Miodowe Światło w Sercu Afryki. Relacja Maagaret B. z Tanzanii.

Miodowe Światło w Sercu Afryki. Relacja Maagaret B. z Tanzanii.

Listopad 1967 roku. Dwie młode Amerykanki, Maagaret i Lorna, utykają samochodem w afrykańskim błocie, samotne i zdane na siebie. Noc zapada, a z jej czeluści wyłania się nie tylko strach, ale i coś znacznie potężniejszego – światło, które na zawsze odmieniło percepcję jednej z nich.

Ciemność opadała na Park Narodowy Tsavo jak gęsta, aksamitna kurtyna, zasłaniając resztki i tak już nikłej nadziei. Błoto, lepkie i zdradliwe, zasysało Volkswagena Garbusa po same osie, a nasze rozpaczliwe próby wypchnięcia go spełzły na niczym. Ja, Maagaret, i moja przyjaciółka Lorna, tkwiłyśmy w pułapce. To miał być ekscytujący wypad na Kilimandżaro, studencka przygoda życia, a zamieniał się w koszmar.

Właśnie wtedy Lorna zaczęła zmieniać się w moich oczach. Jej głos stał się chrapliwy, wysiłkowy, jakby każdy oddech był śmiertelną walką. Gdy zapaliłam zapałkę, blask ujawnił przerażającą prawdę: jej szyja spuchła nienaturalnie, a twarz przybrała upiorny, kredowy odcień szarości. Tsetse, te maleńkie, uporczywe muchy, brzęczały w samochodzie bez przerwy, niczym zapowiedź nadchodzącej tragedii.

Pomyślałam, że to koniec. Musiałyśmy działać, choć strach ściskał gardło. Spokojnie, metodycznie, planowałyśmy, co zrobić, gdyby jej oddech ustał całkowicie. Metalowy pilnik do paznokci. Słomka do picia. Ubrania, by owinąć ranę. Prymitywny zestaw do tracheotomii, improwizowany w sercu afrykańskiej nocy. Lorna spojrzała na mnie, a w jej oczach, mimo obrzęku, widziałam błagalne pytanie: czy to już?

Droga w nieznane

Nie mogłam ruszyć. Nie dopóki nie pomodlę się. Choć nazywałam się wtedy 'wychodzącą katoliczką', w tamtej chwili instynktownie szukałam ratunku tam, gdzie znajdowałam go wcześniej – u Matki Boskiej. Lorna tylko skinęła głową. Powiedziała, że nie wierzy w modlitwę. A jednak, po kilku minutach, wstałyśmy. Wyruszyłyśmy, z papierosami w dłoniach, których dym miał odstraszać dzikie zwierzęta. Kroczyłyśmy przed siebie, rozmawiając, śmiejąc się nerwowo i śpiewając, by zagłuszyć narastającą ciszę i strach. Cel? Około czternastu kilometrów, do miejsca, gdzie wcześniej piłyśmy herbatę.

„Jeśli nie dostanę pomocy, to chyba nie dam rady.”

Na rozwidleniu dróg w desperacji czołgałyśmy się po ziemi, zapalając zapałki, by odnaleźć ślady naszych opon. Nie było ich. Tylko wszechogarniająca, gęsta ciemność, która zdawała się nas połykać. Wybrałyśmy lewą odnogę i szłyśmy dalej. Oddech Lorny, o dziwo, zdawał się poprawiać. Ale wtedy, nagle, zza naszych pleców, przetoczył się przerażający ryk. Krótki, gardłowy, pełen dzikiej obietnicy. Obie wiedziałyśmy, co to. Lampart.

Nawet się nie wahałyśmy. Szłyśmy dalej, a serce waliło mi w piersi jak młot. Kilka minut później szepnęłam: „Słyszałaś to?” Lorna odpowiedziała krótkim: „Tak”. Czekałyśmy, aż coś skoczy na nas z mroku. Czułam, jak drapieżnik sunie za nami, jego niewidzialne oczy śledzą każdy nasz krok. Ten ryk był jak sygnał ostrzegawczy: jesteś zwierzyną.

Miodowa powódź światła

Musiałyśmy iść tak co najmniej dwie godziny. Nagle, chwyciłam Lornę za ramię. „Patrz! Samochód! Prosto przed nami, wyjeżdża zza wzgórza!” Lorna, przerażona i zmęczona, potrząsnęła głową. „Nie ma tu żadnego wzgórza, ja nic nie widzę!” Ale ja widziałam. I to, co widziałam, stawało się coraz większe, coraz bliższe.

Zza miejsca, które w mojej głowie było wzgórzem, uniosło się **świetliste, niesamowicie jasne, żółte światło, kształtem przypominające cygaro**. Powoli, majestatycznie, sunęło w naszą stronę. Ogarnęła mnie euforia. Wiedziałam, że to pomoc, ratunek. Ale biedną Lornę sparaliżował strach. Myślała, że oszalałam. Kiedy światło znalazło się nade mną, poczułam się, jakbym została zalana ciepłym miodem.

Spokój, tak głęboki, że poczułam, jakbym wreszcie wróciła do domu, którego szukałam całe życie, ogarnął mnie w jednej chwili. Radość. Miłość. Każda piękna emocja, jaką można sobie wyobrazić, przepłynęła przeze mnie. Byłam w stanie czystej euforii, czułam niewiarygodną wolność, a moje serce i umysł zdawały się żeglować do najpiękniejszego miejsca, w jakim kiedykolwiek byłam.

Spojrzałam na Lornę, która trzęsła się ze strachu i powiedziałam, słowa płynęły ze mnie same, z niewypowiedzianą pewnością:

„Jeśli coś nam się stanie, chciałabym, żeby moja rodzina i przyjaciele nie byli smutni. Idę do najbardziej niesamowitego miejsca, gdzie jest tyle miłości i spokoju, że jestem pewna, iż nigdy nie będę chciała stąd odejść.”

Ona była już nie tylko przerażona, była w panice. „Patrz, światło jest wokół moich stóp! Opisz mi kształt kamienia!” – powiedziałam, chcąc ją przekonać. Wyciągnęłam rękę i podniosłam okrągły kamień, który wyraźnie widziałam w blasku wokół moich stóp. Podałam jej go. To pomogło. Przekonała się, że widzę coś, czego ona nie widzi. Szłyśmy dalej, a światło zdawało się nas prowadzić, aż nagle, równie szybko, jak się pojawiło, odbiło na bok drogi i zniknęło.

Ocalenie z cienia lamparta

I wtedy ich zobaczyłyśmy. Kombi. Dwóch Australijczyków, śpiących w środku. Byli zszokowani, widząc dwie umazane błotem Amerykanki stojące przed ich samochodem. Byłyśmy tak brudne, że otworzyli tylną klapę, abyśmy mogły wejść, i zabrali nas do domu strażnika parku, Davida Sheldricka. Ten niewzruszony dżentelmen przywitał nas i dał nam schronienie. Następnego ranka obudziło mnie gdakanie strusia próbującego dostać się przez moskitierę.

Lorna!, pomyślałam i od razu sprawdziłam, czy wszystko z nią w porządku. Była sobą, zdrowa, pogodna. Podczas gdy my jadłyśmy pyszne śniadanie z rodziną Sheldricków, kilku mężczyzn wysłano, by odnaleźć samochód. Wrócili z nim, patrząc na nas z niedowierzaniem. Strażnik wyjaśnił: byli zdumieni, że przeżyłyśmy, idąc tak długi dystans w środku nocy, bez latarki i żadnej ochrony. Znaleźli ślady.

Ślady, które wskazywały, że lampart prześladował nas przez dziesięć z czternastu kilometrów. Później, w Nairobi, lekarz z Korpusu Pokoju wyjaśnił mi, że stan Lorny był reakcją psychosomatyczną na strach. Powiedział, że ja miałam 'kogoś', na kim mogłam się oprzeć – modlitwę. Lorna nie miała takich zasobów. Nigdy jej o tym nie powiedziałam.

Ostatni pościg

Nasza przygoda trwała, choć do Kilimandżaro nigdy nie dotarłyśmy. Widziałyśmy przerażającego czarnego mambę, zastrzelonego przez starszą Angielkę, która broniła swoich pracowników. Spotkałyśmy plemię Masajów, kupiłyśmy od nich pamiątki. Aż wreszcie, w drodze powrotnej na statek, zabrakło nam paliwa. Statek miał odpłynąć za chwilę, a my stałyśmy przy drodze, w naszym oblepionym robakami samochodzie.

Wtedy z pomocą przyszedł Reggie, Australijczyk, który nas odholował. Pamiętam ten pęd przez centrum Mombasy w godzinach szczytu. Wyglądałam przez okno, próbując uniknąć rowerzystów i ludzi, podczas gdy Reggie, niczym demon prędkości, gnał do portu. Przy nabrzeżu znalazłyśmy się pięć minut po piątej, ale statek jeszcze tam był. A przy jego drewnianej kładce stał ten sam dżentelmen, który pomógł nam wynająć samochód.

Okazało się, że to szef służb celnych portu w Mombasie. Był na granicy łez ulgi. Przeprosił, że wysłał nas w taką podróż bez odpowiedniego przygotowania. Przytuliłyśmy go, przebiegłyśmy po kładce i statek odpłynął.

Słowa w świetle i na kartkach

Na pokładzie wieści o naszej przygodzie rozeszły się błyskawicznie. Mój drogi przyjaciel Rob, którego czule nazywaliśmy Baby Huey, zapukał do mojej kabiny ze łzami w oczach. Opowiedział mi o swojej własnej podróży na Kilimandżaro, o tym, jak siedząc na skalnej półce, patrząc na Wielką Rów Afrykański, przeżył coś, co nazwał odkryciem Boga.

„Patrząc na ogrom miejsca, w którym byłem, na piękno i to, jak mikroskopijni jesteśmy na tej planecie, coś stało się w moim sercu i duszy”, powiedział, a ja czułam, że rozumiem. Opowiedziałam mu o świetle, które widziałam. Zapadła cisza. Potem zapytał o książkę, którą czytałam, gdy zapukał. To były „Liście Złota”. Otworzyłam ją na losowej stronie.

Tekst brzmiał: **„Nie lękaj się, bo Bóg jest światłem.”** Spojrzeliśmy na siebie z Robem i oboje zapłakaliśmy, z tak wielu powodów. Zastanawiałam się, czy to doświadczenie zmieni moje życie. Na co dzień, być może, nie jestem tego świadoma. Ale noszę tę pamięć w sercu z radością i bez lęku o to, co nadejdzie. Wiem, że wszechświat, czy cokolwiek, co jest 'tam', jest dobre, życzliwe i pełne współczucia, przepełnione miłością.

I to jest wiedza, która trwa.

Źródło: nderf
Tekst został opracowany redakcyjnie na podstawie oryginalnej relacji.
Redakcja Na Granicy Światła

Tłumaczymy i opracowujemy redakcyjnie prawdziwe historie doświadczeń bliskich śmierci (NDE) z całego świata. Każdy tekst powstaje na podstawie wiarygodnych źródeł — wywiadów, baz danych NDERF i publikacji naukowych. Zachowujemy 100% faktów z oryginału.

Więcej o naszej misji →

Czy ta historia Cię poruszyła?

Komentarze

Brak komentarzy. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

Komentarz pojawi się po moderacji