie, ja już jestem na miejscu, to jest mój dom, nie chcę wracać,” bo to, co tam czułam, było cenniejsze niż wszystkie skarby świata.

Zobaczyłam wtedy przepiękny pałac, symbolizujący wszelkie bogactwo i władzę, ale ja spojrzałam na niego z obojętnością, uznając go za nicość w obliczu miłości, której doświadczałam, i pałac rozsypał się w proch.

Jedynie mój tata, po kilku zawałach, spędzał mi sen z powiek; bałam się, że moja śmierć mogłaby przyspieszyć jego odejście.

Bóg ukazał mi go w czasie rzeczywistym, przygnębionego, ale żywego, jednak ja nadal upierałam się przy swoim: „Nie wracam.” Potem pomyślałam o mężu, którego szczerze kochałam.

Bóg pokazał mi go, zatrzymanego w kroku, z dwiema drogami przed nim: jedna ciemna i zła, druga lepsza, choć nadal pełna trudności.

Choć nie rozumiałam wtedy sensu tego widoku, dziś wiem, że być może chodziło o jego życie, o jego dalszą drogę, zależną od mojej decyzji.

Mimo to, ogrom Bożej miłości był dla mnie tak wielki, że znów odparłam: „Nie wracam.” W następnej chwili, w nieokreślonej przestrzeni, zobaczyłam potwornie cierpiące dusze, których ból przewyższał wszelkie ziemskie katusze.

Ich cierpienie wynikało z niemożności doświadczania Bożej miłości, mimo świadomości jej istnienia. Poczułam wtedy, że gdybym nagle została pozbawiona tej Bożej obecności, nie byłabym w stanie żyć, bo taki ból byłby nie do zniesienia.

„To jest tak potworny ból, kiedy nagle się nie czuje bożej obecności i bożej miłości, że się nie da żyć.”

Ostateczna decyzja: "Jej życie zależy od Ciebie."

Wtedy usłyszałam głos Boga, który powiedział: „Urodziłaś dziecko, córeczkę. Ona żyje.” Nie wiedziałam wcześniej, jakiej płci będzie moje dziecko, ani czy przeżyło.

Bóg opowiedział mi o wszystkich medycznych komplikacjach, o silnym niedotlenieniu, o wszystkim, co się stało, a ja słuchałam tego bez emocji, jakby Bóg chciał, abym podjęła decyzję w pełni świadomie.

„Jej życie zależy od ciebie, czy wrócisz?”
Dopowiedział, ukazując mi ponownie męża i rodziców, tym razem bez dziecka w obrazie, co dawało do myślenia.

I wtedy, z nagłą, niezachwianą pewnością, odparłam: „Wracam.” W tej samej chwili poczułam, jak gwałtownie wracam, jak spadam w dół, a w ostatniej sekundzie przed przebudzeniem, ujrzałam obraz dziewczynki o długich, ciemnych włosach, promieniejącej radością, otoczonej pomarańczową poświatą.

Kiedy otworzyłam oczy, leżałam na łóżku, zalana niewypowiedzianą radością i blaskiem, czując, jakbym cała świeciła. Mój mąż pochylał się nade mną, całując mnie, a ja czułam się jak królewna obudzona ze snu.

Powrót do ciała: Ból i nadzieja

Niestety, sielankowy powrót brutalnie zderzył się z rzeczywistością. Natychmiast zaczęłam się dusić i dławić, bo w moim ustach tkwiła rura intubacyjna, a respirator narzucał mi swój własny, obcy rytm oddychania.

Potworny ból przeszywał moje pocięte ciało po dwóch operacjach, a co najgorsze, nie podawano mi żadnych środków przeciwbólowych, bo według lekarzy byłam w stanie, w którym nie miało to sensu.

Łzy spływały mi do krtani, nie mogłam krzyczeć, a wokół mnie zbiegli się lekarze i pielęgniarki, odsyłając mojego męża – właśnie się ze mną żegnał, bo kazano mu powiadomić rodzinę o moim końcu.

Lekarze byli zaskoczeni moim przebudzeniem. Przewieziono mnie na oddział dla osób w śpiączce, gdzie musiałam udowodnić, że potrafię oddychać samodzielnie.

Wtedy pojawiła się wspaniała, młoda, ciężarna pielęgniarka, która z niezwykłą czułością pomogła mi zapanować nad starym respiratorem, ucząc mnie, jak oddychać w rytm jego mechanicznego miecha.

To dzięki niej, dzień po dniu, krok po kroku, udowodniłam, że żyję.

Cud na ziemi: Nie wszystko lekarz potrafi, a Bóg potrafi

Ze szpitala wyszłyśmy razem z córeczką po blisko trzech miesiącach, choć diagnozy były przerażające.

Moja córeczka, urodzona z:

  • zerową punktacją Apgar,
  • dwoma wylewami do mózgu,
  • sepsą,
  • zapaleniem płuc i jelit.

Była też całkowicie niedotleniona. Lekarze kazali mężowi nie przyzwyczajać się do dziecka, bo nie miała szans na przeżycie. Jeśli by przeżyła, miała być głęboko upośledzona psychofizycznie – nie miała mówić, słyszeć, widzieć ani chodzić.

Kiedy lekarka przekazała mi te straszne wieści, pomyślałam: Nie, to niemożliwe. Ja wiem lepiej. Przecież byłam u Pana Boga.

On nie kazałby mi wracać po to, żeby tak się stało. Wyruszyłam w podróż po specjalistach, zderzając się z cynizmem i beznadzieją: „Tu się nic nie da zrobić.

Co pani sobie wyobraża? Nawet w Ameryce nie potrafią.” Pchałam wózek z dzieckiem, płacząc i pytając Boga: „Po co to wszystko?

Dlaczego ona ma żyć w ciele, które jest dla niej więzieniem? Przecież mogła być czystą duszą w niebie!” Nie było we mnie żalu do Boga, raczej bolesne niezrozumienie, ale czułam Jego obecność.

Wtedy, niczym aniołowie w ludzkiej skórze, pojawiali się obcy ludzie, podając mi nazwiska i numery telefonów do terapeutów w czasach, gdy nie było internetu ani komórek.

Wierzyłam, że Bóg błogosławił tej rehabilitacji, bo widziałam dzieci z lżejszymi urazami, które nie odniosły takich sukcesów.

Neurolog powtarzał, że niektóre zniszczenia w mózgu są nieodwracalne, zwłaszcza te dotyczące słuchu i wzroku, mówiąc: „Dziecko na pewno studiów nie skończy.” A jednak moja córeczka jest dziś dorosłą, piękną, w pełni sprawną kobietą.

Skończyła studia, pracuje jako nauczycielka przedszkolna, śpiewa psalmy, doskonale słyszy (mózg sam znalazł inną drogę do ucha!), świetnie widzi.

„Dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych.”
To, co lekarze uznali za niemożliwe, stało się cudem – tym samym cudem, który Bóg mi pokazał w ostatnim przebłysku przed powrotem: radosną dziewczynkę biegnącą do szkoły, zalaną pomarańczowym słońcem.

Bóg jest miłością: Zmienione życie, niezmienna wiara

To doświadczenie nie tyle zmieniło moją wiarę, ile ją pogłębiło i umocniło. Od dziecka znałam Boga jako mojego Rodzica, który troszczy się o mnie bardziej niż ktokolwiek inny.

Jednak tam, na granicy życia, poznałam Go w sposób namacalny, odczuwając Jego miłość jako niesłychanie matczyną – taką, jaką odczuwa matka tuż po porodzie do swego wytęsknionego dziecka.

Czułam się, jakbym była wtulona w Jego pierś, Jego oczko w głowie, córka wymarzona. Była w tej miłości także pewna „zazdrość” – świadomość, że On będzie o mnie walczył, że nie da mnie skrzywdzić, że trzyma mnie w opiece swoich ramion.

Bóg okazał się pełnią – zarówno matką, jak i ojcem, odzwierciedlając w sobie zarówno kobiecie, jak i męskie aspekty miłości.

Po powrocie na ziemię, choć tęskniłam za tamtym światem, wiedziałam, że Bóg chce, abyśmy żyli tutaj, angażowali się w to życie.

On nie zabiera nam trudnych sytuacji, ale jest w nich z nami, wspiera nas i prowadzi.

Moja córka, świadoma swojej historii, żyje z nią normalnie, a ja wiem, że to doświadczenie jest dla mnie wartością dodaną, wiedzą o istnieniu Boga, który jest miłością.

Dziś mogę tylko powtarzać: „Bóg was kocha. To jest miłość tak cudowna, tak macierzyńska, tak czuła, tak troskliwa, miłość za nic. Nie musimy na nią zasłużyć.”

Źródło: https://www.youtube.com/watch?v=IqJsFzRyjVs
Tekst został opracowany redakcyjnie na podstawie oryginalnej relacji.
Wojciech Kroks · redaktor naczelny Na Granicy Światła

Dziennikarz z Gdańska z ponad 15-letnim stażem. Twórca kanału Obecność na YouTube. Tłumaczę i opracowuję prawdziwe historie NDE z całego świata — każda oparta na wiarygodnych źródłach, 100% faktów z oryginału.

Więcej o naszej misji →
Poznaj swoją kartę gwiazd

Spersonalizowany horoskop wedyjski oparty na precyzyjnych obliczeniach astronomicznych — odkryj swoją mapę karmy, przeznaczenia i potencjału.

Zobacz horoskopy wedyjskie →

🕸️ Połączone w portalu

Komentarze

Brak komentarzy. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

Komentarz pojawi się po moderacji
74 zadowolonych klientów 4.9/5 średnia ocena (14 opinii) 258 abonentów newslettera