Wszystko stało się w 1992 roku. Leżałem na łóżku szpitalnym, trawiony gorączką, ciało moje drżało, każdy mięsień zdawał się płonąć. Jeszcze przed chwilą czułem się, jakby ktoś podłożył pod mój brzuch ogień – nadęty był jak piłka do koszykówki, skóra napięta do granic możliwości. Wiedziałem, że dzieje się coś złego, dzwoniłem na pielęgniarkę z desperacją, a potem... potem do sali wpadł lekarz. Nie zdążyłem nawet zrozumieć, co się dzieje, gdy jego dłonie, silne i bezwzględne, rozerwały moje częściowo zagojone wnętrzności. Czułem piekący ból, przeszywający krzyk, który zdawał się wyrywać z najgłębszych zakamarków mojej istoty. To było brutalne, pierwotne, niezbędne do przeżycia. I wtedy wszystko zgasło. Odpłynąłem.
Pierwszy Oddech Poza Ciałem
Kiedy odzyskałem świadomość, nie byłem już sobą. To znaczy – nie byłem w sobie. Unosiłem się gdzieś wysoko, tuż pod sufitem, patrząc na własne ciało leżące na łóżku. Białe prześcieradła, jeszcze przed chwilą świeże, teraz były nasiąknięte ohydnymi płynami, plamiąc biel niczym makabryczna mapa. Dziwne. Czułem pewien dystans, jakby to nie ja tam leżałem, a jakiś obcy, daleki krewny. To niemożliwe, pomyślałem, ale obraz był zbyt realny, zbyt ostry, by go zignorować.
Wtedy się pojawił. Eteryczna istota, z twarzą pozbawioną cienia emocji, ale emanująca niezachwianą pewnością. Zdecydowanym, ale niebolesnym ruchem chwyciła moje ramię. I nagle, z szybkością, której nigdy wcześniej nie doświadczyłem, zostaliśmy wciągnięci w dół. W dół, w dół, w dół, w długi, surowo wykuty, pionowy szyb. Powietrze stawało się coraz gorętsze, gęste, cuchnące siarką i czymś trudnym do zdefiniowania – jakby rozkładającym się mięsem. Czułem, jak tlen ulatuje z moich płuc, choć nie miałem płuc w tradycyjnym sensie. Pędziliśmy na złamanie karku, głową w dół, a moja twarz znajdowała się zaledwie piętnaście centymetrów od chropowatej ściany tunelu.
„Zwolnij!” – krzyknąłem, próbując przejąć kontrolę, choć wiedziałem, że to nonsens. „I może lećmy nogami do przodu!” Istota nie drgnęła. Zamiast tego, przyspieszyła, a jej głos, głęboki i bezsprzeczny, rozbrzmiał w mojej głowie: „To nie ty tu rządzisz.” Całe moje ciało zadrżało w bezsilnym sprzeciwie.
Piekło Pod Stopami, Ciemność Wokół
Nagle szyb się skończył. Wypadliśmy w ogromną, mroczną pieczarę. Przez chwilę wirowałem w powietrzu, niczym koziołek, by po chwili uderzyć o twarde podłoże. Uderzenie nie bolało, ale szok był ogromny. Gorąco. Smród był tak potworny, że czułem jego ostry smak w gardle, jakby ktoś wlał mi do ust truciznę. Oczy stopniowo przyzwyczajały się do panującej czerni. I wtedy zobaczyłem.
Stopy zanurzone miałem w czymś miękkim, wijącym się. Spojrzałem w dół. Wijące się robaki, gęste, lepkie, sięgały mi do kostek. Ogarnęła mnie fala obrzydzenia, taka, że ledwo mogłem powstrzymać torsje. Mój przewodnik siedział na skale, obojętny. Z lewej strony coś się poruszyło. To, co początkowo wyglądało na dziwną narośl na ścianie pieczary, okazało się być upadłym, czarnym aniołem. Musiał tu być od wieków, bo osady mineralne obrosły go niemal do łokci. Ramiona miał złączone, jakby skute, a prawe skrzydło na zawsze wrosło w skałę. Bił lewym skrzydłem, jak ranny ptak, próbując się poruszyć, ale bezskutecznie. Powoli podniósł głowę, rzucił na nas ukradkowe spojrzenie i odwrócił się. Poczułem dla niego głębokie współczucie.
„Wszędzie wokół latały demony. Krzyczały obelgi, zawodząc niczym umierające dusze, a ich zniekształcone oblicza były odbiciem najgorszych ludzkich lęków. To był szept piekła, który rozdzierał moją duszę.”
Trzymetrowy wąż prześlizgnął się obok, jego łuski błyszczały w mdłym mroku, a potem zniknął w czerni. Chwilę później jakaś ohydna kreatura, większa i bardziej złowroga, brutalnie cisnęła mnie o ścianę pieczary, zanim również rozpłynęła się w ciemności. Czysta, pierwotna groza. Byłem bezsilny.
Skrawek Bieli W Otchłani
Spojrzałem w górę na mojego przewodnika. Podniósł rękę. I wtedy zapadła cisza. Absolutna. Przerażająca. Cisza tak gęsta, że można by ją kroić, cisza, która odebrała mi oddech. Czułem, jak duszę się, jakby powietrze zostało całkowicie wyssane z tego miejsca. W desperacji, gdy świadomość zaczynała mi uciekać, dostrzegłem migotanie bieli na podłodze pieczary. To był maleńki skrawek, ale jego jasność kontrastowała z otaczającą ciemnością jak latarnia morska w sztormie. Zebrałem resztki sił i poczołgałem się do niego.
Położyłem się na tej białej tkaninie. W tym samym momencie, w tej jednej sekundzie, wiedziałem, że będę żył. To była oaza. Ukojenie. Czułem pod sobą wijące się robaki, ale ta cieniutka bariera bieli oddzielała mnie od otchłani, chroniła. To było jak cud. Ocalony.
Powrót na drugą stronę lustra
Mój przewodnik chwycił mnie i wyciągnął z tej piekielnej czeluści. Demony podążały za nami, ich krzyki i jęki rozdzierały ciszę, ale wyczułem niewidzialną barierę, której nie mogły przekroczyć. Byliśmy bezpieczni. Wtedy przewodnik przekazał mi coś. Coś tak osobistego i głębokiego, że odmieniło mnie na zawsze. Wiedza o przyszłości, o moim życiu, o prawdzie wszechświata. Wszystko, co wtedy usłyszałem, spełniło się. Potem, bez słowa, skierował się w stronę jasnego, białego światła, które emanowało z tunelu po prawej stronie.
A ja? Ja znów unosiłem się nad swoim ciałem. Ale tym razem byłem w innej sali. Czystej. Moje ciało było umyte, spokojne, choć z rurkami w każdym możliwym otworze. Zastanawiałem się przez chwilę, jak ja, jako ja, mam wrócić do tamtego, uwięzionego ciała. Jak przekroczyć te wszystkie bariery? Lecz bez żadnego wysiłku z mojej strony, z niewidzialną siłą, zostałem wessany z powrotem. Wróciłem. I pamiętam tylko to, że moje zęby były potwornie gorące.
„Powiedziano mi, że spędziłem w szpitalu dużo czasu. Ale dla mnie to były zaledwie dwa dni, zamazane, jak sen. Dostałem ostatnie namaszczenie. Tak blisko byłem. To doświadczenie zniszczyło moje poprzednie życie, ale w najlepszy możliwy sposób. Nie ma już tego Marka, co kiedyś. Została tylko świadomość, że poza kurtyną, za zasłoną naszej rzeczywistości, czeka coś więcej. Coś, co pachnie siarką, ale kryje w sobie obietnicę białej poświaty.”
Komentarze
Brak komentarzy. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz