Kalejdoskop poza czasem: Opowieść o miłości, która jest wszystkim

Kalejdoskop poza czasem: Opowieść o miłości, która jest wszystkim

Pamiętacie ten moment, kiedy nagle grunt usuwa się spod nóg? Steve D. poznał to uczucie w upalnym Key West. Upadł, by wzbić się wyżej, do miejsca, gdzie czas nie istniał, a miłość promieniowała z każdej cząsteczki wszechświata. Jego historia to podróż poza granice ziemskiego poznania, która na zawsze odmieniła jego życie.

Ciepłe, wilgotne powietrze Key West, środa 13 marca 2008 roku. Przyjaciele, piwo, perspektywa wieczornego wyjścia i meczy koszykówki uniwersyteckiej nazajutrz. Steve D., mężczyzna o potężnej posturze – metr osiemdziesiąt osiem wzrostu i ponad sto dwadzieścia kilogramów mięśni, wyrzeźbionych dwoma treningami dziennie – nagle poczuł, jak ziemia ucieka mu spod stóp. Był to ten dziwny, krótki moment, tuż przed upadkiem.

Pamięta, jak przechylił się do przodu, prosto na podłogę apartamentu. Następną rzeczą, jaką pamięta, jest to, że już nie był sobą, w swoim ciele. Unosił się, niczym piórko, jakieś dwa piętra nad ziemią, tuż obok schodów wiodących na dół. Widział wszystko. Obserwował chaos, który zapanował w apartamencie. Widział twarz żony przyjaciela, która natychmiast rozpoczęła resuscytację krążeniowo-oddechową.

Widział, jak ratownicy medyczni wpadają do środka, jak zmagają się z ciasnymi zakrętami na schodach, próbując wynieść jego ogromne ciało. Steve D. pękł ze śmiechu, obserwując to wszystko z góry. W głowie zaśmiałem się głośno, bo przecież było jasne: „Nie ma szans, żeby TEN facet trafił do karetki!” – wspomina.

Ironia sytuacji była absurdalna: on, tak potężny fizycznie, stał się nagle bezkształtną bryłą, z którą zmagali się inni, podczas gdy jego prawdziwe 'ja' unosiło się swobodnie, lekkie i nieuchwytne. Był świadomy wszystkiego. Słyszał oddechy gapiów, widział emocje na ich twarzach. Ktoś spojrzał w górę, ciemnowłosy chłopak. Ich spojrzenia się spotkały. I wtedy, w jednej, oślepiającej chwili, wystrzelił.

Pierwszy oddech innej rzeczywistości

Prędkość była niewyobrażalna, przypominająca sekwencje z „Gwiezdnych Wojen”, gdy statek kosmiczny osiąga prędkość światła. Barwy – kalejdoskopowe, dynamiczne, pulsujące życiem – zalewały go z każdej strony. Nie było słów, by je opisać, ale Steve D. widzi je do dziś, tak samo intensywnie. Czas zniknął. Nie istniało pojęcie sekund, minut, wieczności. Wszystko było jednocześnie.

Wieczność jest sekundą; sekunda wiecznością – próbował wyjaśnić. Pędził, by potem nagle zwolnić. Przed nim objawiła się cudowna, pulsująca światłem kula. Nie miał w swoim ziemskim słowniku pojęć, by oddać jej blask i esencję. To nie było zwykłe światło. Było miodowe, ciepłe, zalewało go, jakby ktoś otworzył zasłonę za którą kryło się drugie słońce, a jednocześnie było to czujące, inteligentne istnienie.

Czuł obecność kogoś za sobą, kogoś, kto komunikował mu, że „wszystko jest w porządku”. Spokój, jaki go ogarnął, był tak głęboki, że poczuł się, jakby wreszcie wrócił do domu, którego szukał całe życie. Moja świadomość i czujność były niewyobrażalnie wyższe niż normalnie. Byłem świadomy WSZYSTKIEGO, co działo się wokół mnie. Wszystkiego. Obrazu, dźwięku, zapachu, każdej emocji. Steve D.

miał wrażenie, że doświadcza więcej niż trzech wymiarów, że przenika bariery poznania. To było „olśniewające, zapierające dech w piersiach, powodujące gęsią skórkę”.

Miłość jest wszystkim, co się liczy

W pewnym momencie, niczym rozświetlony pergamin, przemknęło przed nim całe jego życie. Nie były to urywki, migawki, lecz cała jego egzystencja, ujrzana jednocześnie, w jednym, zbiorowym akcie. Emocje falowały – euforia, śmiech, smutek – wszystkie naraz. To było jak oglądanie epickiego filmu o sobie, w którym czuł każdy ból i każdą radość, ale bez osądu, z głębokim zrozumieniem. To wtedy, bez słów, lecz z głębi jego istoty, przyszedł przekaz:

Usłyszałem wtedy, nie uszami, lecz całą swoją istotą, że „miłość jest wszystkim, co się liczy”. I nie chodziło tylko o miłość romantyczną czy rodzinną, ale o miłość do wszystkich istot ludzkich, szacunek do Ziemi, do ptaków, zwierząt, nawet owadów. Wszystko pochodzi od Stwórcy, a my wszyscy, wszystko jest połączone na każdym poziomie.

Otrzymał mnóstwo informacji, które do dziś go oszałamiają. Zrozumiał, że czas nie jest linearny, że „cały czas jest teraz, wtedy, potem, czy jakkolwiek”. Zobaczył, że żyjemy tysiące żyć z wielu powodów. To wszystko było oszałamiające, ale fundamentalnie proste: istnieje wieczne istnienie i głęboka, uniwersalna więź. Zyskał świadomość istnienia Stwórcy, doświadczył islamskich wierzeń, o których nie miał wcześniej pojęcia. To wszystko działo się w rzeczywistości, gdzie melodyjny dźwięk przenikał wszystko, a światło było zarówno ciemne, jak i jasne, pełne miłości i blasku.

Powrót – wbrew woli

Po tych lekcjach, które wykraczały poza miłość i połączenie, w jakiś sposób, niewerbalnie, powiedziano mu, że „nadszedł czas, by odejść”. Steve D. nie chciał wracać. Pragnął pozostać w tym miejscu, gdzie panował niewysłowiony pokój i miłość. Przecież tak naprawdę chciałem tam zostać, po drugiej stronie. Nie pozwolono mi, musiałem wrócić. Nauczył się, że istnieją granice, bariera, której nie pozwolono mu przekroczyć.

Kolejne, co pamięta, to przebudzenie w Szpitalu Regionalnym w Key West. Pierwszą rzeczą, jaka go uderzyła, było to, że personel medyczny „zniszczył mu brodę”. Ogolili mu wąsy, by maska tlenowa mogła przylegać prawidłowo. To było brutalne zderzenie z przyziemną rzeczywistością po transcendentalnej podróży. Pamiętał tylko to, że tam był. Potem, siedział na krześle, z uszkodzeniem mózgu, ale z nienaruszoną osobowością.

Był zdezorientowany.

Gdy odzyskałem świadomość, narzekałem, że… nie przeżyłem doświadczenia bliskiego śmierci. Jak to? Tak długo byłem nieprzytomny i nic? To było wbrew wszelkim opowieściom, które znałem.

Powoli, przez kolejne dni, stawał się coraz bardziej świadomy, ale nadal był mentalnie zagubiony. Przewieziono go do szpitala w Miami, potem do domu przyjaciół w Fort Lauderdale, a w końcu samolotem do domu. Cały ten proces trwał około trzech tygodni. Jego ciało wracało do życia, ale jego duch już nigdy nie był taki sam.

Życie po Życiu

Od tamtego wydarzenia Steve D. cierpi na zespół stresu pourazowego (PTSD), nawiedzają go bardzo żywe, realistyczne sny. Ale to, co naprawdę się zmieniło, to głębokie współczucie i bezgraniczna miłość, które go ogarnęły. Pamięta dobre i złe rzeczy ze swojego życia, ale wiedza, którą zdobył, jest bezcenna. Jego relacje z bliskimi stały się głębsze, lepsze, bardziej kochające.

Nawet zdolność do przewidywania przyszłości, która pojawiła się po tym wydarzeniu, wydaje się zaledwie małym bonusem w porównaniu z resztą. Jego system wartości i wierzeń uległ fundamentalnej zmianie. Jego wiara stała się głębsza, ale jednocześnie bardziej otwarta. Teraz rozumie, że Stwórca nie dba o to, JAK go czcimy, ale O TO, ŻE w ogóle to robimy. Wszystkie wierzenia, które wspierają człowieka, są ważne.

Moje życie, mój pogląd na życie, moja miłość do wszystkiego. Człowieku, zmieniłem się. Nadal jestem ułomny. Cholernie ułomny! Haha! Po prostu jestem świadomy i wdzięczny za to, że tu jestem, z miłością i wiedzą, które zostały mi podarowane. Doświadczenie bliskie śmierci Steve’a D. nie było wejściem do tradycyjnego „nieba”, ale było czymś znacznie głębszym.

To było spotkanie z fundamentalną prawdą o istnieniu, o miłości, która jest spoiwem wszechświata. I choć czasem trudno mu znaleźć słowa, by opisać to, czego doświadczył, wie, że jego życie nigdy nie będzie takie samo. Jest świadectwem tego, że istnieją wymiary poza naszym pojmowaniem, i że to, co najważniejsze, jest zawsze najprostsze: miłość i połączenie ze wszystkim, co istnieje.

Źródło: nderf
Tekst został opracowany redakcyjnie na podstawie oryginalnej relacji.
Redakcja Na Granicy Światła

Tłumaczymy i opracowujemy redakcyjnie prawdziwe historie doświadczeń bliskich śmierci (NDE) z całego świata. Każdy tekst powstaje na podstawie wiarygodnych źródeł — wywiadów, baz danych NDERF i publikacji naukowych. Zachowujemy 100% faktów z oryginału.

Więcej o naszej misji →

Czy ta historia Cię poruszyła?

Komentarze

Brak komentarzy. Bądź pierwszy.

Dodaj komentarz

Komentarz pojawi się po moderacji