Współczesna filozofia coraz śmielej zagląda w rejony, które dotąd zarezerwowane były dla mistyki czy religii, starając się znaleźć racjonalne odpowiedzi na najbardziej fundamentalne pytania o naturę rzeczywistości, świadomości i sens ludzkiego życia.
Artur Szutta, filozof akademicki z Uniwersytetu Gdańskiego, redaktor naczelny popularnego czasopisma „Filozofuj!”, zabiera nas w niezwykłą podróż, by zbadać te graniczne obszary, od doświadczeń bliskich śmierci po hipotezę życia w symulacji, aż po skomplikowane zależności między emocjami a moralnością.
Czym są Doświadczenia Bliskie Śmierci (NDE) i co nam mówią?
Doświadczenia Bliskie Śmierci (NDE, z ang.
Near-Death Experiences) to głębokie i często transformujące przeżycia, które mają miejsce u osób, które otarły się o śmierć, na przykład w wyniku zatrzymania akcji serca, tonięcia czy zaawansowanego nowotworu.
Jak wyjaśnia Artur Szutta, nie każdy ma „szczęście” lub „nieszczęście” doświadczyć NDE, ale relacje tych, którzy je przeżyli, wykazują uderzające podobieństwa, niezależnie od kultury czy wyznawanej wiary.
Jednym z najbardziej paradigmatycznych przykładów, często przywoływanym w literaturze naukowej i filozoficznej, jest historia Howarda Storma, profesora historii sztuki ze Stanów Zjednoczonych.
Storm, podczas wycieczki w Paryżu, doznał perforacji żołądka i znalazł się w stanie krytycznym, oczekując na operację, która się przedłużała.
W pewnym momencie, jak opowiada, poddał się i zapadła ciemność, ale jego doświadczenia bynajmniej się nie skończyły. Mężczyzna relacjonował, że stał się ponownie przytomny, widział swoją żonę siedzącą obok jego niezidentyfikowanego ciała.
Następnie był wciągany w szarą pustkę, tzw. „Void”, przez demoniczne istoty, zanim nagle pojawił się „świetlisty punkt”. Tym punktem okazała się świecąca postać, którą Storm zidentyfikował jako Chrystusa.
Ta istota zabrała go z nieprzyjemnego miejsca, co jest jednym z powtarzających się elementów w relacjach NDE: obecność jaśniejącej postaci. Kolejnym powszechnym elementem jest tzw. przegląd życia, czyli moralna ocena własnych czynów.
Howard Storm opowiadał, że przeżywał swoje życie od narodzin aż do momentu, w którym miał umrzeć, ale w sposób, który wykracza poza zwykłe wspomnienia.
Jak podkreśla Szutta, „w tych doświadczeniach to wygląda trochę tak, jakby ktoś nas posadził przed monitorem 3D i pokazał nam, co się wydarzyło, i to pokazał w taki sposób, że ja doświadczam tego wydarzenia ze swojej perspektywy i z perspektywy tych osób, z którymi w tej sytuacji byłem jakoś zaangażowany jednocześnie.” To głębokie, mistyczne doświadczenie, w którym nie tylko wspominamy, ale faktycznie ponownie przeżywamy wydarzenia, czując emocje i skutki naszych działań z wielu perspektyw jednocześnie.
Jest to fenomen trudny do wytłumaczenia za pomocą prostych mechanizmów mózgowych.
Czy NDE to tylko iluzja umierającego mózgu? Przypadki weryfikowalne
Sceptycy często tłumaczą Doświadczenia Bliskie Śmierci jako halucynacje umierającego mózgu, zalewanego neuroprzekaźnikami w obliczu zagrożenia.
Jednak, jak wskazuje Artur Szutta, istnieją elementy NDE, które wydają się wykraczać poza subiektywne wyobrażenia i są weryfikowalne.
Mówi się o tzw. elementach „veridical” (od łacińskiego „veritas” – prawda), czyli informacjach, które osoba w stanie NDE zdobyła poza ciałem, a które później zostały obiektywnie potwierdzone.
Jednym z najbardziej uderzających przykładów jest relacja kobiety, która podczas operacji mózgu, gdy jej czaszka była otwarta, a uszy miały czujniki i były zaklejone, była w stanie precyzyjnie opisać prywatną rozmowę lekarza z anestezjologiem, a także wygląd narzędzi chirurgicznych.
Anestezjolog potwierdził, że rozmowa, której szczegóły podała kobieta, była prywatna i nie mogła być słyszana przez nikogo w jej stanie.
Ponadto, główny chirurg był zaskoczony jej opisem narzędzia, które nazwała „dużą elektryczną szczoteczką do zębów”.
Początkowo odrzucił to, ale po sprawdzeniu okazało się, że z perspektywy widzianej z góry narzędzie to faktycznie mogło przypominać starą szczoteczkę.
Inny przykład dotyczy chłopca, który podczas operacji zapalenia wyrostka robaczkowego opowiedział, że widział swojego ojca modlącego się w schowku na mopy, negocjującego z Bogiem o jego życie.
Chłopiec wspomniał również o spotkaniu ze zmarłą siostrą, o której rodzice nigdy mu nie mówili.
Eben Alexander, neurochirurg z Harvardu, który sam doświadczył NDE podczas tygodniowej śpiączki spowodowanej rzadką infekcją mózgu, opisał w swojej książce „Dowód” (Proof of Heaven) spotkanie z siostrą, której nigdy nie poznał.
Dowiedział się o niej później, gdy znalazł swoich biologicznych rodziców i zobaczył jej zdjęcie. Wszystkie te relacje stanowią wyzwanie dla czysto naturalistycznych wyjaśnień.
Jak podsumowuje Artur Szutta, „gdyby tak zwalczać każdy z nich, te weryfikowalne elementy, i próbować każdy z nich wyjaśnić jako przypadkowe doświadczenie zdobycia informacji albo jako hochsztaplerka, to jest ciężkie.” Jedną z hipotez sceptycznych, którą przywołuje Artur Szutta, jest teoria psycholożki Susan Blackmore.
Według niej ludzki mózg, nawet w obliczu śmierci, może zbierać szczątkowe informacje i złożyć z nich spójną, przekonującą historię, która wydaje się autentyczna, choć jest tylko iluzją.
Jednak Szutta skłania się ku myśleniu, że „to nie jest w stanie wyjaśnić wszystkich [przypadków], bo niektóre są tak szczegółowe i tak dokładne.” Badania nad NDE są prowadzone na całym świecie.
Przykładem jest projekt AWARENESS (AWAreness during REsuscitation) kardiologa dr. Sama Parnii, który we współpracy z setkami szpitali stara się obiektywnie zbadać zjawisko.
Naukowcy umieszczają specjalne tabliczki z obrazami pod sufitem sal operacyjnych, aby sprawdzić, czy pacjenci, którzy doświadczyli NDE, będą w stanie zidentyfikować te obrazy.
Dotychczasowe wyniki, choć obiecujące, nie są jednoznaczne.
W jednym przypadku, opisanym w książce Parnii „Erasing Death” (2014), pacjent podczas reanimacji opisał wygląd i biżuterię osoby, która dołączyła do ratującego go lekarza, a nawet wspomniał o jej ważnym egzaminie z poprzedniego dnia.
To wskazuje na możliwość pozazmysłowego dostępu do informacji, co zachęca do dalszych badań.
Artur Szutta przyznaje, że ma „predylekcje” do postrzegania świata jako czegoś więcej niż tylko materialnej rzeczywistości, ale jednocześnie podchodzi do tematu z otwartym umysłem i naukowym sceptycyzmem.
Czy żyjemy w symulacji? Filozoficzna hipoteza Nicka Bostroma
Jedną z najbardziej intrygujących współczesnych hipotez, która zyskuje coraz większą popularność, jest teoria, że nasza rzeczywistość może być w istocie zaawansowaną symulacją komputerową.
Artur Szutta otwarcie bawi się tą koncepcją, widząc w niej potencjał do wyjaśnienia wielu trudnych kwestii.
Hipoteza symulacji, spopularyzowana przez szwedzkiego filozofa Nicka Bostroma w artykule „Czy żyjesz w symulacji komputerowej?” (ang.
„Are You Living in a Computer Simulation?”), zakłada, że w przyszłości wysoko rozwinięte cywilizacje będą w stanie tworzyć niezwykle realistyczne symulacje, w których świadome istoty nie będą wiedziały, że są częścią programu.
Jeśli taka możliwość istnieje, a takich cywilizacji we wszechświecie jest wiele, to statystycznie bardziej prawdopodobne jest, że my sami jesteśmy jedną z takich symulowanych inteligencji, niż że żyjemy w „bazowej”, oryginalnej rzeczywistości.
Bostrom oblicza, że prawdopodobieństwo, że żyjemy w symulacji, wynosi co najmniej jedną trzecią, co wciąż jest ogromną wartością.
Jak zauważa Szutta, ta idea doskonale wpisuje się w relacje z Doświadczeń Bliskich Śmierci, gdzie osoby często opisują ten świat jako iluzję, a „tamto” (poza ciałem) jako realne.
„Jeśli gramy w grę, to doświadczamy przeróżnych dziwnych sytuacji, ale to jest, ale czy to nam się ostatecznie nie dzieje, co mogłoby też wyjaśniać trochę problem zła” – spekuluje filozof.
Z perspektywy tej hipotezy, cierpienie i zło w naszym świecie mogłyby być częścią edukacyjnego programu.
Jesteśmy w symulacji, aby uczyć się moralności, doświadczać konsekwencji naszych działań w „bezpiecznym” środowisku, zanim wrócimy do „realnego” wymiaru.
Gdy opuszczamy symulację po śmierci, możemy dostrzec, że nasze choroby i cierpienie były „iluzją” w tym sensie, że stanowiły element wciągającej historii, a nie ostateczną rzeczywistość, podobnie jak w filmie zapominamy, że to, co oglądamy, nie dzieje się naprawdę.
Wirtualna rzeczywistość, którą znamy dziś, już potrafi oszukać nasze zmysły i systemy poznawcze.
Artur Szutta wspomina swoje doświadczenie z goglami VR, gdzie stojąc na krawędzi wirtualnego wieżowca, jego „system 1” (automatyczne myślenie) reagował paniką, mimo że „system 2” (świadome myślenie) wiedział, że to tylko symulacja.
To pokazuje, jak łatwo dać się zwieść i jak silne są nasze pierwotne, niekontrolowane reakcje. Ta analogia jest kluczowa dla zrozumienia, jak bardzo możemy być zanurzeni w iluzji, nawet nie zdając sobie z tego sprawy.
Emocje kontra racjonalność: Jak podejmujemy moralne decyzje?
Poza kwestiami ostatecznymi, takimi jak życie po śmierci czy natura rzeczywistości, Artur Szutta zajmuje się również fundamentalnymi problemami etyki, a w szczególności metaetyką, czyli teorią, która bada, jak budujemy teorie etyczne i jak poznajemy prawdy moralne.
W swoich badaniach filozof koncentruje się na roli emocji w podejmowaniu decyzji moralnych. Moim zdaniem, jest to jeden z najbardziej niedocenianych aspektów ludzkiej moralności, który zasługuje na znacznie większą uwagę.
Jak podkreśla Szutta, emocje są „pośrednikami między nami a rzeczywistością”, które „rozszyfrowują jakieś aspekty rzeczywistości”, takie jak niebezpieczeństwo w przypadku strachu.
Bez nich „bylibyśmy całkowicie ślepi na wartości”.
Problem polega na tym, że mechanizmy generujące emocje działają punktowo i szybko, nastawione są na przetrwanie.
To, co w psychologii nazywamy „systemem 1” (szybkie, intuicyjne myślenie) według Daniela Kahnemana, jest niezawodne w sytuacjach zagrożenia, ale może być stronnicze i egoistyczne w kontekście moralności.
Na przykład, gdy jesteśmy głodni, emocja może skłaniać nas do myślenia o zabraniu jedzenia innej osobie, bo nasz „system 1” działa prymitywnie, skupiając się na natychmiastowym zaspokojeniu potrzeby.
W takich sytuacjach, jak mówi Szutta, „emocje prowadzą nas do takiego zawężenia perspektywy, liczy się tu i teraz, szczególnie gdy jesteśmy na przykład bardzo zagrożeni.” To właśnie w afekcie ludzie, którzy nigdy nikomu nie zrobili krzywdy, mogą stać się agresywni, a nawet zdolni do zabójstwa.
Czy emocje można wytrenować? O Enkratei i samokontroli
Chociaż emocje mogą prowadzić do błędnych decyzji, Artur Szutta nie jest ich przeciwnikiem.
Wręcz przeciwnie, uważa, że można je „wyrzeźbić” i „wytrenować”, aby stały się bardziej niezawodnym przewodnikiem w życiu moralnym. To prowadzi nas do fascynującej koncepcji „enkratei”.
Enkrateia, po grecku oznaczająca „rządy wewnętrzne” lub „samokontrolę”, to zdolność nie tylko do hamowania niepożądanych emocji, ale także do ich wzniecania, kiedy są potrzebne, na przykład gniewu na polu bitwy, który dodaje energii do walki.
Trening emocjonalny jest możliwy. Szutta przywołuje przykład badań, gdzie ludzie grający w gry na pieniądze, mimo braku teoretycznego uzasadnienia, zaczynali „wyczuwać” intuicyjnie, kiedy powinni się wycofać, aby nie stracić.
Takie sygnały intuicyjne dzieją się na poziomie podświadomym i wyłaniają się w świadomości jako przeczucie.
Innym przykładem jest trening żołnierzy Marines, którzy uczą się opanowywać panikę w ekstremalnych sytuacjach, trenując się, by „gasić” automatyczne reakcje strachu i działać racjonalnie.
Z drugiej strony, brak emocjonalnego dostępu do moralności jest charakterystyczny dla psychopatów. Antonio Damasio, w swojej książce „Błąd Kartezjusza”, opisał badania nad osobami, które nie potrafią komunikować się ze swoimi emocjami.
Takie osoby mogą nauczyć się społecznych norm moralnych, ale nie czują empatii czy współczucia. Rozumieją, że płacz oznacza smutek, ale nie są w stanie „poczuć” smutku innej osoby.
Ich moralność jest wyrachowana i kalkulatywna, podyktowana chęcią uniknięcia kary, a nie wewnętrzną motywacją.
Eksperyment myślowy z wagonikiem, w którym trzeba wybrać, czy wagonik zabije pięć osób, czy jedną, jest klasycznym przykładem na to, jak emocje i racjonalność ścierają się w dylematach moralnych.
Osoby kierujące się emocjami są mniej skłonne do aktywnego działania (np. zepchnięcia człowieka z pomostu, by uratować pięć osób), podczas gdy osoby z bardziej aktywnym płatem czołowym (odpowiedzialnym za „system 2”) są bardziej skłonne do „czystych kalkulacji”.
Profesor Joshua Greene, psycholog moralności, sugerował, że to dowodzi błędności poglądów Kanta, który absolutnie zabraniał zabijania, na rzecz utylitaryzmu, który dąży do maksymalizacji szczęścia.
Peter Singer, utylitarysta, posuwa się w swojej logice do ekstremalnego eksperymentu myślowego, który ma szokować i skłaniać do refleksji.
Jesteś lekarzem w szpitalu. Masz genialnego muzyka z chorą wątrobą, genialnego matematyka z chorymi płucami i bezdomnego pijaka ze zdrową wątrobą i płucami, ale z chorym mózgiem, którego masz operować.
Powinieneś pomylić się przy tej operacji, ale tak, żeby nikt nie wiedział. Wykorzystaj ciało tego pacjenta, żeby uratować pozostałych, bo gdy ludzie dowiedzą się, że w szpitalach zabijają pacjentów specjalnie, to będą się bali.
Z punktu widzenia czystej kalkulacji utylitarystycznej, takie działanie mogłoby być uzasadnione, bo ratuje więcej „wartościowych” żyć, minimalizując jednocześnie społeczne konsekwencje.
Artur Szutta jednak przestrzega: „jeśli całkowicie zakneblujemy tego protestanta [emocje], zamienimy się w takie istoty, które będą takie operacje bez mrugnięcia przeprowadzali i czy na pewno chcielibyśmy takiego społeczeństwa?” To pokazuje, że emocje, choć mogą być ułomne, stanowią niezbędne „paliwo”, które pozwala nam widzieć w świecie moralnie doniosłe sytuacje i motywuje do działania.
Bez nich nasza moralność byłaby jedynie zimną kalkulacją, pozbawioną autentycznej troski.
Paradoksalnie, problem zła i cierpienia, który wydaje się tak realny w naszej „symulacji”, może być kluczowy dla naszego moralnego rozwoju.
Gdyby nie było cierpienia, nie nauczylibyśmy się troski, miłości i empatii, które są fundamentem głębszej moralności.
Czy człowiek zasługuje na coś z natury? Poczucie własnej wartości a idealizacja
Zmagamy się z pytaniami o to, czy zasługujemy na miłość, sukces, bogactwo, czy jesteśmy wystarczający. Artur Szutta dostrzega w tym analogię do „syndromu oszusta„, czyli poczucia, że nie nadajemy się do roli, którą pełnimy.
Jego hipoteza wskazuje, że u źródła tego poczucia może leżeć dziecięca skłonność do idealizowania dorosłych i postrzegania ich jako doskonałych.
Jeśli nie wyrośniemy z tego, nie nauczymy się dostrzegać niedoskonałości u innych i u siebie, możemy na zawsze pozostać z poczuciem niewystarczalności.
Filozof uważa, że nie ma czegoś takiego, że człowiek „zasługuje” na coś z natury w absolutnym sensie.
Są pewne podstawowe prawa, na które zasługujemy jako osoby (np. szacunek), ale są też rzeczy, które są konsekwencją naszych działań i wysiłku.
Na przykład w konkursie o najlepszą książkę filozoficzną nagroda należy się temu, kto włożył największy wysiłek i napisał najlepszą książkę, a nie wszystkim, którzy chcieli napisać.
Odmowa takiego różnicowania, choć czasem kusząca, może prowadzić do absurdów.
Z drugiej strony, niebezpieczne jest absolutyzowanie zasługi do tego stopnia, by odmówić podstawowej pomocy (np. karetki) komuś, kto „nie zasłużył” na społeczne dobro.
Artur Szutta podkreśla, że równowaga między zasługą a wrodzonymi uprawnieniami jest trudna do osiągnięcia.
Wiem, że nic nie wiem – dlaczego pokora epistemiczna jest kluczowa?
, gdzie informacje zalewają nas z każdej strony, a „ekspertów” jest na pęczki, Sokratesowe „wiem, że nic nie wiem” staje się niezwykle aktualne.
Artur Szutta uważa, że jest to „najuczciwsze” stanowisko, szczególnie w obliczu ogromu wiedzy i niemożności weryfikacji wszystkich informacji.
Jako filozof, często przyjmuje pozycję agnostycyzmu wobec wielu problemów, skłaniając się jedynie do pewnych hipotez bez absolutnej pewności.
Problemem w dyskusjach publicznych jest często „brak skromności epistemicznej”, czyli nieuzasadnione przypisywanie sobie „boskich atrybutów” – wiedzy rozstrzygającej.
To prowadzi do dogmatyzmu i uniemożliwia prawdziwą wymianę myśli.
Jak mówi Artur Szutta, „nie należy być pochopnym w wyciąganiu wniosków na temat tego, jak jest.” Codziennie musimy ufać – wsiadamy do pociągu, idziemy do lekarza, jemy śniadanie, wierząc, że nie stanie się nic złego.
To zaufanie jest niezbędne do funkcjonowania, nawet jeśli teoretycznie nie możemy wykluczyć pomyłki czy złośliwości. W kontekście weryfikacji informacji, filozof ma wątpliwości co do roli sztucznej inteligencji.
„Sztuczna inteligencja halucynuje” – twierdzi, podkreślając, że jej działanie opiera się na prawdopodobieństwie i statystyce, a nie na rozumieniu prawdy czy fałszu.
Ponadto, w „wojnie” z dezinformacją, zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie tworzył coraz bardziej wyrafinowane metody oszukiwania, wyprzedzając możliwości weryfikacji.
Ostatecznie, to my musimy podjąć decyzję, w co wierzymy, kierując się rozsądkiem i dostępnymi przesłankami.
Wolna wola: Iluzja czy fundament moralności?
Kwestia wolnej woli jest jednym z najbardziej palących problemów filozofii i neuronauki. Artur Szutta przyznaje, że jej istnienie ma fundamentalne znaczenie dla moralności, odpowiedzialności i sensu ludzkiego działania.
Naturaliści, czyli ci, którzy wierzą w naukowy obraz świata, często skłaniają się ku determinizmowi, twierdząc, że wszystko, co się dzieje, jest z góry określone przez prawa fizyki i biochemii, nie zostawiając miejsca na wolny wybór. Najbliższe empiryczne argumenty przeciwko wolnej woli pochodzą z eksperymentów Benjamina Libeta z lat 80.
XX wieku.
Wykazały one, że aktywność mózgu (tzw. potencjał gotowości) poprzedza świadomą decyzję o wykonaniu ruchu o kilkaset milisekund.
To sugerowałoby, że mózg „decyduje” zanim my świadomie zdamy sobie z tego sprawę, a wolna wola jest jedynie formą racjonalizacji już podjętych działań.
Jednak Szutta zwraca uwagę na metodologiczne problemy tych badań. Sugeruje, że skoro wiemy o eksperymencie, nasze automatyczne mechanizmy są już „gotowe” do działania.
Postuluje, że wolna wola może polegać raczej na zdolności „wyciszania” impulsów, czyli na prawie do weta, a nie na ich generowaniu. W kontekście wolnej woli pojawia się również kwestia przypadkowości na poziomie kwantowym.
Niektórzy fizycy kwantowi sugerują, że pewne decyzje na poziomie elementarnych cząstek są „randomowe̶;̶; i nieprzewidywalne, co mogłoby otwierać drogę dla niedeterministycznej wolności.
Inny intrygujący pomysł, o którym wspomina Szutta, pochodzi od neurofizjologa Johna Ecclesa, laureata Nagrody Nobla, który postulował istnienie „psychonów” – duchowych molekuł, komunikujących się w mózgu i odpowiadających za synchronizację sieci neuronalnych, co miałoby wskazywać na pozamaterialny aspekt świadomości.
Złożoność świata biologicznego, jak choćby zagadka składania się białek, również skłania do refleksji nad ograniczeniami redukcjonizmu.
Białka, mając tę samą strukturę aminokwasową, mogą składać się w różne sposoby w zależności od obecności (niekoniecznie oddziaływania) innych substancji w otoczeniu.
To prowadzi do koncepcji teorii systemów, gdzie, aby w pełni zrozumieć małą część rzeczywistości, musimy uwzględnić ją w ramach większego systemu, a ten w jeszcze większym, aż po cały wszechświat.
Nasze możliwości poznawcze mogą być po prostu zbyt ograniczone, by objąć taką złożoność.
Artur Szutta podkreśla, że nie należy być pochopnym w wyciąganiu wniosków, a zdrowy sceptycyzm i pokora epistemiczna są kluczowe w tej niekończącej się podróży do zrozumienia siebie i świata.
Zamiast szukać ostatecznych, niepodważalnych prawd, filozof zachęca do obserwacji rzeczywistości i otwarcia się na zaskoczenia, pamiętając, że „najprawdopodobniej z biegiem czasu pojawi się nowa, lepsza [teoria]”.
W obliczu tych wszystkich niepewności, jedyną rzeczą, którą możemy zrobić, to ciągle się uczyć, zadawać pytania i dążyć do głębszego zrozumienia, pozostając otwartymi na to, co jeszcze może się ujawnić, czy to w symulacji, czy poza nią.
Komentarze
Brak komentarzy. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz